Plus Minus

Witold Bańka: Prezes Kaczyński czuje sport

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Poszedłem na spotkanie, a prezes Jarosław Kaczyński mówi: „Pan, panie ministrze, sądząc po sylwetce, był typem zawodnika 400 / 800 metrów”. Lekko się zdziwiłem, bo miał rację, a to jednak specjalistyczna wiedza – mówi Piotrowi Witwickiemu minister sportu

Plus Minus: Bezpartyjny, to chyba daleko nie zajdzie.

Witold Bańka: Nie jestem bezpartyjny od kwietnia zeszłego roku. Jestem już w PiS.

Dopiero co czytałem, że bezpartyjny.

Bo byłem bezpartyjny. Ta informacja nigdzie się jeszcze nie pojawiła, bo jesteś po prostu pierwszym dziennikarzem, który mnie o to pyta.

Witold Bańka w PiS. Były naciski?

Nikt mnie do tego nie namawiał. Więcej. Nikt nawet nic nie sugerował. To była moja decyzja.

Po prostu grozili, że jak się nie zapiszesz, to cię wyprowadzą z tego budynku, jak Tomasza Lipca.

Słaby żart. Najbardziej w życiu brzydzę się złodziejstwem i kłamstwem. Nie toleruję tego. Tak zostałem wychowany. Transparentność to podstawa. Choć rzeczywiście Ministerstwo Sportu i Turystyki ma burzliwą przeszłość.

A ty o nim marzyłeś?

Oczywiście nie miałem tego w planach, ale opowiem ci pewną anegdotę. Prawie trzy lata temu znajomi sprawili mi urodzinowy prezent – wizytownik. Wewnątrz znalazłem wizytówkę: „Witold Bańka, minister sportu i turystyki". To miał być żart. Półtora roku później, gdy dowiedzieli się z radia, że zostałem ministrem, kolega prawie spowodował wypadek samochodowy.

Na czym polega problem z tym ministerstwem i kto wybiera drużyny do Pucharu Polski, o co ponoć pytała minister Joanna Mucha?

Tu nawet nie chodzi o to. Tak jak nie chodzi o trzecią ligę hokeja (Joanna Mucha nie wiedziała, że takiej nie ma – red.). Minister nie prowadzi „Skarbu Kibica" i nie musi znać wszystkich drużyn, składów, lig. Tu chodzi o to, że po prostu ministerstwem kierowały osoby, które nie czuły sportu. Przeszedłem każdy etap rozwoju sportowca i wiem, jakie są problemy, bo one niestety za bardzo się nie zmieniły. Jednym z nich jest fakt, że potencjał polskiego sportu jest duszony przez działaczy.

Przez działaczy esbeków?

Również. To jest ten wymiar moralny, którego też trzeba dotknąć. Sport musi być po prostu czysty. Dezubekizacja zarządów polskich związków sportowych to jeden z elementów oczyszczania polskiego sportu.

I kto to będzie prowadził? IPN?

Rozszerzamy obowiązek lustracyjny i pozbawiamy możliwości funkcjonowania w zarządach i komisjach rewizyjnych polskich związków sportowych funkcjonariusz UB i SB.

Co działacze będą potem robić?

A to jest już ich sprawa. Wiem, że dezubekizacja jest nośnym tematem, ale równie ważna jest kwestia ograniczenia powiązań kapitałowych, czyli zakaz świadczenia usług przez osoby bliskie członków zarządu. Dziś to jest powszechne. Jest prezes, a jego żona czy brat mają firmę, która świadczy dla niego usługi. Klasyczny nepotyzm.

Jak to jest być ministrem w cieniu Orlików?

Myślę, że to totalnie wydumany temat. Fejk.

Ale co, Orliki są fejkiem? Widziałem kilka.

Rozumiem, że nawiązujesz do nieprawdziwej informacji, że my jako PiS nie lubimy Orlików. Dobrze, że powstały i trzeba je efektywnie wykorzystywać. To jest nasze zadanie. Jedno z wielu. Dofinansowujemy budowę i modernizację licznych obiektów sportowych. W zeszłym roku wsparliśmy finansowo ponad 700 inwestycji.

To co będzie Orlikami Bańki? Co po tobie zostanie?

Stawiam na innowacyjne programy szkoleniowe dla dzieci i młodzieży. Pomysł na jeden z naszych flagowych projektów – Program Klub – przyszedł mi do głowy podczas biegania. Najlepsze koncepcje zawsze pojawiają się wtedy, gdy biegam.

Ważna jest budowa silnej piramidy szkoleniowej, a także efektywność wykorzystania infrastruktury sportowej. Program Klub to taki sportowy 500+. Po raz pierwszy ktoś pomaga małym i średnim klubom. Dofinansowujemy pracę trenerów, zgrupowania i zakup sprzętu sportowego. 2142 małych klubów otrzymało od nas finansowe wsparcie w zeszłym roku. A jeśli już mówimy o infrastrukturze, to chciałbym m.in., żeby powstawało jak najwięcej obiektów wielofunkcyjnych i lekkoatletycznych.

Dlatego, że sam jesteś niespełnionym biegaczem?

Kiedy analizuję moją karierę sportową, widzę, że sporo było w niej porażek, ale to one mnie wzmocniły. Mam geny po rodzicach, którzy też trenowali lekkoatletykę, ale nigdy nie uważałem się za wybitny talent. Nadrabiałem ciężką pracą.

Duży sukces był blisko...

Na ostatnim obozie przed sezonem olimpijskim dostałem informację, że mój trener, który mnie wychował jako zawodnika, dostał wylewu. Przez ostatnie dwa miesiące przygotowywałem się sam. Tak bardzo chciałem pojechać, że się przetrenowałem. Efekt? Przepuklina pachwinowa. Ostatnie dwa miesiące trenowałem z zaciśniętymi zębami i na tabletkach przeciwbólowych. Potem przyszła informacja, że trener zmarł, i zaczęło się moje sportowe tango down. Rok później był jeszcze medal na Uniwersjadzie, ale już nigdy nie wróciłem do dawnej dyspozycji.

Nie pojechałeś na igrzyska i się załamałeś?

Pojechałem na wakacje z moją żoną, wtedy jeszcze dziewczyną. Odpoczywałem w ciepłych krajach i nie oglądałem igrzysk w Pekinie. Bolało. Trudno. Niczego w sporcie nie żałuję. To wszystko było po coś. Wiesz, łatwo jest celebrować zwycięstwa, a trudniej podnieść się po porażce.

To jaki masz teraz czas na 400 metrów?

Teraz to już tylko biegam, żeby kontrolować wagę.

400 metrów to taki bieg po piwo?

Przebiegnij się porządnie, to zobaczysz, jak będziesz wymiotować za metą i nabierzesz szacunku do tego dystansu. Wszyscy dziennikarze pytają mnie, czemu tak szybko skończyłem karierę sportową.

Czemu tak szybko skończyłeś karierę sportową?

Przychodzi chwila, gdy musisz stanąć w prawdzie i powiedzieć sobie: to koniec. Nie możesz wciąż gonić za swoimi niespełnionymi marzeniami. Zawsze możesz myśleć: teraz mi się uda, ale to może do niczego nie prowadzić. A ja już wtedy miałem rodzinę. Rodzinę trzeba za coś utrzymać.

Czyli żona nalegała?

Wręcz przeciwnie: żona nalegała, żebym robił to dalej. Ale pomyślałem: tak nie może być. Ja będę trenował, a żona będzie mnie utrzymywać, bo ja może dostanę stypendium, a może nie.

Trudna decyzja.

Rodzina nie do końca potrafiła ją od razu zaakceptować. Bliscy namawiali mnie do trenowania i walki o kolejne medale. Zdecydowałem jednak, że kończę karierę sportową i zaczynam pracę. Potem pomyślałem jeszcze, że może będę trenował po godzinach, ale to się nie sprawdziło. Skończyłem i dobrze, bo rozwinąłem się zawodowo. Nie można łapać dwóch srok za ogon.

A jak wyglądają twoje relacje z Jarosławem Kaczyńskim? Przychodzisz i mówisz: tu jest piłka, a tu bramki, i tłumaczysz, o co chodzi?

Muszę cię rozczarować. Prezes Jarosław Kaczyński ma wiedzę o sporcie.

Rodeo?

Poszedłem na jedno z pierwszych spotkań, a pan prezes mówi: „Pan, panie ministrze, sądząc po sylwetce, był typem zawodnika 400/800 metrów". Lekko się zdziwiłem, bo miał rację, a to jednak specjalistyczna wiedza.

Może zgooglował.

Takie rzeczy trzeba czuć. Interesujesz się boksem, a myślę, że prezes mógłby cię tu zawstydzić swoją encyklopedyczną wiedzą. Doskonale wie, kto, kiedy i z kim walczył. Gdy zaczęliśmy rozmawiać o lekkoatletyce i czasach Wunderteamu, znał nazwiska wielu trenerów, zawodników i ich osiągnięcia. Rozmawialiśmy np. o kubańskim biegaczu Alberto Juantorenie, który właśnie był typem zawodnika 400/800 metrów. Wiedział nawet, że trenował go kiedyś Polak. Prezes Jarosław Kaczyński czuje sport...

Czuje sport?

No właśnie tak. Bardzo mnie to podbudowało.

Przez kilka lat prowadziłeś firmę, która nieźle sobie radziła...

Zaczynałem w firmie z branży public relations. Pozyskiwałem klientów, ale w końcu stwierdziłem, że będę pracował na własny rachunek. Założyłem działalność gospodarczą i podjąłem współpracę ze znajomymi, którzy od lat prowadzili agencję reklamową.

Jak się potem przechodzi do państwowego z dobrze działającej prywatnej firmy, to musi boleć.

Na dzień dobry zostałem zawalony toną papierów. Od razu powiedziałem, że nie życzę sobie nadmiaru urzędniczej publicystyki. Jeśli ktoś ma czas tworzyć czysto informacyjne, kilkunastostronicowe notatki, to znaczy, że nie ma czasu pracować. Staram się zmienić urzędniczą mentalność. Tłumaczę, że jeśli dwa departamenty są ze sobą drzwi w drzwi, to nie trzeba pisać do siebie pism i odpowiadać sobie po tygodniu. Tłumaczę: idź do swojego odpowiednika, porozmawiajcie i przedstawcie mi propozycje rozwiązań.

Rozmawiający urzędnicy.

Wszedłem do ministerstwa i zapytałem, jak można pomagać klubom. Usłyszałem, że to raczej niemożliwe. Posiedziałem z pracownikami i okazało się, że się da. Po prostu nikt na to wcześniej nie wpadł. Nie było takiej woli.

A skąd w ogóle ten PiS? Nie dostałeś się na igrzyska i zacząłeś ze smutku słuchać przemówień Jarosława Kaczyńskiego?

Zawsze działałem gdzieś z tyłu. Nigdy nie byłem kandydatem w żadnych wyborach. Przeważnie pracowałem na sukces innych i fajnie, że zostało to docenione.

Ale ideowo PiS zawsze ci pasował?

Jestem wychowany w tradycji patriotycznej i zawsze miałem poglądy prawicowe. Mój pradziadek zginął w Katyniu 10 kwietnia 1940 roku. Pozostało nam wiele pamiątek z tamtego okresu, m.in. ręcznie napisany list z obozu w Kozielsku.

Smoleńsk miał wpływ na ciebie?

Pamiętam ten dzień. Jechałem wtedy na trening do Chorzowa i usłyszałem w radiu informację o katastrofie. Pamiętam, że rozgrzewałem się z telefonem w ręku. Dzwoniłem i dopytywałem, co się dzieje. W końcu przerwałem trening i pojechałem do domu. 70 lat wcześniej mój pradziadek został zamordowany. Dotknęło mnie to bardzo.

Wierzysz w zamach?

Toczy się śledztwo. Jest wiele wątpliwości i pytań, które wciąż pozostają bez odpowiedzi.

Przecież wiemy, że nie było zamachu.

Trzeba ustalić, co było przyczyną...

Dobrze, znam ten przekaz. Rządy Platformy męczyły cię jakoś szczególnie, jako przedsiębiorcę?

O błędach w rządach Platformy można długo rozmawiać i ci miejsca w gazecie nie starczy. Podam przykład mojego resortu. Gdy przyszedłem do ministerstwa, miałem wrażenie, że wszystko tu funkcjonowało na zasadzie przypadku. Opozycja powtarzała: trzeba więcej pieniędzy na sport. A pieniądze były, tylko źle je wydatkowano. Nikt nie miał spójnej wizji, jak to powinno działać. Panowała lekkość w wydatkowaniu środków, nie było żadnej głębszej kontroli. Wiesz, w sporcie pewne mechanizmy są stałe. To nie jest tak, że przyszedł sobie jakiś Bańka i odkrywa Amerykę. Chodzi o to, by pieniądze szły za sportowcem od młodości przez każdy etap szkoleniowy.

Słyszałem, że bierzesz 500+.

Tak, od lutego. Jaś jest pierwszym rządowym dzieckiem 500+. W piątek urodził mi się syn, a we wtorek otrzymałem oficjalne gratulacje podczas posiedzenia Rady Ministrów. To miłe.

To długo się syn tatą nie nacieszył. Polityka wzywała.

Cały weekend spędziłem z żoną w szpitalu. Byłem na miejscu i pomagałem. Ministrem się bywa, a ojcem się jest. Rodzina jest najważniejsza. Żona mnie sprowadza do parteru. Wracam z ministerstwa, a tu trzeba zrobić zakupy, zmienić pieluchę, wykąpać dzieci. Córka będzie miała w maju dwa lata.

Ty wracasz i opowiadasz: ale my tych esbeków ścigamy po związkach, a żona: Witek, umyj Jasia i Dorotkę.

Człowiek musi się wyłączyć. Żona mi tłumaczyła: jak się bawisz z córką, to przestań myśleć o tym, co się dzieje w ministerstwie.

Wyłączasz telefon?

Nie wyłączam, ale nauczyłem się, że jak kąpię dziecko, to nie zawsze muszę go odebrać. No, chyba że pani premier zadzwoni.

To wtedy odkładasz dziecko...

Na szczęście nie było jeszcze takiej sytuacji, ale mam podzielną uwagę.

Masz tu w gabinecie piękną flagę Unii Europejskiej. To ile ona jeszcze tu postoi?

Co w tym dziwnego, że obok flagi Polski stoi unijna? W KPRM, w gabinetach pani premier, ministrów i marszałków też są obie.

Nie wiem, czy wiesz, że one czasem znikają.

Nie mamy żadnego problemu z faktem członkostwa w Unii Europejskiej. Doceniamy obecność w UE, ale ona powinna się zmieniać. Jeśli chodzi o nasze rządy, to jestem głęboko przekonany, że zrobiliśmy wiele dobrego dla Polski. Nie rządzimy długo, a sporo udało się zmienić na lepsze.

Ciebie, poza kwestiami sportowymi, interesuje polityka?

Nie zapominaj, że jestem z wykształcenia politologiem. A tak pół żartem, pół serio – czytałem, że Paweł Szefernaker w wywiadzie z tobą mówił, że jako dziecko zamiast dobranocek oglądał „Wiadomości".

Nikt w to nie wierzy, a ja też tak miałem.

No właśnie, ja też. Byłem dzieckiem i pytałem tatę: jak to możliwe, że rząd upadł, bo się jeden poseł zamknął w toalecie? Nie pamiętam, jakie dobranocki oglądałem, ale pamiętam np. Stana Tymińskiego.

I co, od razu miałeś prawicowe sympatie?

Tak.

Nie musisz się wstydzić swojej fascynacji Unią Wolności. Pan prezydent nawet był w tej partii.

Nigdy nie było mi blisko do tego środowiska. Od tego jestem wolny. Natomiast był moment, że miałem mocno liberalne poglądy na gospodarkę, ale z tego się chyba wyrasta.

To jedyna wspólna cecha wszystkich młodych polityków, z którymi tu rozmawiam: wszyscy wyrośli z radykalnej formy wolnego rynku.

Tak. Każdy jest panem swojego losu, a potem się okazuje, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana. W każdym razie zawsze byłem konserwatystą. Moja żona się śmieje, że nawet fryzury za bardzo nie zmieniam. Jestem przyzwyczajony i tak mi dobrze.

Mentalny konserwatysta.

Cenię wartości chrześcijańskie. Wiara pomaga. Szczególnie jak jesteś sportowcem, a sukces nie przychodzi. Dziś patrzę na moją sportową przeszłość z dystansem i myślę, że musiał być w tym wszystkim jakiś plan. —rozmawiał Piotr Witwicki (dziennikarz Polsat News)

W cyklu „Plus Minus 35" autor wywiadów prezentuje młodszych działaczy politycznych. Większość rozmówców zna od dawna, są rówieśnikami – w trosce o autentyczność tych rozmów uznaliśmy więc, że powinny być prowadzone w trybie „na ty".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL