fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wielkie deklaracje, efekty mizerne. Czy Polska może być filmową potęgą?

Produkcja „Kuriera” pochłonęła 17,5 mln zł. W główną rolę Jana Nowaka-Jeziorańskiego wcielił się Philippe Tlokinski (z prawej), a tajemniczą Doris zagrała Julie Engelbrecht
Bartosz Mrozowski
Wielkiego filmu o polskiej historii, który zachwyci Zachód, jak nie było, tak nie ma. A systemowe problemy polskiej kinematografii z każdym rokiem tylko się pogłębiają.

Film to klucz, żeby zainteresować ludzi polską historią" – mówił na łamach amerykańskiego pisma „Variety" w sierpniu 2018 r. Piotr Śliwowski, producent kierujący filmowym projektem Polskiej Fundacji Narodowej. Zapewniał, że chce stworzyć obraz, który przedstawi Polskę w pozytywnym świetle. W rozmowie z opiniotwórczym magazynem odwoływał się do „Patrioty" Rolanda Emmericha z 2000 r. z Melem Gibsonem w roli głównej, opowiadającego o wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Deklaracja – a jednocześnie swego rodzaju ogłoszenie dla hollywoodzkich twórców i producentów – rozbudzała ciekawość, tym bardziej że PFN jest gotowa przeznaczyć na film 70 mln zł.

Zapowiedź Śliwowskiego wpisuje się w hasła polityki kulturalnej Zjednoczonej Prawicy, która rękami Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz ustami swoich polityków (nawet wspominał o tym prezydent Andrzej Duda) głosi potrzebę tworzenia dzieł, które będą wspierać wizerunek Polski na świecie. Które będą odkłamywać historię i przypominać chwalebne epizody.

Jednak poza deklaracjami, po trzech latach rządów prawicy efekty są mizerne, a spektakularnych produkcji z patriotycznym wydźwiękiem wcale nie widać. Mało tego, coraz mniej ludzi ze środowisk konserwatywnych wierzy, że takie filmy są potrzebne, a nawet więcej – wątpią, czy takie filmy w ogóle w polskich warunkach można kręcić.

Film patriotyczny nie istnieje

Jednak o ile środowisko po trzech latach patrzy na politykę kulturalną rządu chłodniejszym okiem, o tyle instytucje dalej uderzają w triumfalne tony.

Fundacja, zapytana przez „Plusa Minusa" o stan prac nad zapowiadanym spektakularnym filmem, nie odpowiedziała. Ofensywą historycznych produkcji chwali się za to Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W grudniu resort poinformował, że zawarto umowy dotyczące kilku koprodukcji międzynarodowych. Nie zdradza jednak szczegółów nawet co do kwestii tematyki filmów, tłumacząc się klauzulami poufności. Przywołuje za to polskie filmy, które powstają z dofinansowaniem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej oraz ze wsparciem ministerstwa.

– Na pierwsze efekty reformy kinematografii musimy poczekać. Trwają już zdjęcia do filmu „Raport Pileckiego", największej i najdroższej produkcji z 40, które teraz powstają. W tym przypadku możemy spodziewać się kina na światowym poziomie – mówi „Plusowi Minusowi" wiceminister kultury Paweł Lewandowski. Pytanie tylko, czy fakt, że z dotacjami PISF powstają filmy historyczne, stanowi jakąś nowość? W ten sam sposób za rządów Platformy Obywatelskiej powstały m.in. „Generał Nil" Ryszarda Bugajskiego i „Róża" Wojciecha Smarzowskiego oraz wiele innych obrazów historycznych.

Niedługo Jan Komasa rozpocznie zdjęcia do filmu o Irenie Sendlerowej. W tym roku planowane są też premiery „Legionów" oraz „Ikara. Legendy Mietka Kosza" o śląskim pianiście jazzowym. Jak przekonuje wicepremier i minister kultury Piotr Gliński: „te i inne, także międzynarodowe produkcje filmowe (...) są przede wszystkim zasługą polskich twórców, to oni piszą scenariusze i wypełniają białe plamy polskiej historii. Rolą MKiDN jest poszerzanie wsparcia dla twórców".

Realny kształt przybrała za to filmowa biografia Jana Nowaka-Jeziorańskiego, która trafiła właśnie do kin. W 2015 r. Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego (od 2004 r.), udał się z pomysłem na film do Władysława Pasikowskiego. To był początek. Zdjęcia do „Kuriera" trwały niecały rok. W sumie cztery lata pracy, za którą w większej mierze stoją ludzie z muzeum, a nie z ministerstwa.

Cztery lata temu minister Gliński zapowiedział produkcję wielkiego filmu patriotycznego. Producenci i krytycy wzdrygają się już na samo to określenie. – To chyba nowy gatunek... Ja wolałbym mówić o pojemniejszej kategorii filmu historycznego – śmieje się Jerzy Kapuściński, producent, dyrektor artystyczny Studia Munka, który uważa, że elementy patriotyzmu możemy odnaleźć w wielu historiach, a realizując kino historyczne, które ma zostać zauważone na świecie, trzeba myśleć innym kluczem, niż zatrudnienie Mela Gibsona czy Clinta Eastwooda. Z kolei Jan Pawlicki, pełnomocnik zarządu TVP ds. utworzenia Agencji Kreacji Filmów i Seriali, scenarzysta i dokumentalista, a dawniej dziennikarz związany z prawicowymi mediami, mówi: – Już samo określenie „film patriotyczny" nie brzmi dla widza zachęcająco. Jak kategoria, którą uwielbia prezes Jacek Kurski – film tożsamościowy. To jakiś potworek językowy. Tak się filmów nie promuje. „Szeregowiec Ryan" nie był tak reklamowany, choć jest do bólu patriotyczny. To kwestia strategii, żeby pozyskać jak najszersze grono odbiorców, nie tylko zainteresowanych historią albo skupionych na pielęgnowaniu narodowej godności – podkreśla.

Określenia „film patriotyczny" unika też krytyk filmowy Jakub Majmurek związany z lewicową „Krytyką Polityczną": – Ta kategoria nie jest pożyteczna, poza etykietą, której używają politycy prawicy, niebywający w kinie, a dyscyplinujący filmowców. Mówiłbym po prostu o kinie historycznym.

Nie jest jednak tak, że wszyscy: i lewica, i prawica – są krytyczni wobec kina z założenia patriotycznego. – Nie wiem, jak można rozdzielać film patriotyczny od historycznego. Jeśli mamy budować naszą tożsamość, to na wzorach z przeszłości – twierdzi Tadeusz M. Płużański, publicysta TVP od lat promujący tematykę żołnierzy wyklętych. Używanie tej kategorii ocenia jako nieuczciwe stawianie sprawy: – Jeśli ktoś rozdziela filmy historyczne od patriotycznych, to chyba celowo, by pokazać, że są to filmy robione pod tezę, które mitologizują naszą historię – mówi Płużański.

Nie stać nas na bitwę

Na przekór twierdzeniom o potrzebie nakręcenia drogiego i spektakularnego filmu o historii Polski, który zostanie zauważony za granicą, największy sukces polskiej kinematografii z ostatnich miesięcy to liczne nominacje i nagrody dla „Zimnej wojny" Pawła Pawlikowskiego – filmu dziejącego się w czasach PRL, ale kameralnego i skromnego, w którym narracja jest prowadzona w zasadzie obok wielkiej historii.

Jeszcze inną kwestią jest pytanie, czy na realizację widowiskowych filmów naszą kinematografię w ogóle stać. – Na scenę batalistyczną jest w Polsce za mało pieniędzy. Nawet z mecenatem państwa pewnego pułapu nie osiągniemy i żadna stacja telewizyjna nie wyłoży na to środków – uważa Jan Pawlicki.

– I właśnie dlatego dyrekcja Muzeum Powstania Warszawskiego zaproponowała wyreżyserowanie „Kuriera" Władysławowi Pasikowskiemu – mówi Łukasz Adamski, krytyk filmowy związany z prawicowym tygodnikiem „Sieci". – Bo Pasikowski jest świetnym rzemieślnikiem i przy 17 mln zł zrobił wiarygodne sceny strzelaniny między pociągami. Jan Komasa też nie miał wielkiego budżetu, a w „Mieście 44", sceny batalistyczne można porównać do kina europejskiego. Trudno zestawiać polskie filmy z „Dunkierką" Christophera Nolana, gdzie budżet wyniósł 100 mln dol. – podkreśla Adamski.Według Pawła Lewandowskiego z MKiDN dobry polski film kosztuje teraz między 12 a 16 mln zł. PISF może wesprzeć film maksymalnie sześcioma milionami, a inne możliwości to koprodukcja z państwową lub samorządową instytucją kultury (np. Wytwórnią Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, Narodowym Centrum Kultury, Filmoteką Narodową – Instytutem Audiowizualnym). Jednak ogólna kwota takiego wsparcia nie może przekraczać 50 proc. pieniędzy publicznych, a w wyjątkowych sytuacjach 70 proc. (na tzw. filmy trudne, artystyczne).

O tym, że koprodukcja to dobry kierunek, przekonuje Jan Pawlicki: – Przykładowo jako producent bałbym się zrobić remake „Krzyżaków", ale większe szanse powodzenia miałaby już koprodukcja polsko-litewsko-niemiecka. W ciągu ośmiu–dziesięciu lat powinniśmy dojść do tego, żeby taki film wyprodukować i sprzedać. Niemcy już takie filmy potrafią robić i pracują nad tym z Hollywood – mówi.

Łukasz Adamski twierdzi, że nie warto się skupiać na wielkich produkcjach wojennych i patriotycznych. – Lepiej pokazywać coś, co płynie z duszy i serca. Sukcesy „Zimnej Wojny" pokazuje, że można swoje historie pokazywać światu, jeśli są zrobione w sposób intrygujący. Bo „Zimna wojna" jest autorska, pięknie nakręcona, a miała niemal dokładnie taki sam budżet jak „Kurier". Ale przede wszystkim: dobry scenariusz. Bez niego będziemy robić wysokobudżetowe klapy – zaznacza.

To kolejna bolączka polskiego kina, o której mówi się od lat. A w przypadku filmu historycznego ważna jest nie tylko fabuła i prowadzenie akcji, ale też historyczna dokumentacja. Na taki scenariusz potrzeba pieniędzy i czasu – średnio pół roku. A nad Wisłą zamiast zlecać pisanie takich scenariuszy, ogłasza się konkursy, w których startują głównie amatorzy.

Schorowana gałąź

W 2017 r. minister kultury rozstrzygnął konkurs na scenariusz filmu historycznego zorganizowany przez Narodowe Centrum Kultury. Nagrodzono trzy historie: młodego scenarzysty Tomasza Klimali („Sokół" o 15-letnim chłopaku ze wsi w Galicji, który w 1914 r. marzy o karierze sportowej, ale zostaje powołany do armii), pisarza Marka Ławrynowicza („Bruno Schulz – gra w śmierć") i Roberta Glińskiego („Sanatorium im. Gorkiego" o zbrodni katyńskiej), doświadczonego filmowca oraz brata ministra. Być może powstanie obraz znakomity, ale konkurs scenariuszowy, który wygrywa aktywny filmowiec, w dodatku nienarzekający na brak możliwości i propozycji, to oznaka systemowej patologii.

Scenariusze generują jeszcze jeden istotny problem – jak opowiadać o polskiej historii? Zadanie trudne o tyle, że jesteśmy narodem historyków samouków. Ministerstwo oraz podległe mu instytucje, każdorazowo zapowiadając pomysł lub projekt scenariusza, zderzają się z licznymi komentarzami i polemikami w środowisku prawicowym, pisanymi w myśl zasady: nie znam się, to się wypowiem. Bombardowani w ten sposób urzędnicy stają się zakładnikami publicystów, a czasem wręcz anonimowych użytkowników Twittera, którzy zawsze są gotowi „zaorać" każdą inicjatywę.

A jednego sposobu opowiadania historii nie ma. Jakub Majmurek zauważa, że kino historyczne operuje w trzech rejestrach, o których pisał Fryderyk Nietzsche: – Jest model pierwszy, patetyczno-monumentalny, czyli mitotwórczy. Skupiony na wielkich czynach, bohaterach, ważnych dla wspólnoty. Drugi to krytyczny, dekonstruujący narodowe mity, a nie wzmacniający je. I wreszcie antykwaryczny – odtwarzający szczegół, pozwalający śledzić nie historię państwa, a jednej rodziny, stołu, sprzączki od pasa do munduru. Dobre kino historyczne w jakimś sensie musi te trzy modele łączyć – mówi.

Z drugiej strony, opowiadając o historii, nie powinniśmy bać się patosu. – Czy drażni nas patos w „Szeregowcu Ryanie" Stevena Spielberga? Nie, bo jest dobrze zrobiony – przekonuje Łukasz Adamski. – Patos drażni nas i śmieszy wtedy, gdy jest sztuczny i wyrachowany. O tym, że polscy filmowcy wzorem Spielberga potrafią wyważyć te proporcje, świadczy film „Karbala" Krzysztofa Łukaszewicza o polskich żołnierzach w Iraku. Tam patos mnie nie drażnił. Jest taka scena, gdy widzimy powiewającą polską flagę podziurawioną od kul terrorystów. Dobra, poruszająca scena – mówi krytyk.

Według Pawlickiego patos wynika z założenia, że filmy mają spełniać rolę edukacyjną i, jak zaznacza, trzeba od tego uciekać. – Tym bardziej że widzowie, szczególnie ci wychowani na Netfliksie i innych platformach streamingowych, są przyzwyczajeni do antybohaterów. My się tego boimy. Nie wiem, kto byłby u nas taką postacią. Bardziej Kmicic niż Skrzetuski. Zanim się nawrócił, był antybohaterem, a widzowie lubią postaci ubrudzone, z jakimś mrocznym rysem – dodaje.

W biografiach siła

Czy jest wyjście z tej sytuacji? Czy jest coś pomiędzy wątpliwym szastaniem pieniędzmi na bizantyjskie produkcje, a niszowym kinem artystycznym z historią w tle?

Rozmówcy „Plusa Minusa" zgodnie twierdzą, że odpowiedzią są filmowe biografie. Barwne życiorysy, których do opowiedzenia jest jeszcze wiele. W Muzeum Powstania Warszawskiego wręcz powstała lista postaci, których życiorys nadaje się do sfilmowania. – Jeśli „Kurier" odniesie sukces, będziemy robić kolejne filmy – zapewnia Jan Ołdakowski, który młodemu pokoleniu chciałby zaprezentować powstańczych poetów, Baczyńskiego i Gajcego, oraz postaci działające w latach okupacji: Jana Rodowicza „Anodę", Kazimierza Leskiego „Bradla", Stanisława Jankowskiego „Agatona". – Warto też przywołać postaci kobiece – podkreśla Ołdakowski. – Mamy niesamowitą kurierkę Armii Krajowej i uczestniczkę powstania, Elżbietę Zawacką „Zo". Przez całą okupację wykonała sto kilkadziesiąt misji.

Również według Jerzego Kapuścińskiego polskie kino nie wykorzystało jeszcze potencjału filmu biograficznego. – Mamy niesamowite historie do opowiedzenia światu. Tylko trzeba znaleźć klucz, język. Pawlikowskiemu w „Zimnej wojnie" to się udało. Mam nadzieję, że Pasikowskiemu z „Kurierem" też się uda. Ale możliwości jest więcej. Lwowska szkoła matematyków to niesamowity materiał na film, niezwykłe ludzkie losy (na jej temat powstaje film „Geniusze" – red.). Można też opowiadać o artystach. Od trzech lat nasze studio nie może spiąć budżetu na film o Violetcie Villas ze świetnym scenariuszem. A przecież biografia jest punktem wyjścia do opowiedzenia o całej epoce – tłumaczy.

Można odnieść wrażenie, że ludzie odpowiedzialni za politykę kulturalną stali się zakładnikami wielkich zapowiedzi i buńczucznych deklaracji (często własnych), że powstanie w Hollywood dzieło promujące polską historię. Tylko że Hollywood to nie jest wypożyczalnia kostiumów, a wielki biznes nastawiony na zysk. Poza tym taki film wiązałby się z obciążeniem wizerunkowym dla amerykańskiego studia, które nagle stałoby się propolską agendą. Są rzeczy, których nie kupimy za pieniądze, choćbyśmy nawet chodzili po ulicach Los Angeles z workiem pieniędzy albo ogłaszali się w amerykańskiej prasie.

Zaufać filmowcom

Często podnoszony argument o tym, że polska historia jest niezrozumiała za granicą, wydaje się w tym kontekście bałamutny. – Nawet projekt zrealizowany na lokalnym rynku może być uniwersalny. Przykładem jest serial „Kompania braci" o chłopakach z Ameryki, którzy zostają spadochroniarzami. Dlaczego anglosaska czy niemiecka historia może być uniwersalna, a nasza nie? Nasza też może być. Tylko nikt nie umie tych historii opowiedzieć. To jest problem mentalny, twórczy, jak przedstawić nas innej kulturze i nie mierzyć się z własnym pępkiem – ocenia Jan Pawlicki.

– Róbmy filmy skromne! – dodaje Łukasz Adamski – My zawsze sobie myślimy, że Polska jest pępkiem świata, szczególnie na prawicy. I wszyscy na nią patrzą. Amerykańskiego, hiszpańskiego czy włoskiego widza nie obchodzi Polska, oni nie kojarzą jej historii. Jeżeli chcemy światu o niej mówić, to nie musimy robić kina wysokobudżetowego.

W tym kontekście Adamski przypomina o dramacie więziennym „Głód" Steve'a McQueena z 2008 r., nagrodzonym w Cannes. Akcja filmu rozgrywa się w czterech ścianach i opowiada o bojownikach IRA, którzy starają się o status więźniów politycznych. – Przecież coś takiego moglibyśmy zrobić o żołnierzu AK torturowanym przez hitlerowców – podkreśla krytyk.

Politycy, którzy próbują stymulować powstawanie filmów historycznych, zamiast zwalczać systemowe słabości polskiej kinematografii, nie ułatwiają życia filmowcom i producentom, którzy wcale nie chcą wyłącznie – jak niesprawiedliwie powtarza się na prawicy – uprawiać pedagogiki wstydu. To w końcu Władysław Pasikowski nakręcił ultrapatriotycznego „Kuriera". Ten sam twórca, który zrealizował odsądzane od czci i wiary „Pokłosie".

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA