fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Chrabota: Smoleński zaciąg

Fotorzepa, Robert Gardziński
Trochę nie chce się wierzyć, że to już sześć lat. Sześć krótkich 12-miesięcznych sekwencji, które mijają, zwłaszcza gdy ma się na karku już kilka dziesiątków lat, jak okamgnienie. Ale ze Smoleńskiem jest inaczej.

Tak mocno przeorał polską pokomplikowaną tożsamość, tak głębokie wykopał linie podziałów, że wydaje się wieczny jak debata o sensie narodowych powstań czy spór między endekami i ludźmi Marszałka.

Smoleńsk jako determinanta narodowej historii. Jako probierz mitologii naprzeciw racjonalizmu. Jako papierek lakmusowy postaw. Stosunku do Rosjan. Przekonania o dojrzałości wiary w nas samych. Czy mogło być inaczej? Czy może być inaczej?

Chyba wszyscy chronimy w sobie choć strzępki wspomnień z tego feralnego dnia. Przeżyłem go nieco inaczej niż większość Polaków, po drugiej strony kamery. Pamiętam swoje pierwsze odczucie: niedowierzanie. Człowiek, który przyniósł wiadomość, o samym zdarzeniu wiedział niewiele. Wiedział, że coś się wydarzyło, że zginęli ludzie, ale kto, w jakich okolicznościach? To była jeszcze zagadka. Na początku potraktowałem jego słowa jako głupi żart, ale chwilę później przyszła refleksja: przecież to nie jest temat do żartów. Coś musiało się jednak wydarzyć! Pognałem do samochodu, włączyłem radio i słuchałem serwisów. I znów refleksja: to się nie mogło wydarzyć, takie rzeczy po prostu się nie zdarzają.

W newsroomie Polsatu byłem w ciągu godziny. Spływały korespondencje. Coraz więcej faktów: nie żyje prezydent, jego żona, większa część delegacji. Powoli ujawniano nazwiska ofiar. Niektóre – tych, których znałem najlepiej, z którymi rozmawiałem ledwie dzień wcześniej – najboleśniejsze. Świat walił się tak szybko, tak dramatycznie. Pierwsze obrazki. Korespondencje niezawodnego Witka Batera, który dzwonił i opowiadał jako pierwszy. Potem kolejne programy na żywo. Wszyscy byliśmy jak potrąceni przez ciężarówkę. Trudno się było utrzymać na nogach. Czarne garnitury ciążyły jak pancerze. I ta nieobecność. Jakaś pustka emocjonalna, jakby wszystko co ludzkie wyciekło, rozpłynęło się w chłodnym powietrzu tamtej wiosny. Wróciłem do domu nocą, po wielogodzinnym programie na żywo. Do dziś mam w pamięci przerażającą ciszę miasta, przez które wracałem do domu. Jakiś patologiczny spokój Warszawy, która nie mogła zasnąć, o czym świadczyły migoczące nerwowo w domach światełka ekranów telewizyjnych.

Czym był ten dzień? Przejściem przez smugę cienia? Egzaminem z dojrzałości? Egzaminem z wiary? Pewnie niejedyny tuliłem w sobie kompletnie pomieszane emocje. Z jednej strony intensywny ból nieotwartej, ale realnie istniejącej rany. Z drugiej – zastępujące początkowe niedowierzanie poczucie pustki, jakiejś etycznej próżni z pytaniami bez odpowiedzi: Jak do tego mogło dojść, jak ktoś wysoko mógł się na to zgodzić? Wszak takie sytuacje się nie zdarzają! I jeszcze jedno dojmujące uczucie: podziw dla Polaków, którzy tego dnia pokazali wyjątkową solidarność. I podziw dla rosyjskiej ulicy, która tak mocno wspierała nas w smutku i żalu. Nigdy im tego szlachetnego odruchu nie zapomnę. Mimo że Kreml już po chwili zaczął rzucać nam kłody pod nogi, zawsze będę wdzięczny Rosjanom za ów szczery dowód współczucia.

Czy wyobrażałem sobie wtedy, wieczorem 10 kwietnia, że Smoleńsk tak mocno podzieli? Zapewne nie, brakowało wyobraźni, choć należało się tego spodziewać. Polska historia uczy, że każda narodowa tragedia potęguje podziały. Im większa, tym głębiej sięgają. Dlaczego Smoleńsk miałby być więc inny?

Gdzie jesteśmy po sześciu latach? Niewątpliwie wszyscy, niezależnie od tego, po której stronie smoleńskiego sporu stoimy, czcimy ICH pamięć. Przeszli do narodowej martyrologii. Stali się symbolami bardziej niż ludźmi, trochę jak tamtych trzystu Spartan w Termopilach. Mniej liczy się indywidualna tożsamość, życiorys, poglądy czy losy. Są jednym smoleńskim zaciągiem, ofiarami, których dzieje ustawiły w jednym szeregu.

I tylko tyle jest jedności.

Reszta to podziały. Jak to wśród żywych. Z ich brutalną potrzebą polityki, szaleństwem, cynizmem. Czy to dziwne? Na losie trzystu Spartan tez żerowano, i to przez kilkadziesiąt stuleci. A czy inaczej było z dziećmi narodowych powstań? Dlaczego z zaciągiem smoleńskim miałoby być inaczej?

Sześć lat od tamtych chwil mam już w sobie wiele spokoju. Pogodziłem się z niemożliwym. Choć wciąż mam wiele pytań, Smoleńsk nie jest dla mnie zagadką.

Często myślę za to o przyjaciołach, których tam straciłem. Ile dobrego mogli zrobić dla Polski, jak udanie zasypywać linie podziałów.

Myślę o nich co roku i po cichu się modlę w ich intencji.

Po cichu.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA