fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Maciej Zięba OP: Nauka srogo obchodzi się z scjentyzmem

Miłosz Poloch
W tożsamość nowożytnego Europejczyka wpisane jest fundamentalne pęknięcie. Tworzy ją bowiem wizja człowieka i świata ukształtowana przez chrześcijaństwo, czego jest nieświadomy. Tymczasem chrześcijaństwo kojarzy mu się z obskurantyzmem, nietolerancją, antyintelektualizmem, autokratyzmem i wrogością wobec nauki. Stąd cierpi na rozdwojenie jaźni.

W francuskim oświeceniu, to wtedy swą dominację w kulturze Zachodu ugruntowała elitarna warstwa SAP (Single i Successful, Atheist lub Agnostic, Progressive), ważną rolę w samookreśleniu człowieka odegrała kaczka. Była to jednak kaczka nie byle jaka skoro Wolter nazwał ją „chwałą Francji” i uwiecznił w poezji. W rzeczy samej jej „ojciec” Jacques de Vaucanson swoimi mechanicznymi zabawkami zrobił furorę w połowie XVIII wieku. Jego „gracz na tamburynie” akompaniował na bębenku, a „flecista” potrafił zagrać aż 12 utworów. Największe jednak wrażenie robiła „kaczka”, która umiała łykać rzucane na wodę ziarna, imitować "wydalanie" strawionych pokarmów, wydawać dźwięki, wstawać, siadać i ruszać skrzydłami.

Dla Woltera i innych oświeconych, kaczka ta niosła ateistyczne przesłanie: Bogu wykradziono kolejny fragment tajemnicy życia. „Śmiały Vaucanson, rywal Prometeusza” – pisał Wolter „Zda się, naśladując sprężyny natury, przyniósł ogień z niebios, by ożywić ciała”. To właśnie kaczka Vaucansona zainspirowała Julien de La Mettrie do napisania „Człowieka-maszyny”. Porównywał w nim człowieka do zbudowanego z niezwykłym „kunsztem i zręcznością” „ogromnego zegara”.

Wiek później początek chemii organicznej sprawił, że dla scjentystów, człowiek począł się jawić jako produkt wysokoprzetworzonej chemii. Lapidarnie sformułował to Ludwig Feuerbach: człowiek jest tym co je. Potem, w wieku XX, rozwój genetyki, natchnął Richarda Dawkinsa do wymyślenia „samolubngo genu” i uznania człowieka za odtwórcę informacji zawartej w kodzie genetycznym. Z kolei nasz wiek XXI, wiek usiłowań, by zbudować komputer subatomowy, skłonił myślenie wielu SAP do traktowania umysłu ludzkiego jako super-mega komputera kwantowego zdolnego do tworzenia algorytmu algorytmów.

Czy dzięki tym wysiłkom wielkich umysłów i ich sukcesorów wiemy dziś znacznie więcej o naturze człowieka? Raczej wszystkie te usiłowania pokazują, że od paru stuleci kultura SAP pragnąc zdefiniować człowieka, przyrównuje go do najbardziej złożonych struktur i skomplikowanych maszyn odkrytych w danej epoce.

Antropologiczny redukcjonizm zawarty w L’homme-machine rozbraja dziś swoją naiwnością, materializm Feuerbacha razi swym prymitywizmem. Wyblakła też rewolucyjna konkluzja Dawkinsa, że jesteśmy „maszynami genowymi” przekształcającymi się w „maszyny memowe” , która niedawno wzbudzała wśród SAP powszechny entuzjazm.

Nauka srogo obchodzi się z scjentyzmem. Tworzenie człowieka na obraz i podobieństwo osiągnięć swojego czasu, najpierw popada w anachronizm, a z czasem w śmieszność.

Ale kultura SAP zna i inny mechanizm opisywania człowieka opozycyjny do redukcjonizmu. Zakłada on, że człowiek jest istotą o nieograniczonych wręcz możliwościach, których nie mógł dotychczas rozwinąć ze względu na alienację – spętanie przez religię, moralność, ekonomię, a także ograbiające go z wolności wspólnoty: rodzinę, naród czy też Kościół. Droga do pełni człowieczeństwa prowadzi przez wyzwolenie.

Samowyzwolenie i samozbawienie

„Nadejdzie czas, gdy słońce świecić będzie tylko ludziom wolnym, nieuznającym innego pana niż własny rozum, gdy tyrani i niewolnicy, kapłani oraz ich głupie lub obłudne narzędzia istnieć będą jedynie w historii lub w teatrze” - gdyby autor tych słów Nicolas Condorcet skomponował muzykę do fragmentów swojego „Szkicu obrazu postępu…” mógłby – dwa wieki wcześniej - osiągnąć popularność „Imagine” Johna Lennona. Oba utwory cechuje bowiem podobna głębia społecznej diagnozy i marzenie o człowieku wyzwolonym z więzów społecznych i okowów religii. Obaj bowiem należeli do wierzącej w postęp ludzkości i niewierzącej w Boga, zwycięskiej elity Zachodu, która także w XIX stuleciu karmiła się podobnymi wizjami. Za jej manifest można uznać „Legendę wieków” jednego z największych francuskich pisarzy, Victora Hugo:

Ten statek w przyszłość płynie. Oddala się ziemia
To pierwszy krok na drodze do wniebowstąpienia
Bez balastu podłości.
Wolne od praw ciążenia nowe wstaje życie.
To opuszczając ciemności podnosi kotwicę
Przeznaczenie ludzkości

To co wspólne i ponadczasowe dla SAP to indywidualizm, wiara w postęp oraz płynące z nich przekonanie, że tradycja, wiara religijna oraz zorganizowane społeczności, krępują i zniewalają jednostkę. Ostatnimi czasy powtarza to Yuval Harari autor „Homo Deus: krótka historia jutra” okrzyczanej „”biblią przyszłości” i „biblią humanizmu” prorokującej zwycięstwo ludzkości nad śmiercią. A wtedy ludzie ”przestaną chcieć ciągnąć dalej rozklekotany wóz sztuki, ideologii i religii. Zostawią go na poboczu”.

Samozbawienie ludzkości zakładało implicite trzy tezy teologiczne. Primo, że Bóg jest nie zbawcą, lecz wrogiem człowieka. Secundo, że człowiek jest z natury dobry, a zło jest „na zewnątrz” w złych strukturach społecznych. Tertio, że dzięki wyzwoleniu z Bożej potęgi przeznaczeniem człowieka jest transgresja – stworzenie „nadczłowieka”. Co prawda u autorów tej idei, Dostojewskiego i Nietzschego, perspektywa „nadludzi” nie budziła pozytywnych skojarzeń, ale koniec wieku XIX zachłysnął się wizją stworzenia nowego człowieka przez eugenikę i darwinizm stosowany do ras i do klas społecznych. Naukowcy i dziennikarze, pisarze i politycy wszystkich krajów Zachodu głosili wszem i wobec rychłe stworzenie nowego, wspaniałego świata. Był to okres gdy Maksym Gorki, paręnaście lat przed bolszewickimi czystkami, mógł obwieszczać światu, że „człowiek to brzmi dumnie”, a wybitni matematycy, logicy i filozofowie zrzeszeni w Kole Wiedeńskim, mogli – parę lat przed Anschlussem – powtarzać, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy”.

Osoba – chrześcijański wynalazek

Trzeba przyznać rację błyskotliwemu umysłowi G. K. Chestertona, że „współczesny świat jest pełen starych chrześcijańskich wartości, które oszalały. Wartości oszalały, ponieważ zostały odizolowane od siebie i błąkają się w pojedynkę”. Już ponad stulecie temu dostrzegał on, że ów ruch dążący do wyzwolenia i samozbawienia odbywa się wewnątrz kultury stworzonej przez chrześcijaństwo.

Naiwna wiara, że więzy społeczne niszczą wolność jednostki, a wyzwolenie z zobowiązań etycznych przyniesie człowiekowi szczęście jest bowiem zdeformowanym pokłosiem kultury chrześcijańskiej. To ona wraz z wprowadzeniem pojęcia „wolnej woli” oraz „sumienia” i „nakazowi wierności sumieniu” postawiła przed człowiekiem problem korzystania z wolności. Homo est naturaliter liber pisał Tomasz z Akwinu podkreślając chrześcijańskie odrzucenie fatalizmu i determinizmu obecnych zarówno w kulturach Dalekiego i Bliskiego Wschodu, jak i przed Chrystusem na Zachodzie. W Helladzie losem wszystkich istot rządziły Moiry. Na Słowiańszczyźnie od chwili narodzin losy dziecka wyznaczały Rodzanice. W Rzymie, Parki przędły nić ludzkiego żywota, a w kulturze nordyckiej wrzeciono ludzkiego losu dzierżyły Norny. Rożne formy determinizmu: ananke w kulturze greckiej, fatum w Rzymie, czy słowiańska dola (a później w islamie – kismet) aż do czasów chrześcijańskich ograniczały ludzkie doświadczenie wolności. W imię wolności jednostki, zawartej w nauczaniu Jezusa chrześcijaństwo zrywało także z – obecnymi zwłaszcza na Dalekim Wschodzie - formami predestynacji i pesymizmu zawartymi w oczekiwaniu roztopienia się jednostki w Jedni albo Pełni.

Najistotniejsze jednak dla nowego samorozumienia siebie przez człowieka było pokłosie sporów trynitarnych, kiedy to utworzono pojęcie „osoby”. Nikt nie dzieli z Bogiem Jego natury, a zatem o podobieństwie człowieka do Boga, stanowi to, że jest osobą. Ta silnie podkreślona jednostkowość przeciwstawiała się poglądom rzymskim oraz greckim, gdzie jednostka, tzn. mężczyzna-obywatel (przybysze, kobiety i niewolnicy byli bytami ułomnymi) uzyskiwała swoją bytowość poprzez wspólnotę. Osoba, novum w samorozumieniu człowieka, to samoistny podmiot istnienia i autonomicznego - ocenianego przez rozum – działania. Z teologicznego założenia, że człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boże, jest osobą wypływają ważne implikacje. Po pierwsze, osoba posiada nieskończoną i niezbywalną godność. Po drugie, oprócz rozumności, człowiek jest autorem swoich czynów – posiada realną wolność. Po trzecie, mimo tego, że człowiek to indywiduum, to jego podobieństwo do Trójjedynego Boga otwiera go także na wymiar społeczny. Stąd też scholastycy będą podkreślali, że w człowieku istnieje naturalne dążenie do życia w społeczności. Po czwarte wreszcie, fakt, że każdy człowiek jest stworzony na obraz Boży oznacza zarazem, iż nie tylko wybrańcy, ale wszyscy ludzie są osobami. Ten zdałoby się truizm jest truizmem dopiero dzięki chrześcijaństwu. Przed dwoma tysiącami lat, przekraczał radykalnie ludzkie imaginarium naznaczone społecznymi przepaściami i wspierane przez największe autorytety, z Platonem i Arystotelesem na czele, utrzymujące, że ludzie są z natury nierówni . Chrześcijanie jednak ignorowali te obowiązujące w antyku zasady, choć zmiany w społecznej świadomości oraz ewolucja norm i obyczajów, dokonywały się bardzo powoli. Musiało więc upłynąć wiele stuleci, by w początku XV wieku, na krakowskim uniwersytecie nauczano, że „ustrój polityczny, to władanie ludźmi wolnymi i równymi z natury, przy pomocy tego samego prawa i tej samej miary” (Wawrzyniec z Raciborza). A jeszcze więcej by te słowa uznano za normę w cywilizacji Zachodu.

Podczas rewolucji francuskiej samosądy stają się codziennością, ale dopiero zorganizowany, państwowy terror podniósł morderstwa na inny, nieznany przedtem poziom
AFP

Zachód – rozdwojenie jaźni

Dlatego należy przypomnieć, że wyznawana dziś na Zachodzie wizja człowieka i społeczeństwa nie powstała w próżni, że jest zdeformowaną wersją antropologii chrześcijańskiej. Zdeformowaną, bo jeżeli z chrześcijańskiej wizji człowieka usuniemy Objawienie to osoba przestaje być bytem otwartym – otwartym na Boga i bliźnich. Bóg i relacje z innymi tracą swą obiektywność i stają się treścią jednostkowej świadomości oraz decyzją woli jednostki. To jednostkowy rozum i wola jednostki stają się miarą wszechrzeczy. Jedyne co naprawdę realne, to „moja rozumność” i „moja wolność”. Personalizm przemienia się w indywidualizm. Skoro każde „ja” uważa swoją indywidualną rozumność za normę racjonalności, a własną wolność za normę wolności, to nieuchronnie taka społeczność przekształca się w zbiór autonomicznych jednostek działających wedle rozumianej przez siebie prawdy i troszczących się o wolność wedle swoich kryteriów. Jeżeli te kryteria są zbieżne ludzi wiąże ze sobą poczucie wspólnoty. Im bardziej się od siebie różnią, tym bardziej „inny” zostaje postrzegany jako „obcy”. Dopóki więc istnieją w społeczeństwie powszechnie akceptowane prawdy oraz podzielana przez większość koncepcja wolności, a taki właśnie consensus wypracowała Christianitas, możemy mówić o wspólnocie ponad różnicami. I w XVIII stuleciu chrześcijańska antropologia, wraz z jej rozumieniem rozumności i wolności, była przyjmowana jako oczywista. Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych zapisali jej zrąb w Deklaracji Niepodległości jako self evident truth. Ale prawdy te nie są ewidentne. Bez Objawienia, które jest źródłem i fundamentem koncepcji osoby, prawdy chrześcijańskie nieuchronnie ulegają rozproszeniu i erozji.

Jeśli człowiek nie jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże, to w jaki sposób można uzasadnić jego godność w bezkresnym i absolutnie zimnym Wszechświecie, w którym jest on jedynie zaniedbywalnie małą, niedostrzegalną punktochwilą? Nie zwycięża wtedy wizja wyzwolonego człowieka obdarzonego mocą, a słowo „człowiek” wcale nie brzmi dumnie. I historia XX wieku boleśnie zweryfikowała ów humanizm Maksyma Gorkiego. Po pobycie w sowieckim więzieniu Władysław Broniewski tak komentował słowa twórcy socrealizmu:

Słowo człowiek-to dźwięczy dumnie!
powtarzamy za wielkim Maksymem.
A tu coraz ktoś w pysk cię zasunie
i powtarza, że jesteś psim synem.
Cóż tu robić takim gagatkom
w czekistowskim mrocznym zajeździe?
Więc pomódlmy się, klnąc w waszą matkę,
wypłowiałej czerwonej gwieździe.

Bez wsparcia Objawienia humanizm okazuje się bowiem wewnętrznie sprzeczny. „Jakiemukolwiek antropocentrycznemu pojmowaniu świata można zarzucić to samo, co racjonaliści powtarzają o wierze religijnej – konstatuje Leszek Kołakowski - że jest ono niczym więcej niż fortelem obmyślonym po to, skompensować dobrze uzasadnioną a przygnębiającą świadomość własnego ubóstwa, niedołęstwa, kruchości, niepewności i skończoności. W ramach naturalistycznego pojęcia człowieka nie da się uzasadnić jego godności”.

Stąd też kultura SAP jest zbudowana na sprzeczności. Jej oświeceniowi protagoniści byli przekonani, że pojęcia osoby, wolności i praw człowieka są obiektywne, a stąd oczywiste i poznawane przez oświecony umysł w sposób pewny. Był to jednak efekt nieznajomości innych kultur połączony z przekonaniem o absolutnej wyższości cywilizacji „białego człowieka”.

Wyparcie i zaprzeczenie

W znakomitej książce „Koniec czasów nowożytnych” ten proces zawłaszczania chrześcijańskiej wizji świata i człowieka odrywanej zarazem od korzeni opisuje Romano Guardini: „Od początku czasów nowożytnych zaczyna się rozwijać kultura niechrześcijańska. Przez długi czas odnosi się to tylko do treści Objawienia, a nie dotyczy wartości etycznych, ani indywidualnych lub społecznych, które się rozwinęły pod jego wpływem. Przeciwnie, kultura nowożytna twierdzi że jej podstawy opierają się na tych wartościach. Z punktu widzenia przyjętego przez nauki historyczne, wartości takie jak osobowość, wolność indywidualna, odpowiedzialność, wzajemne poszanowanie i gotowość do wzajemnej pomocy są wrodzonymi możliwościami człowieka, które odkryły i rozwinęły czasy nowożytne, a potem pojawiła się świadomość osobistej autonomii człowieka i stała się zdobyczą naturalną, niezależną od chrześcijaństwa”. Dodać należy, że ten proces dotyczy to nie tylko wymienionych przez Guardiniego wartości, ale również tak istotnych pojęć jak „osoba”, „rodzina”, „sumienie”, „bliźni”, „społeczeństwo obywatelskie”, „solidarność”, „dobro wspólne” czy „prawa człowieka”.

Wszystkie te pojęcia były zrozumiałe i miały nośność w kulturze nasyconej przez chrześcijaństwo. Jednakże systematyczne, blisko trzystuletnie rugowanie religii objawionej i Kościoła odrywało tę kulturę od jej źródeł. I na naszych oczach dobiega obecnie końca okres, który Guardini nazwał „nowożytną nierzetelnością”, a więc epoka, która z jednej strony odrzucała Objawienie, a z drugiej strony przywłaszczała sobie jego dokonania, uznając je za osiągnięcia ogólnoludzkiej kultury. „Od wielu minionych pokoleń żyliśmy z duchowego kapitału – rozumiem przez to przywiązanie do praktyk chrześcijańskich bez posiadania chrześcijańskiej wiary – pisał Arnold Toynbee - a praktyka nie wsparta wiarą marnotrawi jej zasoby, co nagle z osłupieniem odkryliśmy w tym pokoleniu”.

Oznacza to, że w tożsamość nowożytnego Europejczyka wpisane jest fundamentalne pęknięcie. Albowiem konstytutywnym elementem tej tożsamości pozostaje nadal wizja człowieka i świata ukształtowana przez chrześcijaństwo. Jednakże – po trzech stuleciach ideologicznej agresji wobec chrześcijaństwa i deformowaniu jego obrazu w kulturze - jest on tego zazwyczaj nieświadomy. Chrześcijaństwo kojarzy mu się przede wszystkim z obskurantyzmem, nietolerancją, antyintelektualizmem, autokratyzmem i wrogością wobec nauki. Stąd cierpi na rozdwojenie jaźni. W jednym ciele nosi bowiem i silną tożsamość wyrzeźbioną przez chrześcijaństwo i mocną, agresywną tożsamość antychrześcijańską. Stąd też stąd też możemy obserwować od 300 lat w kulturze Zachodu tworzenie mechanizmów obronnych. Jednym z nich jest zaprzeczanie i wyparcie.

Dopiero bowiem w kontekście zbiorowego denial można zrozumieć, jak to możliwe by uznany niemiecki akademik publikując fundamentalne dzieło: Theoretiker der Politik. Von Platon bis Habermas tytułował dwa pierwsze rozdziały: Das Hellenistiche Weltbild i Die italienische Renaissance. Pomiędzy Arystotelesem a Machiavellim mamy blisko 2000 lat próżni!

Dopiero w takim kontekście „zaprzeczenia i wyparcia” można zrozumieć zdziwienie prof. Josepha Weilera, amerykańskiego prawnika i ortodoksyjnego żyda, który badając problem integracji europejskiej przestudiował 86 książek o integracji i stwierdził, że w 79 z nich nie znalazł nawet aluzji do chrześcijaństwa (w pozostałych 7 napomknięto, że słowo „subsydiarność” ma chrześcijańską proweniencję). Prowadzi go to do wniosku, że „jeśli w dyskusji na temat własnej tożsamości słowa ‘chrześcijanie’ oraz ‘chrześcijaństwo’ stały się tabu, to Europa jest in denial – w sytuacji wyparcia. Jest to wyparcie zasmucające, ponieważ raz jeszcze ujawnia … tendencję do unikania tego, co trudne, na korzyść powierzchownej i upraszczającej retoryki.”

Idealizacja

Sama wrogość i zaprzeczanie nie zbudują jednak nowej tożsamości. Tożsamość antychrześcijańska nie może opierać się jedynie na negacji. Musi też zbudować swoją mitologię, a więc uruchomić kolejny mechanizm obronny - idealizację, rozszczepienie idealizowanego obiektu na części – negatywną i pozytywną – oraz odrzuceniu tej pierwszej, a wyolbrzymieniu drugiej – osiągnięć i zalet. Dlatego mówiąc o Oświeceniu, trzeba wspomnieć też J.J. Rousseau, który dodał do ideałów oświecenia komponentę idealistyczną, quasi-religijną - projekcję marzeń o idealnej demokracji, idealnej umowie społecznej i idealnej zgodzie ludu. „Właśnie Rousseau przekształcił religię naturalną filozofów w kult religijny, który odwoływał się do czegoś głębszego w naturze ludzkiej niż rozum – pisał Christopher Dawson - I tak pod wpływem ideałów Rousseau rewolucja została powitana jako odrodzenie ludzkości”.

Idealizacja Oświecenia wpisana jest nadal w świadomość i podświadomość współczesnych SAP. I od szkoły podstawowej po kursy uniwersyteckie uczy się na Zachodzie, że Oświecenie kończy erę bezrozumności w ludzkiej historii, że sztandarowym osiągnięciem Oświecenia jest projekt Encyklopedii, a wcieleniem oświeconych idei Rewolucja Francuska.

Te poglądy są podwaliną nowożytnej zachodniej tożsamości. W tym też duchu meblowane są głowy europejskich, również polskich, dzieci: „Najsłynniejszą encyklopedią w dziejach jest niewątpliwie Wielka Encyklopedia Francuska – mówi jeden z stale wznawianych podręczników - czyli ogromne przedsięwzięcie, które w XVIII wieku niemal wstrząsnęło posadami świata, okazując się wielkim tryumfem ludzkiego rozumu, symbolem epoki oświecenia, ciosem, w zacofanie, zabobon, feudalizm. Ułożone alfabetycznie hasła tłumaczyły świat zgodnie z naukowym, oświeconym i racjonalnym światopoglądem”.

Tego entuzjazmu polskich pedagogów nie podzielał Diderot, organizator całego przedsięwzięcia, pisząc: „Encyklopedia stała się czymś w rodzaju przepastnej otchłani, do której najprzeróżniejsi szmatławcy, wrzucali jak popadnie, ogrom spraw mało sympatycznych i niestrawnych, dobrych, bądź złych i obrzydliwych, a obok prawdy fałsz”. A wybitny współpracownik Encyklopedii Condorcet pisał o jej autorach, że są „mniej troszczą się o odkrywanie prawdy, a bardziej o jej propagowanie”. Istotnie Wielka Encyklopedia była ogromnym przedsięwzięciem ale nade wszystko była tryumfem skutecznego PR.

Na „Encyklopedię, albo słownik rozumowany nauk, sztuk i rzemiosł” złożyło się 28 tomów, których edycję rozpoczęto w 1751 roku. Zawierała ponad 70 tysięcy haseł napisanych przez ok. 250 autorów (część haseł nie jest sygnowana). Szczyt jej popularności przypadł na lata osiemdziesiąte XVIII stulecia, gdy ukazało się poszerzone wydanie encyklopedii. Ta edycja oraz tłumaczenia encyklopedii na inne języki sprawiło, że stała się ona podstawową instytucją edukacyjną kształtującą opinię publiczną Europy u schyłku XVIII stulecia.

To co dziś razi czytelników, „symplicystyczny dogmatyzm Encyklopedii, jej nieporadny racjonalizm, zdolny skupić przy sobie tych, co świeżo opanowali sztukę pisania” - jak to w Cywilizacji wieku oświecenia określił Perre Chaunu - dwieście pięćdziesiąt lat temu okazał się wielką siłą. Encyklopedia dostarczała bowiem obraz świata skrojony na miarę ludzi mało wykształconych dając im poczucie zdobycia nowoczesnej i wszechstronnej wiedzy. „Wyrażała bowiem ducha epoki: awersję do wszystkiego co nadprzyrodzone, potrzebę afirmacji świata, wiarę w człowieka, w wolny handel i przemysł, w zbawienną moc wiedzy i nieograniczony postęp nauki” opisywał francuski akademik Peirre Gaxotte.

W rzeczywistości encyklopedia była przestarzała w chwili jej powstawania. Powtarzała nieaktualne, obiegowe opinie na temat fizyki, czy astronomii, a oprócz haseł pisanych przez osoby wybitne, powielała przedruki trzeciorzędnych artykułów. Nie można jednak nie dostrzec zarazem, że encyklopedyści byli ludźmi o sporej erudycji i pracowitości, umiejącymi promować swoje przekonania. Bez wątpienia też les philosophes byli niezrównani w dziele wyszydzania i wyśmiewania. I z chrześcijaństwem walczyła Encyklopedia głównie bronią szyderstwa. „Podkopywała ona wiarę chrześcijańską za pomocą podstępnego systemu odsyłaczy, takich jak hasło „antropofagi”, traktujące o kanibalach, które zawierało odsyłacz do „Eucharystii” oraz „komunii” – zauważał autor The Religious Origins of the French Revolution Dale Van Kley: Cała argumentacja tego dzieła wyzuwała wiarę z wszelkich praw jako źródło poznania, umieszczając poznawanie Boga w tej samej kategorii co wróżbiarstwo i czarna magia.”

Bez wątpienia, promowała ono kult rozumu i nauki. Bez wątpienia też w epoce feudalizmu, absolutyzmu królewskiego i często opresywnej roli niezmiernie bogatego Kościoła, była rzecznikiem poszerzania ludzkiej wolności oraz tolerancji. Była też jednak promotorem prymitywnego zadufanego w sobie racjonalizmu, a także dziełem destrukcji, wyszydzenia religii, tradycji i wielu norm etycznych, co silnie ukształtuje pogląd europejskich elit w całym nadchodzącym stuleciu.

Można by ze zrozumieniem przyjąć uwarunkowanie swego czasu jej autorów i nie podkreślać antysemityzmu, rasizmu, czy antyfeminizmu, które cechowały większości z nich, gdyby nie stawiano ich po dzień dzisiejszy – wbrew faktom - na piedestałach tolerancji i wolności. Szczególnie powinno to być zrozumiałe w Polsce, gdyż ogół encyklopedystów za największych promotorów praw ludzkich, tolerancji i humanizmu uznawał Fryderyka Wielkiego oraz carycę Katarzynę. Co z gorzką ironią opisywał Janusz Szpotański:

Tę trudną sztukę duraczenia
na szczyty wzniosła od niechcenia
Jekatierina Wielikaja.
Ach, jak te twarde lizał stopy
kwiat oświeconej Europy,
jak na wyścigi cała zgraja
Wolterów, Russów, Diderotów,
z poważną miną, bez wymiotów,
na cześć jej układała ody —
patronki nauk i swobody,
gdy ta dusiła twardą ręką
każdą myśl wolną, a narody
za kark chwytała tak kak koszkę
i przenosiła na wschód troszkę.

Można by również zrozumieć historycznie uwarunkowany stosunek encyklopedystów do nauki gdyby nie ich przekonanie o swej wyjątkowości. A przecież Encyclopédistes, uznawani po dziś dzień za twórców naukowego światopoglądu, nie różnili się od swych poprzedników. Powielali klisze swej epoki, częstokroć posiadając poglądy, które dziś wywołują uśmiech. Dotyczy to choćby Woltera, który negował paleontologię uznając ją za oszustwo i z pasją dowodzącego, że jurajskie skamieliny ryb, to resztki nieświeżych ryb odrzuconych ongiś przez Rzymian albo że odkryte w górach odciski muszli, są pozostałościami muszelek zgubionych przez pielgrzymów w czasie wypraw krzyżowych. Montsqiueu był wybitnym filozofem polityki, ale jego eksperymenty w dziedzinie biologii, z których najważniejszy polegał na zanurzaniu w wodzie głowy kaczki i pomiarach ile trzeba czasu aby biedny ptak się udusił, nie muszą już budzić naszej admiracji. Diderot był przysięgłym wrogiem powstającej wówczas mikrobiologii, a mikroskop miał za przyrząd całkowicie bezużyteczny.

Te śmiesznostki wybitnych ludzi są i zrozumiałe i nie byłyby rażące, gdyby nie ich przekonanie o swej nieomylności oraz apodyktyczność i bezlitosność ferowanych przez nich opinii.

Z dystansu łatwo dostrzec że z naukowego punktu widzenia Encyclopedie była nader banalna. Nie była też prekursorką, bo leksykony oraz encyklopedie powstawały już od wielu stuleci. To co ją wyróżnia to rozmach, a nade wszystko szeroko prowadzona promocja. Reklamowano ją na dworach i na uniwersytetach, w salonach i towarzystwach naukowych, hotelach oraz zajazdach, w powieściach, sztukach teatralnych i pamfletach, w traktatach oraz epigramatach. Trafiała też w ducha epoki – okres słabnącej monarchii i Kościoła, rozpowszechnienia się deizmu i ateizmu, które utożsamiano z światopoglądem naukowym oraz rodzenie się oświeconej religii, bezkrytycznej wiary w automatyczny, bezkresny postęp ludzkości. I to właśnie, a nie wartość naukowa, przesądziło o jej znaczeniu.

To co również dodało jej znaczenia - podkreślają zarówno krytycy jak apologeci - to jej wpływ na wybuch rewolucji francuskiej. Ta z kolei stanowi kamień węgielny XIX i XX wiecznej postępowo-liberalnej tożsamości. I istnieje consensus wśród badaczy, że społeczne, polityczne, instytucjonalne i ideologiczne osiągnięcia rewolucji „znalazły spełnienie w liberalnym a następnie i demokratycznym świecie europejskiej cywilizacji XIX wieku – zauważał prof. Salmonowicz - Nadal zresztą, po wstrząsach II wojny światowej, stanowią zasadniczą podstawę ładu moralnego i prawnego zachodnich demokracji liberalnych.” Dlatego warto spojrzeć na chłodnym okiem na mit rewolucji.

Za jej najwybitniejsze osiągnięcie uważa się Deklarację Praw Człowieka i Obywatela, która gwarantowała trójpodział władzy oraz fundamentalne i nienaruszalne prawa obywatelskie takie jak: wolność słowa i wyznania, prawo własności, bezpieczeństwo, opór przeciwko wszelkim formom ucisku, równość wobec prawa i sądu, nietykalność osobistą oraz równy dostęp do urzędów i stanowisk. Bez wątpienia, Deklaracja ta przeniosła debatę o prawach człowieka, obecną w Kościele co najmniej od Soboru w Konstancy w 1415 r., na nowy poziom i upowszechniła ideę praw człowieka w całej Europie. Ale trzeba też jasno powiedzieć, że przez cały okres rewolucji ż a d n e z tych praw nie było respektowane. Wręcz przeciwnie były masowo łamane na skalę wcześniej nie znaną w monarchii. Gwoli więc intelektualnej uczciwości nie powinno się jej porównywać z konstytucją USA, a raczej z Konstytucją ZSSR, która w podobny sposób gwarantowała te same prawa. Trzeba też pamiętać, że projekt objęcia prawami kobiet został odrzucony, a autorka Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki Olimpia de Gouges zgilotynowana.

Jeżeli wolno więc snuć historyczne analogie, to nasuwają się raczej porównania z rewolucją bolszewicką, która – dzięki trosce o pozytywny PR - również przez dziesiątki lat była symbolem postępu i budowania sprawiedliwości społecznej.

Już sam ich początek wykazuje analogię w konstruowaniu mitu mającego niewiele wspólnego z rzeczywistością. Za symboliczny początek Wielkiej Bolszewickiej Rewolucji uznaje się szturm na Pałac Zimowy zapoczątkowany ostrzałem z krążownika Aurora. W rzeczywistości Aurora - nie posiadając bojowej amunicji - oddała jeden strzał ślepym nabojem, a do bronionego przez oddział kobiecy i grupkę kilkunastoletnich uczniów szkoły wojskowe Pałacu Zimowego bocznym wejściem weszli czerwonogwardziści i bez walki zajęli siedzibę rządu. Podobnie zmitologizowane zostało zburzenie Bastylii w dniu 14 VII 1789. Co prawda Bastylia została wówczas zdobyta, ale nie zburzona. Trudno przy tym owo zdobycie traktować jako osiągnięcie militarne pamiętając, że broniło jej 82 kombatantów i inwalidów oraz 32 żołnierzy z pułku szwajcarskiego, którzy po paru godzinach się poddali, a szturmujący tłum uwolnił 7 więźniów: 4 fałszerzy, 2 psychicznie chorych i hr. de Solages osadzonego na prośbę rodziny za kazirodztwo. Dopiero w następnym roku twierdza została rozebrana przez firmę budowlaną, a jej właściciel Pierre Palloy dorobił się majątku, sprzedając kamienie z Bastylii jako souvenirs de la Revolution. Dlatego za najważniejszy efekt szturmu na Bastylię można uznać 150 mitologizujących to wydarzenie publikacji, które ukazały się jeszcze w 1789 r., wystawienie wielu sztuk teatralnych, powstanie licznych obrazów i szkiców, a także całego przemysłu souvenirs de la Revolution.

Święty terror

Zatrzymajmy się chwilę przy przemyśle pamiątkarskim, bo wiele on mówi o nastrojach społecznych ówczesnej Francji. Jego filarem była produkcja „gilotynowych precjozów”. W czasie Rewolucji produkowano bowiem pozłacane kolczyki w kształcie gilotyny z których zwisały ścięte koronowane głowy, a także brosze-gilotynki i zdobione wizerunkiem gilotyny guziki, zegarki i tabakierki. Produkowano też miniaturowe gilotyny dla dzieci w których ścinano lalki, a także żywe ptaki albo myszy. „W wykwintnych salonach popisywano się uroczymi, miniaturowymi gilotynkami z mahoniu, które w czasie uczty wnoszono na stół – pisze Monika Milewska, w pracy „Ocet i łzy. Terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej jako doświadczenie traumatyczne” - na deser ścinano głowy małym laleczkom, uosabiającym czyichś wrogów . Wylewał się z nich wtedy czerwony płyn, w którym damy maczały swoje chusteczki – lalka była w rzeczywistości flaszeczką, a „krew” perfumami lub likierem w kolorze bursztynu”.

Te makabryczne precjoza i obyczaje, były wyrazem nadawania sakralnego kultu terrorowi. Dlatego gilotyna doczekała się licznych religijnych odniesień. Mówiono i pisano o niej „Święta Gilotyna”, sacra Santa Guillotina, czy „zbawczy instrument”. Monika Milewska cytuje też parodię litanii do Matki Bożej pokazując, że religią rewolucji stał się terror:

„Święta Gilotyno, opiekunko patriotów, módl się za nami,
Święta Gilotyno, trwogo, arystokratów, opiekuj się nami,
Machino łaskawa, zmiłuj się nad nami,
Machino cudowna, zmiłuj się nad nami,
Święta Gilotyno, od nieprzyjaciół naszych ocal nas.”

To wtedy - dowodzi Shmuel Eisenstadt w „Fundamentalism, Sectarianism and Revolution” rodzi się przekonanie o oczyszczającej, sakralnej roli terroru. Religijnymi wyznawcami wiary w terror zostaną potem anarchiści, a po nich bolszewicy z Leninem na czele, a także reżimy Mao Zedonga i Pol Pota, czy terrorystyczne grupy takie jak Baader-Meinhof i Czerwone Brygady. To nie ulega wątpliwości. Ale dają też sporo do myślenia słowa wybitnego naukowca (i radykalnego syjonisty), prof. Jisra’ela Eldada: „w dniu upadku Bastylii położono fundamenty pod piece gazowe w Oświęcimiu”.

Jeżeli bowiem terror posiada wymiar sakralny, to wszelkie okrucieństwo jest usprawiedliwione i staje się normą. Dlatego rewolucyjny zryw „oświeconego rozumu” przeciw nietolerancji i w imię proklamowania niezbywalnych praw człowieka, cechuje niebywałe wręcz okrucieństwo. Samosądy stają się codziennością w całej Francji, ale zorganizowany, państwowy terror podnosi morderstwa na inny, nieznany przedtem poziom. Liczba zamordowanych przez ścięcie na gilotynie to znacznie więcej niż liczba wszystkich ofiar inkwizycji w całej Europie i jej koloniach w ciągu jej działalności przez ponad 500 lat. Także bezwzględność oraz procesowe farsy trybunałów rewolucyjnych nie wytrzymują żadnego porównania z działalnością najbardziej nawet bezwzględnych inkwizytorów. Przypominając okrutny czas wojen religijnych trzeba zarazem zauważyć, że eksterminacja cywilnej ludności Wandei pochłonęła więcej ofiar niż prześladowania innowierców w XVI i XVII stuleciu. W liczącej wówczas ok. 27 milionów obywateli Francji, w latach 1793-96 w departamencie Vendee zginęło ok. 300 000 ludzi (precyzyjnie udokumentowano śmierć 120 000 ofiar, ale są historycy, którzy szacują ich liczbę nawet na 600 000). A większość z nich to starcy, kobiety i dzieci. I nie było to przypadkowe okrucieństwo. Rozkaz Komitetu Ocalenia Publicznego wydany generałowi Turreau i podpisany przez Robespierre’a brzmiał jednoznacznie: "przeprowadzić eksterminację wszystkich powstańców, do ostatniego człowieka. Spalić ich farmy, wygnieść tych tchórzy jak pchły". I nie były to czcze pogróżki. „Nie ma już Wandei, obywatele republikanie. Umarła pod naszą wolną szablą, wraz ze swymi kobietami i dziećmi - chełpliwie raportował Komitetowi Ocalenia Publicznego gen. Francois-Joseph Westermann - Wedle rozkazów jaki mi przekazaliście, zmiażdżyłem te dzieci pod końskimi kopytami, zmasakrowałem kobiety, które – przynajmniej te – nie będą już rodzić bandytów. Nie mam sobie do zarzucenia ani jednego wziętego więźnia. Zgładziłem wszystkich”.

By takie okrucieństwo było możliwe konieczne było zdehumanizowanie przeciwnika. Metoda ta zapoczątkowana przez rewolucję zrobiła później karierę podczas dziwiętnastowiecznych podbojów Ameryki Północnej i Afryki, a XX wieku uzyskała naukowe wsparcie i zastosowanie na skalę przemysłową. „Rewolucja francuska – pisze prof. Buchner - odmieniła wizerunek wroga … Charakterystycznym w tej mierze zwrotem był nacisk położony na republikanizm jako ideę, której niepodobna się oprzeć, nie będąc czymś w rodzaju zatwardziałej bestii w ludzkiej skórze”. I dlatego owe „bestie”, tysiące niewinnych ludzi, masowo wbijano na pale, topiono, wieszano, palono żywcem i obdzierano ze skóry. Systematycznie mordowano także dzieci eliminując w ten sposób „przyszłych buntowników”. Karierę zrobił słowny żart „deportacja pionowa” jakim określano topienie ludzi. Czasami zwano je, wyśmiewając sakrament, „chrztem patriotycznym”. Inną formą naigrywania się z katolicyzmu było szydzenie z sakramentu małżeństwa. W ramach egzekucji praktykowano bowiem „małżeństwa republikańskie”. Polegały one na topieniu związanych ze sobą nagich osób przeciwnej płci – najczęściej młodej kobiety z starym mężczyzną, starej kobiety z młodym mężczyzną albo księdza z zakonnicą.

To nie koniec bestialstwa. Znane są bowiem przypadki garbowania zdartej z nieszczęśników skóry i szycia z niej spodni do konnej jazdy dla wyższych oficerów. Natomiast z włosów ofiar sporządzano rokokowe peruki służące i jako ozdoba i jako zwycięskie trofeum. A jak uporać się z faktem – jednym z paru udokumentowanych - że w 5 IV 1794 roku żołnierze generała Crouzata spalili 150 kobiet, żeby wytopić z nich łój, który został użyty do oświetlania instytucji publicznych. Bez końca można by epatować czytelników tak okrutnymi scenami. Czyż zatem nie zmierzenie się z ogromem takich tragedii – popełnianych w „wieku światła rozumu”, po okresie fanatyzmu „wieków ciemnych” - nie jest przejawem hipokryzji wkodowanej w zachodnią świadomość? Czyż nie miał racji piszący z gorzką ironią Janusz Szpotański:

Bo nic nie wzrusza tak Zachodu,
jak szum frazesów o wolności
Możesz pół świata zakuć w dyby,
strzelać w tył głowy, łamać kości,
ale bredź przy tym o ludzkości,
o Lepszym Jutrze, Wielkim Świcie,
a wyjdziesz na tym znakomicie!  

Systematyczne idealizowanie osiągnięć i minimalizacja okropieństw rewolucji rozpoczęło się po upadku Napoleona. Szybko też przybrało kanoniczną wersję, że jedynym złym okresem był terror jakobiński, którego sprawcy zostali ukarani. Nie istotne jest, że tysiące faktów obalają tę kłamliwą teorię. „To postrzeganie Terroru jako odrębnej fazy Rewolucji – całkowicie zaplanowanej i przeprowadzonej przez wąską grupkę skupioną wokół Robespierre’a – oczyszczało nie tylko pozostałych u władzy terrorystów, ale i całą Konwencję – ba!, cały naród – konstatuje Milewska – Taka kondensacja winy miała więc nie tylko praktyczny, ale i psychologiczny wymiar.” Uprawnia to autorkę „Octu i łez” do gorzkiej historycznej paraleli: „Z podobnymi wysiłkami ograniczenia winy spotykamy się w powojennych Niemczech, gdzie za wszelką cenę starano się dowieść niewinności Wehrmachtu, wszystkie zbrodnie przerzucając na formacje SS”. Podobnie – dodam - jak w ZSSR złem całego systemu obciążono generalissimusa Stalina.

W późniejszych dyskusjach terror tłumaczono racjami wyższymi – zacytujmy najświetniejszego pisarza tamtego czasu, Victora Hugo i najświetniejszego historyka Julesa Micheleta. Hugo w powieści „Rok 93” opisującej powstanie w Wandei w 1793 roku, usprawiedliwia popełnione tam potworności zwycięstwem Francji: „Rok 93 to wojna Europy przeciwko Francji, a Francji przeciwko Paryżowi. A czym jest rewolucja? Jest zwycięstwem Francji nad Europą i zwycięstwem Paryża nad Francją. Stąd wielkość tej straszliwej chwili – roku 93 – wspanialszej niż całe stulecie”. Michelet popisywał się jeszcze bardziej wyrafinowanym usprawiedliwieniem okrucieństwa tamtego okresu: „Republikanie, przelewając krew … chcieli zniszczyć nieprzyjaciela, nic więcej; ich rozstrzeliwania, ich topienie ludzi były środkami skrócenia śmierci, a nie ofiarami z ludzi.” Z kolei historycy współcześni grzęzną w semantycznych rozważaniach jak nie dopuścić by wymordowanie ludności Wandei określano terminem „eksterminacja” i „ludobójstwo”. Plącząc się więc wyjaśnieniach, że wymordowanie od 30 do 60 % ludności było po prostu „efektem antyrewolucyjnego powstania”, że „nie istnieje odrębna wandejska tożsamość”, zatem trudno mówić o mordowaniu za fakt bycia Wandejczykiem i, że przecież „nie da się też dowieść, że Rewolucja chciała zniszczenia konkretnego bytu religijnego, społecznego, czy rasowego”. Zarazem, generał Turreau, dowódca siejących śmierć „piekielnych kolumn”, autor rozkazu „wszyscy bandyci, którzy zostaną znalezieni z bronią w ręku lub którym będzie to dowiedzione mają pójść pod bagnety. W ten sam sposób traktujcie kobiety, dziewczęta i dzieci … Osoby tylko podejrzane również nie mają być oszczędzane. Wszystkie wioski, miasteczka, obszary janowca i wszystko co może być spalone, ma być wydane na pastwę płomieni” – nadal należy do panteonu narodowych bohaterów i jego imię wyryte jest na Łuku Triumfalnym.

Posttożsamość

Dlaczego jednak w XXI wieku mamy przejmować się paszkwilami Woltera pisanymi w czasach Ludwika XV? Po co przypominać archaiczną kaczkę de Vaucanson, punktować słabości Wielkiej Encyklopedii i ukazywać okrutne oblicze rewolucji? Dlaczego nie zostawić tych problemów historykom epoki.

Odpowiedź brzmi: bo mają one znaczący wpływ na każdego, kto dziś żyje w orbicie kultury Zachodu. To co wydarzyło się w XVIII stuleciu w istotny sposób wpływa na kształt dzisiejszej edukacji, na nasze dzisiejsze spory i konflikty, na treść debaty publicznej. Pamięć buduje tożsamość. Zbiorowa pamięć buduje zbiorową tożsamość. Można też rzec, że deformacje pamięci, tworzą zbiorową deformację tożsamości. A zbiorowa pamięć całego Zachodu i jej deformacje są po dziś dzień głęboko naznaczone przez Oświecenie. To wtedy zaszczepiona została wiara w możliwość stworzenia „nowego człowieka”, wiara w nieograniczony postęp ludzkości i nieograniczone możliwości ludzkiego rozumu. „Ateistyczne chrześcijaństwo oświecenia” przejęło chrześcijańskie idee humanitaryzmu, uniwersalizmu, nadziei zbawienia, ideały wolności, równości i braterstwa, lecz naniosło istotną poprawką - odrzuciło doktrynę o grzechu pierworodnym. Każdy człowiek, a więc i cała ludzkość może osiągnąć ideał. Odrzucenie grzechu pierworodnego niosło jednak ze sobą brzemienne skutki. Jak podkreśla członek Akademii Francuskiej, Alain Finkelkraut, eksternalizacja zła, pozornie ukazując sposób eliminacji z ludzkiej historii, w praktyce umożliwiła jego niczym nieograniczoną eskalację: „Rousseau, twierdził, że ludzkie zło jest bez reszty społecznie uwarunkowane … to wielka rewolucja intelektualna, a my jesteśmy jej spadkobiercami. Jeżeli całe zło jest społeczne, to by z nim skończyć, wystarczy wybudować nowe społeczeństwo. Wyłącznie jako uczeń Rousseau Robespierre mógł nazywać politykę: «Wojną ludzkości przeciwko swym nieprzyjaciołom»... grzech pierworodny jest ostrzeżeniem, barierą wymyśloną przez teologów przeciwko utracie przez człowieka poczucia miary. A gdy grzech pierworodny zastępujemy dobrem pierworodnym nie mamy już żadnej bariery...” Abstrakcyjna zda się doktryna o grzechu niesie więc znaczące społeczne implikacje. Począwszy bowiem od oświecenia i rewolucji prądy kulturowe i polityczne następnego stulecia, z rodzącymi się totalitaryzmami na czele, również będą ją odrzucały, głosząc zarazem ideał powszechnego wyzwolenia i zbawienia, które można zrealizować tu na ziemi. „Średniowieczna Europa nie była co prawda oazą spokoju, dręczyły ją nieustanne wojny, ale nikt nie wierzył, że terror może zmienić ludzkość na lepsze – zauważa angielski filozof polityki John Gray - Wiara w grzech pierworodny była przeszkodą nie do pokonania. Dopiero w myśli jakobińskiej zrodziło się przekonanie, że wszczęta przez ludzi przemoc może stworzyć nowy świat.”

I wiara w uszczęśliwienie całej ludzkości tu na Ziemi ożywiała ludzi Zachodu przez ponad sto lat. I odnosiła sukcesy. Jeżeli w 1800 roku Europa i jej byłe kolonie dominowały na 35% powierzchni globu, to przed I wojną światową było tych terytoriów aż 80%. Ta „oświecona” wiara straciła swój misjonarski impet dopiero po następujących po sobie dwóch wojnach światowych z ich blisko 100 milionami ofiar. „Mimo niesprecyzowanych jej wierzeń – jej wiary w postęp, nadziei na przyjście doskonałości społecznej i powszechnej szczęśliwości, jej optymistycznej wiary w opatrznościowy porządek natury, wiary w demokrację i doktrynę wolności politycznej, równości społecznej i braterstwa duchowego – byłoby błędem nie doceniać jej charakteru religijnego, ponieważ była ona panującą wiarą wielkiej części zachodniej cywilizacji aż do początku XX wieku – pisał przed pół wiekiem Christopher Dawson - W gruncie rzeczy obecny kryzys duchowy naszej kultury nie tyle jest wynikiem utraty tradycyjnej wiary w chrześcijaństwo, która nastąpiła już za czasów rewolucji francuskiej, ile raczej załamania się tej nowej religii, co miało miejsce w naszym stuleciu, szczególnie po dwóch wojnach światowych.„

Ale – jak to wiarą religijną bywa – także wiara w bezkresny postęp i zbudowanie szczęśliwej ludzkości obumiera nierównomiernie i powoli. Chrześcijańskie korzenie zachodniej tożsamości zaczęto systematycznie podcinać w XVIII stuleciu. Z tego punktu widzenia Dawson ma rację, rewolucja francuska była punktem zwrotnym w historii Zachodu. Ale ta dekapitalizacja stworzonej przez chrześcijaństwo wizji świata postępowała początkowo nader wolno. Dopiero z czasem, zwłaszcza po rewolucji 1968 r., doznała gwałtownego przyśpieszenia. W stworzone przez nią puste miejsce Oświecenie i jego dziecko rewolucja chciały nadać Zachodowi nową tożsamość i na bazie chrześcijańskiej antropologii uczynić krok naprzód: obdarzyć człowieka absolutną wolnością i wiarą w samozbawienie. Ten eksperyment był jednak genetycznie skażony. "Jedno jest niewątpliwe – podsumował swe rozważania Max Scheler - etos chrześcijański jest nieodłączny od religijnego (podkreślenie autora – MZ) poglądu chrześcijanina na świat i Boga. Bez nich nie ma on sensu, a pojęte w najlepszej intencji próby, by całości tej nadać również sens świecki, który dałby się oddzielić od sensu religijnego, i odnaleźć w niej fundamentalne reguły jakiejś powszechnej moralności ludzkiej lub jakiejś moralności « bez założeń» religijnych - takie próby są z gruntu błędne niezależnie od tego, czy podejmują je stronnicy czy przeciwnicy chrześcijaństwa". Dlatego nowa religia mogła rozkwitnąć na chrześcijańskim podglebiu, ale nie była zdolna do samodzielnego istnienia. Wraz z postępującą erozją chrześcijańskiej kultury niszczało także podłoże na którym sama wyrosła. I ta nowożytna nierzetelność, zawłaszczanie wartości chrześcijańskich połączone z odrzuceniem chrześcijaństwa dobiega dziś swego kresu. Guardini, który to opisywał nie patrzył z optymizmem na nadchodzącą epokę: „Niewierzący musi wyjść z mgły zeświecczenia. Musi się zrzec wykorzystywania Objawienia, któremu zaprzecza, i przywłaszczania sobie wartości i sił, jakie ono wypracowało. Niech żyje uczciwie bez Chrystusa i bez Boga, którego Chrystus objawił, ale niech doświadczy, co to znaczy” – pisał w zrujnowanym Monachium, które niedawno było główną siedzibą NSDAP i w którego sąsiedztwie założono pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny. I pointował: „Już Nietzsche dostrzegał, że nowożytny niechrześcijanin jeszcze naprawdę nie poznał co znaczy nie być chrześcijaninem. Ostatnie dziesiątki lat dały nam o tym pojęcie, ale to był dopiero początek". Podobną tonację – też z mocną nutą katastrofizmu – można odnaleźć w znacznie późniejszych rozważaniach „Część i całość” współtwórcy mechaniki kwantowej Wernera Heisenberga: "Jeśli w zachodnim świecie pytamy co - jest dobre, a co złe, do czego należy dążyć, a co potępiać, to odnajdujemy wciąż chrześcijańskie normy wartości, również tam, gdzie już dawno nie używa się obrazów i przypowieści tej religii. Gdyby kiedyś całkiem wygasła siła kierująca tym kompasem ... to obawiam się, że mogłyby dziać się straszne rzeczy, przewyższające nawet obozy koncentracyjne i bomby atomowe".

 

Spoglądając z pod innym kątem na duchową kondycję Starego Kontynentu, możemy łatwiej uzyskać consensus, bo niezależnie od stosunku do wiary, czy też na prawicowe czy lewicowe poglądy, można się zgodzić, że dzisiejsza Europa nie jest już ani chrześcijańska ani oświeceniowa. Posiada raczej tożsamość postchrześcijańską i postoświeceniową. Zarazem dla Europejczyków i kultura chrześcijańska i „oświecona religia postępu” były od wieków podstawowym odniesieniem opisującym świat oraz człowieka. Dlatego – jak zauważył przed ćwierćwieczem Jan Paweł II - „Kraje Europy Zachodniej są dzisiaj na etapie, który można by określić jako „posttożsamościowy”.” Sądzę, że to trafne określenie naszej kondycji. Postmodernizm parę pokoleń temu będący własnością grupy filozofów i literatów, dziś króluje na wszystkich wydziałach nauk humanistycznych i społecznych, objawia się w restauracyjnej karcie dań i kształtach największych biurowców, żyjemy w epoce postgenderyzmu, posthumanizmu i postprawdy, więc i postsensu.

Ale posttożsamość oznacza zarazem nieświadomość tego kim jestem, skąd pochodzę i dokąd podążam. A brak wspólnej tożsamości oznacza erozję wspólnoty oraz poczucia solidarności, oznacza brak orientacji co warto i co należy wspólnie bronić, a także czym się dzielić i o czym świadczyć. Nie da się jednak na dłuższą metę uciec od tych fundamentalnych pytań. Wcześniej czy później, w brutalny sposób, zada je rzeczywistość. Posttożsamość jest brakiem tożsamości. I wedle Leszka Kołakowskiego taka ewolucja od oświeceniowej wiary w wyzwolenie oraz samozbawienie ku pustce jest nieuchronna: „Wraz ze zniknięciem sacrum, wyznaczającego granice doskonalenia się tego, co świeckie, natychmiast zaczyna się szerzyć jedno z najniebezpieczniejszych złudzeń naszej cywilizacji: złudzenie, że przekształcenie ludzkiego życia nie ma granic, że społeczeństwo w zasadzie daje się doskonale kształtować i że negowanie tej jego podatności na kształtowanie i doskonalenie jest negowaniem totalnej autonomii człowieka, a zatem również i jego samego. Jest to złudzenie nie tylko szalone, ale co więcej - prowadzące w sposób nieunikniony do klęski i rozpaczy ... Być całkowicie wolnym pod względem sensu, być wolnym od wszelkiego nacisku tradycji - to znajdować się w próżni, a zatem po prostu ulegać rozpadowi. Utopia doskonałej autonomii człowieka i nadzieja nieograniczonych możliwości doskonalenia się, są być może najskuteczniejszymi narzędziami samobójstwa, jakie wymyśliła ludzka kultura”.

3 marca 1794 roku dwudziestosześcioletni Antoine de Saint-Just wypowiedział w Konwencie sławne zdanie: „Szczęście to nowa idea Europy”. Parę miesięcy później został ścięty, ale Europa – pewna sukcesu – wyruszyła w poszukiwanie szczęścia na ziemi. Dzisiaj tę pewność straciła. Komu więc przyzna rację historia, urodziwemu francuskiemu rewolucjoniście zwanemu „Archaniołem Terroru”, czy polskiemu mędrcowi z Oxfordu? Czy po ponad dwóch wiekach wędrówki przybliżyliśmy się szczęścia czy do samobójstwa? Nieodległa przyszłość powinna nam przynieść odpowiedź.

Ojciec Maciej Zięba jest fizykiem, teologiem i filozofem. W latach 1973–1981 związany z opozycją demokratyczną. W 1981 roku wstąpił do zakonu. ?W latach 1998–2006 był prowincjałem Polskiej Prowincji Dominikanów, ?a w latach 2007–2010 dyrektorem Europejskiego Centrum Solidarności ?w Gdańsku

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA