fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Zadowoleni z pracy czyli Ukraińcy w Polsce

Dwie trzecie obywateli Ukrainy przebywających w Polsce ma mniej niż 40 lat. Kobiety pracują głównie w branżach usługowych
Justyna Dudek
Przed przyjazdem czytały w internecie, że Polacy poniżają Ukrainki. Jak było w rzeczywistości?

Jesień 2016 roku, mam do zrobienia reportaż we wsi na Lubelszczyźnie, koleżanka proponuje: – Przejadę się z tobą, weźmiemy moje auto, ty popracujesz, ja zrobię sobie wycieczkę. Rzutem na taśmę dołącza do nas jej znajomy, nieco spóźniony gramoli się na tylne siedzenie z czteropakiem piwa, zanim wyjedziemy z parkingu pod blokiem, słychać syk otwieranej puszki. Najpierw dopytuje: – Gdzie właściwie jedziemy? A po co? Jesteś dziennikarką?

Później następuje monolog: – Ja nie rozumiem, o co chodzi z tymi imigrantami, że się tak do nas pakują. A najbardziej to nienawidzę Ukraińców! Przyjeżdżają do Polski za pracą, bo tu niby mogą więcej zarobić niż u siebie. A co to, nasza sprawa? Jak mają taki burdel, nie umieją zrobić porządku, to niech tam siedzą! Jak to mówią: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Czym ja się zajmuję? No, ten... Teraz jestem akurat na parę tygodni w Polsce. Bo tak to pracuję w Anglii.

Tę anegdotę opowiadam po kolei Oldze, Oksanie i Ani. Najpierw otwierają szeroko oczy ze zdumienia, przy puencie się śmieją, na koniec stwierdzają (każda oddzielnie, innego dnia, w innej kawiarni): – No, każdemu się może zdarzyć, że taką osobę spotka. Ale ja złego słowa o Polakach nie mogę powiedzieć.

Tu jest tak normalnie

Olga ma 37 lat, pochodzi z 30-tysięcznego miasteczka w obwodzie lwowskim. Do Polski przyjechała cztery lata temu, przywiozła ze sobą chłopaka (pracuje przy remontach) i nadzieję – na zarobek i godne życie. Na Ukrainie zostawiła rodziców, nastoletnią córkę i mały butik z damską bielizną.

– Co mnie tu przygnało? Kryzys na Ukrainie. Wcześniej wszystko szło, ale teraz u nas nie ma dobrych pensji, ludzie wtedy nie kupują bielizny, klientów jest bardzo mało. Zastanawiałam się długo, czy przyjeżdżać, moja siostra pracuje tu już 14 lat. Czekałam i czekałam, że może będzie lepiej, ale w końcu było już tak ciężko, że zadzwoniłam do siostry i mówię: jadę do ciebie – opowiada Olga.

Plan był taki: przyjechać na trzy miesiące, pomieszkać u siostry, popracować, odłożyć pieniądze, wrócić do domu. – Ale wyszło tak, że zostałam. Tu jest tak normalnie. I jak się zarabia, to wystarcza na życie, bez problemu, można sobie na pizzę pójść, na basen, wyjechać na wycieczkę. I to nawet mimo to, że dużo pieniędzy wysyłam córce, najpierw na korepetycje, jak była w 10., 11. klasie, a teraz na studia, bo jest na uniwersytecie medycznym.

Przyznaje, że początki nie były łatwe. – Nie przez ludzi, tu wszyscy dobrzy, mili. Przez pracę też nie, ja się pracy nie boję. Chociaż na początku było ciężko z pieniędzmi, mało zarabiałam i musiałam też wszystko sobie do mieszkania kupić. Najbardziej to mi było ciężko z tym, że jestem z malutkiego miasta, nie mogłam sobie poradzić z komunikacją w Warszawie, jakie przystanki, jakie autobusy.

Olga, wcześniej drobny przedsiębiorca, od czterech lat trudni się sprzątaniem. Tak jak jej siostra – i tysiące Ukrainek w Polsce. Ile dokładnie, nie wiadomo, większość z pewnością pracuje na czarno.

Swoje zrobisz i odpoczywasz

Oksana ma 53 lata, pochodzi z 70-tysięcznego miasta w lwowsko-wołyńskim zagłębiu węglowym, pierwszy raz do Polski przyjechała w 2000 r. Wcześniej pracowała w fabryce nad kopalnią przy rozdzielaniu węgla; pensja była niska i płacona ratami. – Nawet na przeżycie nie starczało – opowiada.

Gdy w 2000 r. przestało jej się to już w ogóle kalkulować, razem z koleżankami zwolniły się z fabryki hurtowo i zaczęły jeździć przez Bug na zarobek. – Praca była sezonowa, najpierw truskawki, od lipca do listopada tytoń. Dało się zarobić, żeby przeżyć cały rok, w międzyczasie na Ukrainie jeździło się dalej na handel. Praca była na czarno, ale dobrze mieliśmy, mieszkaliśmy u gospodarzy, łazienka, kuchnia, dawali nam jeść, a można było sobie też samemu ugotować. Życzliwi byli ludzie, nie wywyższali się, nikt nie mówił: „Wy, Ukraińce, to jesteście gorsi". I tutaj, w Warszawie, też tego nie słyszę nigdy.

Po przeprowadzce do stolicy Oksana najpierw pracowała jako opiekunka osób starszych, od ośmiu lat zajmuje się sprzątaniem, co sobie bardzo chwali: – Lepiej jest niż na opiece, bo tam często jesteś 24 godziny, z zamieszkaniem. A na sprzątaniu pójdziesz, swoje zrobisz, wracasz do domu i odpoczywasz.

Wyżej niż Ukraina

28-letnia Ania jest w Polsce od lipca 2018 r., szlak przetarł jej mąż. Po Majdanie nawet z dwóch pensji (kierownika w prywatnej firmie pocztowej i policjantki śledczej z magisterką z prawa) nie dało się utrzymać trzyosobowej rodziny i spłacić kredytu na mieszkanie. W końcu mąż powiedział: „Trzeba by spróbować w Polsce". Trafił do fabryki, szybko awansował, teraz jest brygadzistą, nie pracuje już fizycznie, tylko umysłowo, „w papierach".

– On tutaj, ja tam z dzieckiem, co trzy miesiące przyjeżdżał. Tak żyliśmy przez półtora roku, bo chciałam, żeby dziecko pierwsze kroki postawiło w przedszkolu w Ukrainie. W końcu musieliśmy wybierać: albo tu, albo tam. Wybraliśmy tu, przyjechałam do Polski przede wszystkim dla dziecka, bo Polska jest wyżej niż Ukraina, a inne kraje wyżej niż Polska. A każdy szuka, gdzie mu lepiej. Chcę, żeby moje dziecko mogło pojechać do Niemiec, do Czech, studiować w Polsce, żeby miało wybór. A nie tylko Ukraina i nic więcej – wyjaśnia.

I przyznaje: – Na Ukrainie jest zona komfortu, wszystko rozumiesz, wszystko wiesz, jak pójść do urzędu czy lekarza. A tutaj musisz zaczynać wszystko od początku, nauczyć się języka, zapracować sobie na swoje nazwisko. Ale ile znam ludzi, tak wszyscy zadowoleni z pracy.

Pewnie chce mnie naciągnąć

Olga jest zatrudniona na umowę o pracę przy sprzątaniu biur („schodzi się średnio godzinka dziennie"), dzięki temu ma opłacany ZUS i „papiery w porządku". Pracuje też na czarno – sześć do ośmiu godzin dziennie, zależy którego dnia i u kogo. – Kiedyś szukałam pracy nie na czarno, ale nikogo nie znalazłam. Jak sprzątasz u kogoś raz w tygodniu, to czy chciałby cię legalnie zatrudnić? – myśli na głos. Większość „jej" domów i mieszkań mogłaby określić jako zamożne (szczególnie jeden, gdzie jest „dużo samochodów, dużo antyków"). Ale większość to przecież nie wszystkie. Olga: – W Polsce ktoś nie musi być bogaty, żeby zatrudnić sprzątaczkę. I dużo jest młodych ludzi, nie lubią sprzątać, wolą zapłacić, żeby ktoś to za nich zrobił.

Do wszystkich mieszkań, a jest ich w tej chwili sześć, ma własne klucze (na potwierdzenie dwa pęczki wyciąga z czeluści torebki, akurat dzisiaj była w tych mieszkaniach, więc ma przy sobie), przeważnie sprząta pod nieobecność właścicieli. Olga: – Ja naprawdę nic negatywnego nie mogę o ludziach tu powiedzieć, Polacy są bardzo dobrzy, bardzo gościnni. Może ja mam po prostu takie szczęście? Od koleżanek czasem słyszę, że ktoś się do nich źle odnosi, ale rzadko. Ze wszystkimi mam dobrze, wszyscy mi mówią, że mogę się czuć jak u siebie, zrobić kawę, herbatę. A jak ktoś w domu jest, to i obiadem poczęstuje, powie, żeby trochę usiąść, pogadać. Zwłaszcza jedna pani, ona jest starszą osobą, lubi poopowiadać.

To nie problem, bo Olga rozlicza się głównie hurtem, za wykonaną robotę, a nie na godziny. U Oksany, która sprząta w 14 mieszkaniach (w kilku raz lub dwa razy w tygodniu, w innych co dwa tygodnie lub raz na miesiąc), jest z tym różnie, jak się z kim dogada: 20 zł za godzinę albo ryczałtem za całość. W kwestii rozmów przy pracy jest bardziej zasadnicza. – Na sprzątaniu nie ma gadania, tylko „dzień dobry", „co u pani" i już, robisz swoje. Jak masz pracę na godziny, to co, będą z tobą rozmawiać, a kto za to zapłaci? – pyta retorycznie.

W oczach Oksany „jej" domy są „bogate i bardzo bogate". – Jak człowiek jest z biednej rodziny i przychodzi do takiego domu, to sobie myśli: „Kiedy ja się tak dorobię?". A później się przyzwyczaja – mówi. Bywa, że ktoś negocjuje, roboty jest na cztery godziny, a chce, żeby się obrobić w dwie (bo i tylko za dwie się wtedy zapłaci). – Jednej pani tłumaczyłam, że jak tyle jest do sprzątania, i szafki w kuchni wewnątrz i na zewnątrz, i okna, to nie da rady. Nie odezwała się nic, ale było widać, że jest zła. Ja myślę, że ona sobie w środku pomyślała: „Pewnie chcesz mnie na kasę naciągnąć". I studenci często tak chcą, chłopak z jednego województwa, dziewczyna z drugiego, wynajmują mieszkanie, sprzątać im się nie chce. I oni chcą, żeby za pół darmo robić. A człowiek musi siebie i swoją pracę cenić.

Oksana do połowy mieszkań ma klucze, w połowie mija się w drzwiach z właścicielami. – Ludzie mi ufają, bo ja pracuję tylko z polecenia, ktoś daje do mnie numer koleżance i tak to idzie. Mówią, żeby wychodząc, zatrzasnąć drzwi albo zamknąć na klucz i zostawić w skrzyneczce albo na ochronie. Pieniądze też najczęściej zostawiają od razu, z góry – opowiada.

Zapomniała pani o szafeczce

Olga nie może się doszukać w pamięci choćby odrobiny nieprzyjemności ze strony chlebodawców. Dopytywana, w końcu opowiada o trzech sytuacjach. – Raz u jednych państwa zginął pierścionek, jak przyszłam, to zapytali tylko, czy przypadkiem nie zauważyłam. Później się okazało, że znaleźli go w jakiejś szafce – opowiada o pierwszej.

O drugiej: – Jedna dziewczyna zawsze była w domu przy sprzątaniu, od początku mówiła do mnie jak przyjaciółka, bardzo była miła. Ale raz zadzwoniła koleżanka, potrzebowała, żeby jej wytłumaczyć, jak gdzieś dojść, parę słów. A w tym czasie córka tej pani wlała mi wodę do odkurzacza. I to mnie się dostało, pani krzyknęła, że powinnam na nią patrzeć, a nie gadać przez telefon. Skończyłam sprzątanie, poszłam i już więcej do niej nie wróciłam. Bo ja nie jestem więzień, że nie mogę odebrać telefonu. Nie przyszłam bawić jej dziecka, tylko sprzątać.

O trzeciej: – Kiedyś przy odkurzaniu rozwaliłam figurkę szklaną, przypadkiem. A to była droga figurka, 600 zł. Bardzo przeprosiłam, powiedziałam, że chciałabym dalej pracować, że oddam pieniądze. Pani powiedziała: „Nie musisz teraz dawać mi tych 600 zł, możesz odrobić". Mam u nich 100 zł za sprzątanie, więc półtora miesiąca spłacałam. Ale pracuję dalej, czasami nawet z tego żartujemy.

Oksana strat żadnych nie spowodowała, jeśli nie liczyć nóżki od „jakiegoś antyku", która przy sprzątaniu odleciała. – Powiedziałam, że odpracuję, bo jak to tak, ktoś tobie ufa, a ty mu coś niszczysz? Państwo powiedzieli: „Spokojnie, nie trzeba", później widziałam, że sobie tę nóżkę przykleili – śmieje się Oksana.

Nawet jak się w ferworze mycia, pucowania, układania, odkurzania coś przeoczy, to tylko przyjdzie esemes: „Zapomniała pani o tej szafeczce w rogu". Oksana i Olga wtedy odpisują: „Przepraszam bardzo, czy mogę za tydzień sprzątnąć?". „Jasne, proszę się nie przejmować, nie ma problemu". Oksana: – To się zdarza dziewczynom, jak biorą po dwie–trzy prace dziennie. Człowiek się wtedy spieszy, bo już myśli, że gdzie indziej ma być na 14, a tu jeszcze tyle roboty. I po łebkach robi albo coś przewróci, uszkodzi. Ja wolę powoli.

Zdarza się też, że ktoś z grafiku wypada. – W sierpniu miałam mało pracy, jedni wyjechali, drudzy sprzedali mieszkanie. Zawsze wtedy ludzie mówią, że im przykro, i dają telefon do znajomych, żebym do nich poszła z polecenia – mówi Olga.

Problemu nie ma też w drugą stronę – kiedy się wyjeżdża na Ukrainę (przeważnie raz na kwartał, na tydzień, dziesięć dni, maksymalnie dwa tygodnie). – Mówię, że mnie nie będzie, nikt nie robi problemu. Tylko jeden pan prosi, żeby go nie zostawiać, bo on jest sam z dwójką dzieci, do niego wysyłam wtedy koleżankę. A jak jestem chora? Jeszcze się tak nie złożyło, jak choruję, to w sobotę i niedzielę, kiedy mam wolne – śmieje się Olga. Oksana natomiast już miała takie sytuacje. – Wtedy piszę esemesa, że nie mogę przyjść, zwłaszcza jak u kogoś są dzieci, to chora nie pójdziesz, prawda? I panie odpowiadają: „Nie ma sprawy, dziękuję za informację, do zobaczenia". Na zastępstwo? Nie chcą nikogo innego. I ja nie chcę polecać, mogę ręczyć tylko za siebie. Jak coś się stanie, to później kogo będą szukać?

Ania od niedawna pracuje w agencji pośrednictwa pracy, wcześniej przez kilka miesięcy zarabiała sprzątaniem. Głównie w hotelu, dorywczo też prywatnie, w jednym mieszkaniu. – W hotelu jak w hotelu, mało jest kontaktu z ludźmi, sprząta się, jak gości nie ma. A u tej pani, Polki, u której w domu sprzątałam, było mi bardzo dobrze. Ona powiedziała, że też zaczynała od sprzątania, więc wszystko rozumie.

Jedynie z wynajęciem mieszkania było trochę problemu. – Ale nie dlatego, że my Ukraińcy, tylko że dziecko jest, że może pomalować ściany, coś zniszczyć – opowiada.

W przedszkolu za to – świetnie. – Ja się bardzo stresowałam, w przedszkolu tylko dwoje–troje dzieci jest z Ukrainy, reszta Polacy. Ale nie mogę narzekać, dzieci się bawią razem, syn tak lubi tam chodzić, że w sobotę, niedzielę pyta: „Mama, mogę do przedszkola?" – śmieje się Ania.

Napijemy się kawki

Ania przyznaje, że „w Ukrainie niektórzy straszyli, że Polacy są niedobrzy, że poniżają Ukraińców". Nie tyle to słyszała, ile czytała na Facebooku. – Może komuś się zdarzyło, że Polak się niedobrze do niego odnosił, może są przypadki nacjonalistów, poniżania Ukraińców. Myślę, że nie może być w życiu wszystko idealnie, różni są i Polacy, i Ukraińcy. Ale ja nie miałam żadnego złego doświadczenia – śmieje się.

Oksana raz tylko nie zdążyła się nawet pokazać w domu potencjalnych pracodawców, a już przez telefon usłyszała: „Niech się pani nie gniewa, może jest pani uczciwym człowiekiem, ale jakby mój mąż usłyszał, że zatrudniłam Ukrainkę, to wygnałby z domu i panią, i mnie". Oksana wyjaśnia: – Pani mi powiedziała, że pracowała u nich Ukrainka, twierdziła, że nazywa się Maria, a oni nie sprawdzali, zaufali jej. Bo niektórzy to sprawdzają dowód, nawet robią sobie zdjęcie. I ona była u nich pół roku, miała klucze, taka była swoja, domowa. Ale wyjechali na wakacje, jak wrócili, to nic nie było w domu: antyki, złoto, sprzęty, wszystko wyniosła.

„Może ze dwa razy w życiu" miała z kolei taką sytuację: przychodzi do nowego domu, niby wszystko w porządku, ale czuć w powietrzu, że coś jest nie tak. – Nie mogę powiedzieć, żeby ktoś mi ubliżył czy coś, po prostu tacy ogólnie niezbyt mili byli ci ludzie, to się po prostu czuje, rozumie pani? – wyjaśnia. Ten niewytłumaczalny rodzaj napięcia nigdy nie był podyktowany jej narodowością, co do tego Oksana jest pewna. Gdyby tak było, rozumuje, później nie przychodziłyby esemesy: „Ma pani czas w piątek?".

Piątki to na rynku usług domowych najbardziej chodliwy dzień. – Każdy chce mieć na weekend czyściutko. A człowiek się przecież nie rozdwoi – śmieje się Oksana. Jej zdaniem Polacy to generalnie porządny naród – a przynajmniej ci jego przedstawiciele, którzy ją pod swoje dachy wpuszczają. – Tylko dwa są takie domy, że jak przychodzę, to wygląda, jakby nic nie sprzątali przez dwa tygodnie, wszystko porozrzucane, sterta zmywania i prania – mówi. Olga nie ma takich doświadczeń: – Dziewczyny czasem mówią, że trafiają się bałaganiarze. Ale u moich ludzi nie ma brudu, syfu, zawsze nawet starają się coś poukładać, zanim przyjdę, żebym tylko mycie miała.

Żadna z nich nie doświadczyła też spoufalania się. – Wszyscy do mnie mówią per pani na początku, a ja zawsze chcę, żeby mówili po imieniu. Nie chcę na pani, bo się staro wtedy czuję. Olga, i to wszystko. Ale nie wszyscy się na to zgadzają, jedna pani mi powiedziała: „Nie chcę robić różnicy, że ja pani, bo mam firmę, a ty Olga, bo u mnie sprzątasz". I cały czas mówi do mnie: pani Olga – wyjaśnia. Ania z kolei opowiada, że kobieta, u której sprzątała prywatnie, zawsze proponowała: „Chodź, siądziemy, napijemy się kawki". – A ja się wstydziłam, nie lubię być koleżanką szefowej, unikam takich stosunków. Kierownik to kierownik.

Jeden za drugim do kościoła

Szczególnie miło robi się tuż przed świętami – Bożym Narodzeniem i Wielkanocą (według kalendarza katolickiego, nie prawosławnego). Wszyscy składają życzenia, według prywatnych statystyk Olgi i Oksany co drugi pracodawca dorzuca jakiś upominek. – Dostaję słodycze, kawę, herbatę, dodatkowe pieniądze – wylicza Olga. – Wiem, że niektóre dziewczyny dostają też jakieś ubrania – dodaje. Oksana: – Najczęściej dostaję czekoladki, wodę toaletową albo stówkę ekstra. To bardzo miłe, przecież nie trzeba nic dawać.

Tak na co dzień zazwyczaj słyszą: „Proszę się czuć jak u siebie". Dlatego Polaków widzą jako gościnnych i życzliwych. – Wszyscy mówią: „Jest woda, kawa, herbata, proszę korzystać", niektórzy nawet: „Jest lodówka, proszę się częstować". Ale jak to tak, zaglądać komuś do lodówki? To znaczy musisz zaglądnąć, bo umyć trzeba, ale poza tym objadać będziesz kogoś? – opowiada Oksana.

Nieprzyjemności żadne nie spotkały ich również poza domami i mieszkaniami, które sprzątają. – Raz tylko słyszałam w autobusie czy tramwaju, jak jedna pani, więcej jak 50 lat miała, denerwowała się: „My wam chleb dajemy, a wy tak krzyczycie!". Bo jakaś dziewczyna z Ukrainy gadała przez telefon na cały autobus – opowiada Oksana. I dodaje: – Ja wiem, że Wołyń i tak dalej, że trudna historia, ktoś może się zdenerwować. Ale udaję, że nie słyszę, idę dalej, robię swoje.

Ani się to (jeszcze) nie przydarzyło. Raczej jako anegdotę, choć z nutką oburzenia, opowiada o Polaku, który co ją widział, to się „chwalił", jak umie przeklinać po rosyjsku. – Raz puściłam mimo uszu, drugi raz, za trzecim zapytałam: „Jak panu tak nie wstyd mówić?". I mu się wstyd zrobiło, i już więcej nie przeklinał.

Oldze z kolei znajomi czasem wspominają, że usłyszeli z wyrzutem: „Zabieracie nam pracę". Takie komentarze, jeśli już, padają według niej z ust młodych; starsi, jeśli mają jakąś pretensję, to za przeszłość. – Sama tylko raz w autobusie słyszałam komentarz: „Już nie mogę słuchać tego ukraińskiego!". Z drugiej strony dużo ludzi mówi, że my jesteśmy pracowici.

Co do różnic, to Ani szczególnie podoba się podejście Polaków do religii. – Wy bardzo szanujecie Kościół, i starzy, i młodzi. Byłam na Wigilii, tak pięknie było, z taką powagą. I w niedzielę zawsze jak patrzę przez okno, to ludzie jak mrówki, jeden za drugim do kościoła. Ja sama chodzę do różnych, nie zawsze do cerkwi, Bóg to Bóg, wszędzie jest taki sam. A u was podoba mi się, że można siedzieć, u nas stoi się dwie godziny albo więcej. I ja już wtedy nie myślę o Bogu, tylko że mnie nogi bolą – śmieje się. Zaskoczyło ją też to, że w Polsce bardziej szanuje się pracownika, że mu się daje na przykład telefon czy laptop służbowy. – Jak pracowałam w policji, to wszystko musiałam sobie kupić sama: komputer, biurko, krzesło, drukarkę, nawet papier, bo dawali nam jedną paczkę na wszystkich śledczych, a ja sama zużywałam jedną albo dwie na miesiąc. A Polacy robią wszystko, żebyś dobrze pracował. Generalnie jednak w ich oczach Polacy i Ukraińcy są do siebie raczej podobni. To widać chociażby po językach – zauważają Olga, Oksana i Ania. W praktyce można to sprawdzić na przykładzie tej ostatniej: jest w Polsce raptem kilka miesięcy, całkiem sprawnie posługuje się polskim (choć parokrotnie w czasie rozmowy przeprasza, że jeszcze za słabo go zna), kiedy brakuje jej jakiegoś słowa, przechodzi na ukraiński. I wtedy nadal ją świetnie rozumiem.

Olga zauważa, że różnice, nie językowe, tylko ludzkie, to już kwestia indywidualna. – Różni są ludzie, różne są charaktery – wzrusza ramionami. Oksana też mówi krótko: – Język jest podobny, charaktery i temperamenty, można by powiedzieć, też. Pani chyba wie, że wszędzie, w każdym narodzie, są ludzie i ludziska.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA