fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Polska. Europejski raj dla imigrantów

W 2017 roku do Polski przyjechało 683 tys. osób spoza UE. Większość z nich przybyła do pracy (87,4 proc.). To więcej niż w Niemczech, gdzie przyjechało wówczas 535 tys. osób, z czego prawie 10 proc. do pracy
AFP
Po 1989 r. żaden z rządów nie okazywał tak dużego sceptycyzmu wobec przybywających do nas imigrantów, jak obecny. A jednocześnie żaden inny nie przyjął do Polski tak wielu obcokrajowców. Skąd bierze się ten paradoks? I jakie mogą być skutki polityki imigracyjnej prowadzonej po cichu?

W perspektywie krótkookresowej, w celu uzupełnienia niedoborów zasobów pracy w niektórych sektorach (np. tzw. usługi opiekuńcze, budownictwo, medycyna), istotną rolę odgrywać może także właściwie realizowana polityka migracji zarobkowych, w tym stosowanie odpowiednich zachęt dla obywateli państw trzecich. Obecna polityka migracji zarobkowych oceniana jest pozytywnie pod kątem łatwości i elastyczności zatrudnienia cudzoziemców (zwłaszcza obywateli Ukrainy)" – głosi pewien dokument. I nie, nie jest to program Platformy Obywatelskiej, chcącej otworzyć rynek pracy dla pracowników spoza Polski. Nie są to też postulaty neoliberalnych ekonomistów, dla których najważniejszy jest wzrost PKB. Nie są to nawet przemyślenia przedsiębiorców niepokojących się brakiem rąk do pracy w rozwijającej się dynamicznie gospodarce.

Powyższy fragment pochodzi ze strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju przygotowanej w resorcie rozwoju, którym kierował Mateusz Morawiecki, i przyjętej przez rząd Beaty Szydło 14 lutego 2017 r.

Wśród działań, jakie w ramach tej strategii miał realizować rząd, są m.in.: „wprowadzenie rozwiązań ułatwiających prowadzenie działalności gospodarczej oraz uzyskiwanie dostępu do polskiego rynku pracy dla cudzoziemców, którzy mogą wykazać pozytywną historię migracyjną (...)", „zwiększenie środków finansowych na obsługę procedur związanych z dostępem cudzoziemców do rynku pracy" oraz „rozwijanie sektora organizacji pozarządowych działających na rzecz cudzoziemców, w tym organizacji imigranckich" (cele te powinny być zrealizowane do 2020 roku). Jak więc widać, pogłoski o antyimigracyjnym nastawieniu polskiego rządu okazują się mocno przesadzone.

Ciszej o tych imigrantach

W tym momencie trzeba zaznaczyć, że sam rząd raczej nie chwali się tym, iż imigranci nie są dla niego takim problemem, jak się wszystkim wydaje. Dowodem na to jest kazus Pawła Chorążego, byłego wiceministra rozwoju, który w czasie spotkania zorganizowanego przez Klub Jagielloński na pytanie, czy Polska powinna przyjmować imigrantów, odparł, że nawet jeśli Polska nie chce przyjmować imigrantów, to powinna tego chcieć, ponieważ „migrantami jest zbudowany dobrobyt tych państw, które osiągnęły największy sukces".

Chorąży stwierdził również, że bez imigrantów w Polsce „nie będziemy w stanie utrzymać rozwoju gospodarczego na takim poziomie, jaki mamy". A jakby tego było mało, pytany o repatriantów – jako alternatywę dla imigrantów – stwierdził, że jeśli chodzi o wyzwania związane z ich przyjmowaniem, „są one bardzo podobne" jak te, które towarzyszą przyjmowaniu imigrantów, ponieważ repatrianci z Kazachstanu „to są bardzo często osoby, które nie mówią po polsku (...), nie znają kontekstu, bo były wychowywane w Związku Radzieckim, potem w Kazachstanie".

Dwa tygodnie po wypowiedzeniu tych słów Chorąży nie był już wiceministrem, ponieważ – jak wyjaśniła rzecznik rządu Joanna Kopcińska – „wypowiedzi pana ministra w sprawie imigrantów były skrajnie sprzeczne z tym, co robi polski rząd". A politycy PiS w kuluarowych rozmowach z dziennikarzami tłumaczyli, że premier był wściekły na swojego wiceministra. Tymczasem – jak zauważa Paweł Musiałek z Klubu Jagiellońskiego – tak naprawdę powiedział on jedynie o tym, co znajduje się w strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju, którą przygotowywał Mateusz Morawiecki. – Chorąży stracił pracę za to, że realizował program Morawieckiego, i wyrzucił go sam Morawiecki – tłumaczy ekspert.

Chorąży w rzeczywistości stracił stanowisko nie za to, co powiedział, ale za to, że powiedział to głośno, zwracając uwagę na zjawisko, którym rząd – z czysto politycznych względów – chwalić się nie zamierzał. Oto bowiem wystarczy sięgnąć do danych Eurostatu, aby odkryć, że w 2017 roku (danych za ubiegły rok jeszcze nie ma) spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej Polska była tym, który wydał najwięcej tzw. first residence permits (pierwszych pozwoleń na pobyt) dla obywateli spoza Unii (w 2016 roku zajęliśmy w tym zestawieniu drugie miejsce – wyprzedziła nas wówczas tylko Wielka Brytania).

Okazuje się, że w 2017 roku do Polski przyjechało 683 tys. osób z państw nienależących do UE (dla porównania do Niemiec w tym samym czasie przybyło ich 535 tys.) – i większość z nich przyjechało do Polski do pracy (87,4 proc., a w Niemczech tylko 9,9 proc.). Największą grupę wśród nowo przybyłych stanowili Ukraińcy (585 tys.), na dalszych miejscach znaleźli się Białorusini (42 tys.), Mołdawianie (8 tys.), Hindusi i Turcy (po 6 tys.).

Warto przy tym pamiętać, że zezwolenia na pobyt czasowy i stały są w Polsce wydawane przez wojewodów, a więc organ administracji państwowej. – Gdyby rząd był bardzo pryncypialny w obronie polskości, mógłby się na wydawanie tych pozwoleń nie godzić – zauważa dr Bartosz Rydliński z socjaldemokratycznego think tanku Centrum Daszyńskiego, wykładowca politologii na UKSW w Warszawie. Rząd mógłby się też wycofać z wprowadzonych jeszcze przez poprzedników ułatwień w zatrudnianiu obywateli Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Gruzji, Armenii czy Rosji, które pozwalają im na podjęcie pracy bez uzyskiwania pozwolenia na nią (wystarczy oświadczenie pracodawcy o zamiarze powierzenia pracy). Tego wszystkiego jednak rząd nie robi. Dlaczego? Powód jest prosty – polska gospodarka potrzebuje rąk do pracy jak kania dżdżu.

Reprodukcja nam nie wyszła

Podobnie jak większość krajów wysoko rozwiniętych, do których Polska zdążyła dołączyć, mamy poważny problem demograficzny. Wprawdzie w 2017 roku zanotowaliśmy wzrost poziomu dzietności do 1,45 (średnia liczba dzieci przypadająca na kobietę) – wskaźnik ten nie był tak wysoki od 1989 roku – ale aby zapewnić prostą zastępowalność pokoleń, czyli innymi słowy, aby populacja Polski się nie kurczyła, wskaźnik ten powinien osiągnąć poziom 2,1. Dane z 2018 roku nie wskazują na dalszy wzrost liczby urodzeń w Polsce, w najbliższym czasie nie należy się tego spodziewać.

To zaś oznacza, że zasób naszej siły roboczej z roku na rok się zmniejsza. A po tym, jak obecny rząd podjął decyzję o obniżeniu wieku emerytalnego, zmniejsza się jeszcze szybciej. – Różnica między liczbą osób opuszczających rynek pracy a tych, które na rynek pracy wchodzą, wynosi ok. 150 tys. rocznie – zauważa Paweł Musiałek. W efekcie szacuje się, że w 2030 roku na rynku pracy w Polsce zabraknie ich aż 4 mln. I nie uratuje nas przed tym nawet sytuacja, w której polityka prodemograficzna zaczęłaby przynosić lepsze niż dotychczas rezultaty, bo efekty tej polityki na rynku pracy odczuwalne będą dopiero za kilkanaście lat. – Gospodarka potrzebuje rąk do pracy, a narodowcom, którzy sprzeciwiają się przyjmowaniu imigrantów w Polsce, jakoś kiepsko poszła reprodukcja – żartuje ekonomista, a od niedawna lider ruchu Polska Fair Play, prof. Robert Gwiazdowski.

Jakby problemów demograficznych było mało, naszą sytuację komplikuje jeszcze rządowe założenie, że kołem zamachowym polskiej gospodarki będą wydatki obywateli. Premier Morawiecki powoływał się niedawno na ekonomistę Johna Maynarda Keynesa, twierdząc że stymulowanie popytu jest skuteczną tarczą przeciwko skutkom ewentualnego spowolnienia gospodarczego na świecie. Temu właśnie mają służyć programy redystrybucji dochodu, których koronnym przykładem jest 500+. – Jeśli nie będzie miał kto pracować, transferów pieniędzy do Polaków nie będzie. Żeby był transfer z budżetu, najpierw musi być transfer od podatników do budżetu – podsumowuje prof. Gwiazdowski.

Socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Jarosław Flis wskazuje tu alternatywne rozwiązanie problemu: byłaby nim rewolucja technologiczna, która doprowadziłaby np. do większej automatyzacji gospodarki. Problem w tym, jak zauważa Paweł Musiałek, że polska gospodarka oparta jest na małych i średnich przedsiębiorstwach, które nie dysponują kapitałem pozwalającym maszerować w forpoczcie technologicznego postępu. – Nadal jesteśmy gospodarką opartą w dużej mierze na pracy, a nie na technologii. To duży problem dla polskiego rynku pracy – przyznaje ekspert.

Mniejsza liczba urodzeń w połączeniu z wydłużającą się długością życia może również łatwo wysadzić w powietrze obecny system emerytalny, który opiera się na zasadzie, że obecnie pracujący wypracowują środki na emerytury dla tych, którzy pracowali przed nimi. – Dlatego przyjmowanie imigrantów jest też w interesie naszych rodziców, którzy już są na emeryturze albo zaraz na niej będą – zauważa dr Rydliński. Składki ZUS w Polsce opłaca ok. 600 tys. obcokrajowców. Część emerytów w Polsce już dziś pobiera więc emerytury, na które pracują Ukraińcy czy Białorusini.

Niewola konieczności

Skoro przyjęcie imigrantów jest co do zasady korzystne dla polskiej gospodarki, systemu emerytalnego, rynku pracy i ogólnego dobrobytu, o czym można przeczytać we wspomnianej strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju, a na czele rządu stoi ekonomista, który tę strategię firmował swoim nazwiskiem, to co stoi na przeszkodzie w publicznym przyznaniu przez rząd: tak, sprowadzamy imigrantów dla naszego i waszego dobra? Cóż – na przeszkodzie dla takiej transparentnej dyskusji o polityce imigracyjnej Polski stoją względy taktyczne.

PiS wbrew temu, jak często przedstawiają tę partię jej oponenci, nie jest ugrupowaniem nacjonalistycznym. Ale na nacjonalistyczne pozycje w kwestii imigracji popchnęły go okoliczności, jakie towarzyszyły wyborom w 2015 roku. Traf chciał, że kryzys imigracyjny w Europie pokrył się wówczas z kampanią wyborczą w Polsce i zgodą rządu Ewy Kopacz na przyjęcie 7 tys. uchodźców z obozów w Grecji i we Włoszech. A przypomnijmy, że był to kulminacyjny okres „wędrówki ludów" z Bliskiego Wschodu – kolumny imigrantów ciągnące do Europy pojawiały się codziennie w serwisach informacyjnych, gdzieś w tle były ówczesne sukcesy samozwańczego kalifatu i obawa przed eksportem terrorystów ukrywających się między uchodźcami. – To wzbudziło lęk – przypomina Musiałek. Większość Polaków nie chciała przyjmować uchodźców, w sondażu Millward Brown z października 2015 roku przeciw ich przyjmowaniu było 55 proc. ankietowanych PiS, postępując pragmatycznie, stanął po stronie tej większości, zwłaszcza że wcześniej Platforma postawiła się po stronie mniejszości.

– Problem polega na tym, że PiS na prawej stronie sceny politycznej ma konkurencję. W parlamencie jest nią Kukiz'15, a poza parlamentem też są siły, które grają na nucie antyimigracyjnej – mówi Paweł Musiałek, przypominając, że to Kukiz'15 długo występował z inicjatywą rozpisania referendum w sprawie przyjmowania uchodźców, wywierając presję na rząd.

Po wyborach – wobec fali zamachów towarzyszących sukcesom Daesz na Bliskim Wschodzie – nastroje społeczne się nie zmieniły, więc i PiS nie zmienił stanowiska, utrwalając swój wizerunek partii bardzo ostrożnej wobec migracji. – Asertywna postawa PiS wobec rynkowych pomysłów niemieckich (dotyczących przyjmowania imigrantów – red.) jako partii, potem rządu, w szczytowym momencie kryzysu imigracyjnego w Europie stworzyła na stałe obraz PiS jako partii ostrożnej wobec tych pomysłów. I dziś jest to jeden z kilku czynników stabilizujących notowania PiS i pozwalających mu wychodzić nawet z poważnych opresji – uważa prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Co więcej, PiS zaczął mieszać pojęcia „uchodźcy" i „imigranci". Najpierw Beata Szydło w Parlamencie Europejskim przekonywała, że Polska przyjęła 2 mln uchodźców z Ukrainy (podczas gdy z Ukrainy w praktyce przybywają do Polski wyłącznie imigranci ekonomiczni), a równocześnie Mariusz Błaszczak, jeszcze jako szef MSWiA, przekonywał, iż będziemy uważnie sprawdzać, kto do nas przyjeżdża, i odsiewać prawdziwych uchodźców od imigrantów ekonomicznych – przy czym ci drudzy mieli być, według jego słów, czymś niepożądanym. Tylko że większość uciekinierów z Bliskiego Wschodu – w odróżnieniu od Ukraińców w Polsce – to rzeczywiście uchodźcy. Negatywnie o imigrantach ekonomicznych wypowiadał się w Sejmie – jeszcze jako lider opozycji – także sam Jarosław Kaczyński. W ten sposób PiS postawił sytuację na głowie – w negatywnym świetle ukazując imigrantów ekonomicznych, których Polska potrzebuje, uniemożliwił sobie swobodną debatę na ten temat w przyszłości.

W 2017 roku po jednym z zamachów w Europie, Błaszczak chwalił rząd za to, że ten „uszczelnia granice zewnętrzne Polski" i „odszedł od tragicznej w skutkach decyzji otwierania granic (...) na uchodźców". Nawet w zestawieniu z twardymi danymi Eurostatu następca Błaszczaka w MSWiA Joachim Brudziński w 2018 roku kluczył w sprawie imigrantów. Z jednej strony, komentując słowa Chorążego, podkreślał, iż „w sprawie polityki migracyjnej nie zamierza nawet o milimetr zmieniać twardego stanowiska swojego poprzednika". Z drugiej na antenie TV Trwam przyznawał, że choć „dał jasne polecenie i wskazówki swoim współpracownikom", to „zbliża się okres żniw", kiedy rolnicy i urzędnicy proszą go, by wpuścić do Polski więcej obcokrajowców, bo „nie ma rąk do pracy". Na koniec jednak zapewnił, że na żadną multikulturowość rząd się nie zgodzi. Czyli: nie chcemy imigrantów, ale trochę chcemy, choć nie chcemy... Gdyby Chorąży ujął to w równie ezopowy sposób, pewnie zachowałby stanowisko.

Wobec zbliżającego się maratonu wyborczego trudno się spodziewać zmiany strategii w tej kwestii. – PiS nie chce przed wyborami dawać paliwa narodowcom – ocenia Musiałek. Również prof. Chwedoruk zwraca uwagę, że temat imigrantów w debacie publicznej to w zasadzie jedyna szansa na zdobycie poparcia przez siły na prawo od PiS.

Iskra i wybuch

Jednak owe względy taktyczne w kwestii imigrantów mogą być w przyszłości źródłem strategicznych problemów nie tylko dla PiS, ale przede wszystkim dla Polski. Dotychczas napływ imigrantów, głównie Ukraińców, to tzw. niewidzialna imigracja. Ukraińcy – jak zauważa prof. Flis – nie różnią się od nas bardzo wyglądem, ich migracja ma często charakter sezonowy i cyrkulacyjny (tzn. jedni imigranci z Ukrainy do nas przyjeżdżają, drudzy wyjeżdżają), a ponadto ich obecność nie powoduje napięć na rynku pracy, ponieważ zajmują w warunkach koniunktury te stanowiska, na które trudno byłoby znaleźć chętnych wśród Polaków. W efekcie, mimo że wielkość ukraińskiej imigracji szacuje się nawet na 1,5 mln osób, nie wywołuje ona właściwie żadnych problemów. Mało tego – rząd jest w o tyle komfortowej sytuacji, że nie musi się nawet za bardzo starać o pozyskiwanie imigrantów z Ukrainy, ponieważ ze względu na trudną sytuację gospodarczą i polityczną naszego wschodniego sąsiada Ukraińcy napływają do Polski niejako spontanicznie. Paweł Musiałek zauważa, że również przybysze z Azji – Hindusi, Nepalczycy, Pakistańczycy, Filipińczycy – nie stwarzają problemów, bo pracownicy z tych krajów pracują w jednym miejscu, a potem wracają do wynajmowanych wspólnie mieszkań. – Nie ma tarć społecznych, bo nie ma kontaktów społecznych – mówi i wskazuje, że to efekt tego, iż na razie imigranci w większości nie zamierzają się u nas osiedlać. To kolejny powód, dla którego PiS nie rozpoczyna otwartej debaty na temat polityki imigracyjnej ani nie podejmuje aktywniejszych działań w tym zakresie. Skoro rząd de facto taką politykę po cichu prowadzi, ale nie ponosi żadnych kosztów z nią związanych, dodatkowo zachowując u niechętnego imigrantom elektoratu wizerunek partii strzegącej granic przed napływem obcych, dlaczego miałby coś zmieniać?

Jednak w którymś momencie Polacy mogą zauważyć dysonans między deklaracjami partii o twardej polityce imigracyjnej a rzeczywistością. Ba, niektórzy już to widzą – i nie chodzi tylko o wyborców. Posłanka PiS Barbara Bubula w interpelacji z 12 września 2018 roku pisała do premiera Morawieckiego, że „sprowadzanie do Polski taniej siły roboczej ze Wschodu, w tym z muzułmańskiej Azji, ale także z Ukrainy, stanowi odłożone w czasie poważne zagrożenie bezpieczeństwa naszego kraju". Z kolei przed wyborami samorządowymi warszawski radny PiS Dariusz Kaczmarczyk przeszedł do Ruchu Narodowego, ponieważ „nie ma jego zgody na Warszawę multi-kulti, ukraińsko-hindusko-muzułmańską". Rząd, nie prowadząc transparentnej polityki w tym zakresie ani nie wyjaśniając, dlaczego potrzebujemy imigrantów, naraża się w przyszłości na zarzut, że ukrywa przed wyborcami swoje intencje.

Znacznie poważniejszy problem – jak zauważa prof. Chwedoruk – pojawi się, kiedy Polska z dużą liczbą Ukraińców na rynku pracy doświadczy załamania koniunktury. – W przypadku imigracji ukraińskiej pojawienie się napięć o charakterze ekonomicznym może bardzo łatwo doczekać się tzw. legitymizacji historyczno-ideologicznej – mówi politolog, zwracając uwagę na trudną historię stosunków ukraińsko-polskich, z którą Warszawa i Kijów nie są w stanie sobie poradzić do dziś. – W tym wypadku geopolityczna orientacja większości elit obozu rządzącego oraz emocje i interesy elektoratu PiS mogą być rozbieżne – dodaje. Nawet niewielki wzrost bezrobocia w Polsce, który sprawi, że Polacy będą musieli rywalizować o pracę z Ukraińcami, może być iskrą, która spowoduje wybuch.

O taki wybuch będzie tym łatwiej, że Polska, realizując swoją politykę imigracyjną po cichu, nie tworzy narzędzi integracji imigrantów ze społeczeństwem ani społeczeństwa z imigrantami. Dr Rydliński zwraca uwagę, że biorąc przykład z krajów Zachodu (np. z błędów Francji), powinniśmy unikać zjawiska gettoizacji wśród imigrantów – tzn. tworzenia przez nich zwartych, zamkniętych społeczności. Można to realizować różnymi drogami. Rydliński daje przykład niemieckiej polityki mieszkaniowej – przyznawania mieszkań komunalnych w taki sposób, aby imigranci mieszali się w sąsiedzkiej wspólnocie z „autochtonami". Albo – o czym mówi Paweł Musiałek – można świadomie kierować imigrantów tam, gdzie jest to korzystne dla lokalnych społeczności (np. do wyludniających się małych i średnich miast i miasteczek). Narzędziami integracji ich ze społeczeństwem jest też odpowiednie przeszkolenie urzędników, nauczycieli i innych przedstawicieli państwa, którzy wchodzą w kontakt z imigrantami, kursy językowe, powstawanie szkół integracyjnych etc. Aby jednak z tych narzędzi skorzystać, trzeba byłoby głośno powiedzieć, że sprowadzamy imigrantów.

Integracja jest o tyle ważna, że – jak zauważa dr Rydliński – Polska mimo posiadania wieloetnicznych (I RP) i wielonarodowych (II RP) tradycji od 1945 roku jest krajem homogenicznym narodowo, kulturowo i religijnie (więcej pisze o tym Jacek Borkowicz – str. 9–10). Polacy, jako społeczeństwo, mają niewiele doświadczenia w kontaktach z mniejszościami. W takich warunkach antyimigrancka retoryka przy proimigranckiej praktyce może się okazać receptą na kłopoty. Zwłaszcza że wraz z rosnącą liczbą imigrantów trzeba się liczyć z większą liczbą przestępstw popełnianych przez przedstawicieli mniejszości. Zaledwie przed tygodniem w centrum handlowym we Wrocławiu Turek zasztyletował Turka, wywołując panikę wśród klientów. W październiku obywatel Gruzji zamordował w Łodzi 28-letnią Polkę. W grudniu, również we Wrocławiu, Ukrainiec zaatakował nożem swoją rodaczkę, po czym podciął sobie gardło. Na razie takie tragedie nie odbijają się na stosunku Polaków do obcokrajowców, ale można sobie wyobrazić, że któraś z nich może się stać również pretekstem do zadania PiS pytania: a właściwie skąd się tu wzięli ci imigranci?

A jeśli wyjadą?

Pytanie takie prędzej czy później postawią niewątpliwie narodowcy. Już teraz np. Krzysztof Bosak ubolewał, że „minął go kierowca Uber Eats – Hindus w turbanie, pedałując na rowerze". „Czy to, żeby pewna grupa ludzi miała zawiezione jedzenie, zamiast pójść samodzielnie do baru lub sklepu, jest tak istotną potrzebą gospodarczą, że chcemy iść w multikulti? Czy ta sprawa nie wymaga debaty?" – pytał na Twitterze.

Z kolei Robert Winnicki po zapewnieniach ministra Brudzińskiego o twardej wobec imigrantów polityce pisał do PiS na Twitterze: „(...) nie macie twardego stanowiska ws. imigracji. Wasi wojewodowie wpuszczają setki tysięcy Ukraińców, dziesiątki tysięcy muzułmanów, mieszkańców Indii i innych państw azjatyckich. Proces się nasila".

Na razie pohukiwania narodowców przechodzą bez echa. – PiS się wystawia na strzał, ale wystawiłby się jeszcze mocniej, gdyby zaczął o imigracji głośno mówić – uważa Paweł Musiałek. Można sobie jednak wyobrazić okoliczności (wspomniana wcześniej dekoniunktura albo tragedia spowodowana przez imigranta), w których narodowcy wyciągną dane Eurostatu i tryumfalnie ogłoszą: A nie mówiliśmy?! Ostrzegaliśmy! A wówczas rządowi, który dziś milczy na temat imigracji, trudno będzie się bronić.

Prof. Rafał Chwedoruk jako pewną przestrogę dla PiS wskazuje przykład Słowacji, gdzie premier Robert Fico – znajdujący się u szczytu popularności – realizował politykę podobną do tej polskiego rządu: z jednej strony bardzo prosocjalną, z drugiej antyimigrancką. Ale w wyborach w 2016 roku jego partia straciła dużą liczbę mandatów. Dlaczego? Bo w antyimigranckiej postawie przelicytowały Ficę partie skrajnej prawicy. Politolog dodaje jednak, że w odróżnieniu od PiS partia Ficy jest klasyfikowana jako lewica, w związku z czym premier Słowacji mógł po prostu ponieść konsekwencje „ideologicznych szpagatów" w związku z antyimigrancką polityką.

Kto wie jednak, czy największym zagrożeniem dla PiS nie jest to, że wobec braku zdecydowanej polityki imigracyjnej i stwarzania zachęt do osiedlania się u nas w kraju ci imigranci, którzy dziś łatają luki na rynku pracy, pewnego dnia po prostu z Polski wyjadą. W ostatnich dniach wiele mówiło się o zagrożeniu związanym z otwarciem niemieckiego rynku pracy dla Ukraińców, ale Paweł Musiałek zauważa, że rezerwuar siły roboczej z Ukrainy może się wyczerpać również wówczas, gdy Ukraina zacznie odczuwać problemy demograficzne lub gdy sytuacja w tym kraju się ustabilizuje. Wówczas może się okazać, że nie mamy kim ich zastąpić, bo imigracja z Azji na razie nie ma charakteru masowego, a co więcej – nasze konsulaty w tym regionie świata nie są przygotowane na obsługiwanie takiego przepływu osób.

– Dzisiaj celem polityki imigracyjnej powinno być to, by zachęcać Ukraińców i innych, którzy przyjeżdżają, do stałego osiedlania się. Kiedy imigrant ściągnie do Polski rodzinę, na tyle mocno zapuści tu korzenie, że już nigdzie dalej nie pojedzie. Bo jeżeli dzisiejsi imigranci wyjadą, to będziemy mieć kłopot na rynku pracy – mówi Musiałek.

Zwraca przy tym uwagę, że Polska ma tę przewagę nad państwami Zachodu, że może politykę imigracyjną zaprojektować od początku. I nie musi robić tego wokół paradygmatu multi-kulti – zamiast tego może przyjąć narzędzia wtapiania imigrantów w polskie społeczeństwo (nauka języka, egzamin z języka i wiedzy o kulturze przy uzyskiwaniu prawa do stałego pobytu etc.), a także w sposób świadomy rozmieszczać imigrantów w kraju. To wszystko wymaga jednak przyznania się do tego, że politykę imigracyjną w ogóle prowadzimy. Na razie bowiem budujemy Rzeczpospolitą Wielu Narodów niejako mimochodem.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA