fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Javier Bardem: Kino to fikcja, liczy się prawdziwe życie

Penélope Cruz i Javier Bardem we „Wszyscy wiedzą” Asghara Farhadiego. To ich czwarty wspólny film. Od piątku w kinach
materiały prasowe
Kiedy spotkaliśmy się z Penélope Cruz, ona miała 16 lat, a ja 21. Byliśmy dzieciakami – opowiada aktor Javier Bardem Barbarze Hollender. – Tak naprawdę coś między nami zaiskrzyło, gdy graliśmy u Woody'ego Allena. Po zakończeniu zdjęć pobraliśmy się. Nasz najnowszy film nakręciliśmy, będąc rodzicami dwójki dzieci. Ale robota to robota, a dom to dom. W domu nigdy nie rozmawiamy o pracy, o kinie.

Pracował pan z Pedro Almodóvarem, braćmi Coen, Milosem Formanem, Terrence'em Malickiem, Woodym Allenem, Alejandro Gonzalezem Inarritu, Samem Mendesem, Julianem Schnablem, Alejandro Amenabarem. A teraz do tej kolekcji gigantów artystycznego kina doszedł jeszcze Asghar Farhadi. Szczęściarz z pana!

Szczęściarzem to jestem przede wszystkim dlatego, że mam piękną żonę i dwójkę wspaniałych dzieci. Ale też rzeczywiście i dlatego, że: moje młodzieńcze sny o zawodowym sukcesie zamieniły się w rzeczywistość. Dotarłem i do Cannes, i do Hollywood, pracując ze wspaniałymi artystami. A kontakt z Asgharem Farhadim jest spełnieniem wszystkich marzeń aktora. To zresztą zabawna historia. Poszedłem do kina na jego „Rozstanie" i poczułem się tak, jakby ktoś walnął mnie obuchem w głowę. Irańskie realia, a ja tkwię w środku tej opowieści, ogromnie poruszony. Przemknęła mi wtedy przez głowę myśl: „Gdybym mógł choćby na jeden dzień znaleźć się na planie takiego filmu, spotkać takiego reżysera". No i pięć czy sześć lat później zadzwonił Asghar Farhadi, by powiedzieć, że będzie realizował film w Hiszpanii i postać jednego z bohaterów stworzył z myślą o mnie. Co więcej, okazuje się, że główną rolę kobiecą proponuje moje żonie, Penélope Cruz. Co za radość! Ale też jaka odpowiedzialność...

Pamiętam, że podobną historię o spełnieniu marzeń opowiadał pan po premierze „To nie jest kraj dla starych ludzi" Coenów.

Tak bywa w aktorskim życiu. W 2000 roku, gdy byłem na festiwalu filmowym w Georgii, mój agent zakomunikował mi, że próbuje załatwić dla mnie kontrakt w Ameryce. „Z kim najbardziej chciałbyś współpracować?" – spytał. „Z braćmi Coen" – odpowiedziałem bezczelnie, na co usłyszałem: „Poza zasięgiem. Proszę o następną sugestię". Po kilku latach spytał, czy czytałem powieść Cormaca McCarthy'ego, bo właśnie ekranizują ją Coenowie i zgłosiła się ich reżyserka obsady. To był jeden z najwspanialszych dni w moim zawodowym życiu. Choć nie ukrywam, że już na planie zastanawiałem się: „Co ja tu robię? Słabo mówię po angielsku, nie mam prawa jazdy i nie cierpię przemocy i broni!". Ale Coenowie wymyślili mi taką dziwną grzywkę, z którą wyglądałem jak psychopata, i byli przekonani, że sobie poradzę.

„Wszyscy wiedzą", choć zanurzone w hiszpańskiej kulturze, wpisało się w styl Farhadiego.

Tak, bo to jest film o przeszłości, która wraca, wmeldowuje się do teraźniejszości i niszczy przyszłość. Opowieść o relacjach najbliższych ludzi, o miłości, o zdradzie, uczciwości. O rodzinnych sekretach, które wychodzą czasem na jaw w chwilach, gdy ktoś jest zraniony albo w trudnych chwilach, gdy następują w życiu jakieś zwroty. Bardzo uniwersalna historia.

Współpraca z Farhadim spełniła pana nadzieje?

Całkowicie. Asghar jest wspaniałym człowiekiem, który potrafi nawiązać świetne relacje z ekipą. Każdego traktuje z szacunkiem, nie złości się, nie pospiesza, o nic nie ma pretensji. Pozwala szukać, ryzykować. A jednocześnie rozumie ludzkie ograniczenia. Namawia cię do przekraczania granic, ale jeśli tego nie zrobisz – nie ma sprawy. Nie zgwałci cię, żebyś dla sztuki naraził się na głębokie cierpienie. Nie przyłoży ci noża do gardła, co robią niektórzy wielcy artyści.

Jak Irańczyk dał sobie radę, realizując film tak głęboko zanurzony w hiszpańską obyczajowość?

Asghar przyjechał do Madrytu pół roku przed zdjęciami, żeby tu trochę pożyć, poczuć nasze klimaty. Potem, na planie, otoczony był Hiszpanami. Hiszpańskimi aktorami, hiszpańskimi członkami ekipy, nawet hiszpańskimi gapiami na ulicy. Ale tak naprawdę rozumieliśmy się bez słów. Czasem mówił aktorom: „Nie rozumiem, co robisz". I wtedy zawsze miał rację. To nie było tak, że nie rozumiał naszej mentalności czy tradycji. My po prostu graliśmy fałszywe nuty. Jako ludzie. A on to czuł. Bo choć akcja „Wszyscy wiedzą" toczy się w małym miasteczku na Półwyspie Iberyjskim, jest to opowieść o uczuciach, które są podobne pod każdą szerokością geograficzną. O emocjach, jakie są udziałem każdego z nas. Farhadi ani przez chwilę nie próbuje swoich bohaterów oceniać, stara się ich zrozumieć, nikomu nie przyznaje racji, nikogo nie potępia. Zdaje się mówić: wszyscy bywamy omylni, ale każdego spróbujmy zrozumieć.

W filmach Farhadiego zawsze na pierwszym planie są kobiety. To one próbują ułożyć życie, one się buntują.

W większości krajów azjatyckich kobiety wciąż walczą o równe traktowanie. Hiszpania też jest w bardzo patriarchalna. Do dzisiaj. Wie pani, jak się to w naszej kulturze iberoamerykańskiej przejawia? Nie tylko lekceważącym, władczym stosunkiem do dziewczyny, żony, współpracowniczki. Machizm wżera się w podświadomość. Mąż czy kochanek, zdradzony, może mścić się, pobić, nawet zabić. I do dzisiaj znajdzie pani w Hiszpanii niejedną osobę, która nazwie to obroną własnego honoru.

Ale z drugiej strony właśnie w Hiszpanii powstają hymny na cześć kobiet Pedro Almodóvara.

Pedro zawsze wspomina rodzinną La Manchę, mieszkające tam kobiety: matkę, siostry, sąsiadki, wśród których rósł. Ale też konserwatywną kulturę zwróconą ku przeszłości. Jako młody chłopak chciał stamtąd uciec, dzisiaj wraca z sentymentem do tego miejsca i do dzielnych kobiet swojego dzieciństwa. Ja wyrosłem w innym środowisku, ale też wśród kobiet. Patrzyłem na świat ich oczami. Rodzice rozeszli się niedługo po moim przyjściu na świat, ojciec rzadko do nas wpadał. Znikał na całe miesiące. Jedynym mężczyzną w domu był mój starszy o sześć lat brat. Miałem siostrę, matkę, do której często przychodziły przyjaciółki, byłem blisko z babciami. W tamtym czasie kobiety wciąż były lekceważone, a jednocześnie bardzo silne.

Pana matka była aktorką.

Podobnie jak moi dziadkowie. Oni zaczynali w czasach, gdy w części społeczeństwa pokutował jeszcze pogląd, że „komediantów" nie chowa się w święconej ziemi, a aktorki traktowane były gorzej niż dziwki. Ja byłem urzeczony teatrem. Wcześnie zrozumiałem, ile radości daje ten zawód. Matka strasznie się denerwowała przed każdą premierą, ale potem wychodziła na scenę i rozkwitała. Uwielbiała grać.

Pewnie więc od dziecka marzył pan o aktorstwie...

Ależ skąd! Jako sześciolatek występowałem w jakichś serialach, ale naprawdę to chciałem zostać malarzem. Zawsze coś rysowałem, szkicowałem. Nigdy nie były to krajobrazy czy martwe natury. Interesowały mnie wyłącznie portrety. Twarze ludzi. Po maturze zdałem do madryckiej Escuela de Artes y Oficios. Tam zrozumiałem, że nie mam talentu. Na scenie i przed kamerą szło mi lepiej. I tak do dzisiaj rysuję na ekranie różne twarze moich bohaterów.

Mówił pan o dzieciństwie spędzonym z matką. Jaką najważniejszą lekcję wyniósł pan z tego czasu?

Że trzeba być otwartym na świat. Próbować zachować dziecięcą wrażliwość. Tylko dzieci potrafią odbierać rzeczywistość i ludzi wokół tak intensywnie i prawdziwie. Dorastając tracimy czujność. Matka nauczyła mnie też, żeby nigdy nie uwierzyć ani we własny sukces, ani we własną klęskę. Z upadku zawsze można się podnieść, ze szczytu spaść. Kocham piosenkę z ostatniego albumu Metalliki „Moth Into the Flame". Trzeba uważać, żeby nie zbliżyć się do ognia, który może cię spalić. Żądza sławy pali. Najważniejsze jest, by żyć – uczyć się, pracować, rozwijać. Frunąć.

A pan to umie?

Życie stale zastawia na ciebie pułapki. Każda może być niebezpieczna. Przed pokazem „Wszyscy wiedzą" na festiwalu w Cannes na czerwonym dywanie otaczało nas jakieś absolutne wariactwo. Na chwilę wyłączyłem świadomość. A potem nagle usłyszałem cały ten rwetes. Krzyki, nawoływana: „Javier! Javier!". Przestraszyłem się: „Co się stało?! Coś zrobiłem nie tak?". Dopiero po chwili dotarło do mnie: oczywiście chodziło o to, żebym ustawił się dobrze do czyjegoś aparatu. Ale staram się traktować takie chwile z dystansem. Aktorstwo to nie gwiazdorzenie, lecz wysiłek, czasem fizyczny, ale przede wszystkim psychiczny. Bo jak inaczej zagrać bohatera filmu „W stronę morza" Alejandro Amenabara – człowieka, który przez 30 lat jest sparaliżowany, przykuty do łóżka i marzy tylko o tym, żeby godnie umrzeć. Staram się myśleć o swoim zawodzie poważnie, nie dać się unieść nastrojom, przed którymi ostrzegała mnie matka.

Ale ona też musi być dumna z pana osiągnięć.

Kiedy na początku lat 90. zobaczyła mnie w filmie Bigasa Luny „Złote jaja", gdzie było dużo mocnych scen erotycznych i golizny, stwierdziła: „Może byś jakoś inaczej wybierał sobie role", Oczywiście żartowała, bo doskonale rozumie, czym jest ciało dla aktora. Zawsze mi kibicuje. Kiedy za rolę w „Zanim zapadnie noc" Juliana Schnabla dostałem nominację do Oscara, zaprosiłem ją do Los Angeles. Była zrozpaczona, że nie zdobyłem statuetki. A ja, przygotowując się do tej roli umierającego na AIDS artysty, oglądałem na okrągło „Filadelfię" z Tomem Hanksem i w czasie ceremonii czułem się szczęśliwy, bo on siedział kilka krzeseł dalej. Potem się zastanawiałem, skąd wziął się żal mojej matki, która przecież zawsze przestrzegała mnie przed pychą, pewnością siebie, żądzą sławy i napawaniem się sukcesem. I pomyślałem, że ta sala pełna gwiazd wibruje od namiętności. Nagle wydaje ci się, że złota statuetka rycerza wspartego na filmowej taśmie jest czymś najważniejszym na świecie. Musisz ochłonąć, żeby zrozumieć, że nie jest, że można bez niej i żyć i pracować.

Dostał pan ją za rolę w „To nie jest kraj dla starych ludzi". Zagrał pan tam faceta, który jest wcielonym złem.

Staram się na ogół nie wcielać się w takie postacie. Ale Coenowie nie epatowali gwałtem. Raczej działali na podświadomość. Chcieli widzów przerazić. W tego psychopatycznego zabójcę włożyłem całą swoją nienawiść do przemocy. Ale dzisiaj, kiedy już jestem ojcem, długo bym się zastanawiał, nim przyjąłbym znów podobną rolę.

Często podkreśla pan, że ojcostwo bardzo pana zmieniło.

To prawda, z wiekiem zmieniły się moje priorytety. Dzisiaj dom, rodzina są dla mnie najważniejsze. Kino to fikcja, liczy się prawdziwe życie.

Dla dzieci zagrał pan w „Piratach z Karaibów. Zemście Salazara"? Ten film jakoś do pana repertuaru nie pasuje.

Dzieci są jeszcze za małe, żeby oglądać takie filmy. Leonardo ma siedem lat, a Luna – pięć. Choć pewnie już niedługo sięgną po płytę z „Piratami z Karaibów". A ja zagrałem w nich głównie dlatego, że jak kiedyś odwiedziłem Penélope na planie „Piratów z Karaibów. Na nieznanych wodach", to zachwyciłem się precyzją, z jaką tworzony jest ten świat. No i pomyślałem, że można się zabawić. Zwłaszcza gdy postać czarnego charakteru nie jest jednoznaczna, gdy za jego wściekłością i żądzą niszczenia kryje się ból. I gdy za kamerą staje Sam Mendes.

We „Wszyscy wiedzą" zagrał pan razem z żoną. To był wasz czwarty wspólny film.

Kiedy spotkaliśmy się z Penélope na planie filmu Bigasa Luny „Szynka, szynka", ona miała 16 lat, a ja 21. Byliśmy dzieciakami. Tak naprawdę coś między nami zaiskrzyło, gdy graliśmy w „Vicky, Cristinie, Barcelonie" Woody'ego Allena. Po zakończeniu zdjęć pobraliśmy się. Kiedy pracowaliśmy z Asgharem byliśmy już rodzicami dwojga dzieci. Ale postanowiliśmy: robota to robota, dom to dom. Umiemy oddzielić prawdę od fikcji. W domu nigdy nie rozmawiamy o pracy, ujęciach, kinie. Nasz prywatny świat nie jest planem filmowym. Dzieci potrzebują ojca, a nie Escobara, i matki, a nie roztrzęsionej Laury z „Wszyscy wiedzą".

To wszystko jest naprawdę takie proste?

OK, nie jest. Ale żeby było prostsze, chodzę do psychoterapeuty. Rozmowy z nim pomagają mi utrzymać priorytety, uświadomić sobie, co naprawdę ważne, przepracować traumy i złe momenty. Każdemu radzę.

Pan, szczęściarz, ma złe momenty?

Każdy je ma. One są w nas, ale i w świecie wokół. Jest nowy czas, nowe wartości. I nowe niepokoje. Trzeba do nich dorastać.

Myśli pan o polityce?

To też. Nie zamierzam na jej temat milczeć. Płacę podatki i mam prawo głośno mówić, co chcę. A Trump jest gwiazdą najgłupszej opery mydlanej, jaka kiedykolwiek została zrealizowana. Podobnie jak lekceważący demokratyczne wartości populiści i nacjonaliści europejscy. Jak dyktatorzy południowoamerykańscy czy ograniczające wolność rządy niektórych państw azjatyckich. Artyści są od tego, żeby przypominali o fundamentalnych wartościach. Nawet, jeśli czasem muszą za to płacić wysoką cenę. Mój wuj, reżyser Juan Antonio Bardem, w czasach reżimu Franco trafił do więzienia i o tym, że w 1955 roku za swój film „Śmierć rowerzysty" dostał w Cannes nagrodę dziennikarzy, dowiedział się w celi. Dzisiaj też na świecie filmowcy trafiają do więzień albo domowego aresztu za krytykę polityków. W Europie Zachodniej, w Ameryce na szczęście tak się nie dzieje. Ale nam też nie wolno milczeć. Każdego z nas powinno dręczyć pytanie, jaki świat zostawimy naszym dzieciom.

rozmawiała Barbara Hollender

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA