Plus Minus

Dominik Zdort: Facebook staje się człowiekiem

Dominik Zdort
Fotorzepa, Robert Gardziński
Charakterystyczny uniesiony w górę niebieski kciuk stał się, obok stylizowanej literki „f", symbolem Facebooka.

Umieszczany na lodówkowych magnesach, kubeczkach i innych gadżetach był wyrazem pozytywnej filozofii portalu społecznościowego Marka Zuckerberga. Aby wyrazić zadowolenie z jakiegoś wydarzenia, poprzeć jakąś ideę czy działania, wystarczyło kliknąć w ten symbol.

Dezaprobatę zamanifestować było trudniej, bo do napisania negatywnego komentarza koniecznych było kilka kliknięć, i to nie tylko myszką, ale też w klawiaturę. To była dla wielu internautów, którzy wyłącznie myszkują po internecie, bariera nie do pokonania, więc Facebook aż się skrzył od pozytywnych opinii, rzadko zatruwając atmosferę negatywnymi emocjami.

Piszę o tym nieco ironicznie, bo zdaje mi się, że Zuckerberg chciał być twórcą nowej utopii społecznej. Marzył o świecie, w którym nie będzie gorących uczuć. Miłość, radość, zadziwienie, smutek, gniew miały być zastąpione przez beznamiętny lajk w kolorze niebieskim, a więc symbolizującym – skoro już jesteśmy w internecie, to zacytujmy Wikipedię – „uduchowienie, pokój, higienę, spokój, wodę, świeżość, czystość i chłód".

Tyle że idylla zaprojektowana przez twórcę Facebooka była tak naprawdę ułudą. Jak ktoś mnie naprawdę wkurzył, to i tak mogłem napisać na moim albo jego profilu, co o nim myślę, używając zarówno ładnych, jak i brzydszych słów, i zazwyczaj administratorzy portalu mnie nie blokowali. Mogłem też tak skonfigurować konto, żeby mój nielubiany znajomy w ogóle nie widział, co piszę. A na koniec, gdy zostałem strasznie zdenerwowany, mogłem człowieka usunąć z fejsbukowych „przyjaciół".

Ze wszystkich tych możliwości (szczególnie z pierwszej) korzystałem i korzystam. Nie ukrywam: jestem zapalonym fejsbukowiczem, emocjonuję się tym, co piszą inni, i sam lubię tych innych wkurzać swoimi wpisami. Twittera nie poważam – moim zdaniem przekonanie, że w 140 znakach da się zawrzeć jakąś mądrą myśl, może mieć albo geniusz, albo człowiek wyjątkowo naiwny. A jakoś trudno mi uwierzyć, że większość użytkowników Twittera to geniusze. Facebook uwodzi mnie także tym, że nie zmusza do pogoni za wydarzeniami, jest powolny. A to w moim wieku jest już bardzo poważną zaletą.

Wolę więc Facebooka. Tym bardziej że około środy w tym tygodniu Mark Zuckerberg poddał się. Zrezygnował z utopii bezkonfliktowego portalu. Facebook chce „z żywymi naprzód iść", więc wprowadził inne „przyciski" obok kciuka uniesionego w górę.

Oczywiście zaraz pojawiły ostrzeżenia: teraz dopiero zacznie się jazda, do Facebooka spłynie cała nienawiść, złość, zawiść, wszystkie najgorsze instynkty wyzwalające się u całkiem spokojnych ludzi, którzy decydują się zamieścić wpis na internetowych forach.

Być może. Jednak cieszę się, że teraz można już nie tylko lubić wpisy innych, ale też kochać, śmiać się, dziwić, płakać i wściekać. Czasem to będzie nieprzyjemne, ale znacznie bardziej ludzkie.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL