fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Mariusz Snopek: Terapia w więzieniu to konieczność

W resocjalizacji zdegradowanych więźniów chodzi o dobrobyt społeczny. Większość z nich wyjdzie na wolność. Lepiej poddać ich terapii w więzieniu, by nie powtarzali swych czynów
materiały prasowe
Świeżo przybyły najpierw parzy herbatę, robi pranie. Z czasem ktoś namówi go, by dotknął cudzej bielizny leżącej na podłodze, w więziennej mentalności jest to bowiem aktem upokorzenia. Stanie się workiem treningowym. Będzie jadał z podłogi, lżony i tresowany niczym pies. W końcu posłuży jako obiekt czynności seksualnych - mówi dr Mariusz Snopek, ekspert w dziedzinie resocjalizacji.

Plus Minus: Za murami więzienia cwel to podczłowiek, nikt. Maltretowany, bity, a nawet zbiorowo gwałcony, według uznania oprawców.

Tak było dawniej. Współcześnie przemoc fizyczna zdarza się coraz rzadziej. W społeczeństwie więziennym wciąż obowiązuje jednak nieformalna struktura warstwowa. Na czele stoją członkowie podkultury więziennej zwanej grypserą. Poniżej lokują się więźniowe niegrypsujący. Trzecia warstwa to „zdegradowani" (nazywani wulgarnie cwelami), stanowiący więzienne dno.

Kim są więźniowe zdegradowani?

To ludzie odrzuceni przez ogół więziennej populacji. Traktowani niczym trędowaci, których nie można nawet dotknąć, bo kontakt z nimi grozi „ubrudzeniem", w konsekwencji zaś samodegradacją. Niestety, polskie prawo nie dostrzega problemu takich osób, dyrekcja zakładów karnych umieszcza ich zatem w nieformalnych oddziałach lub celach zwanych ochronkami. O nich samych mówi się zaś „chronieni" lub „poszkodowani". Często od razu po przybyciu skazanego do więzienia kwateruje się go w oddziale chronionym.

Z góry wiadomo, że będzie zdegradowany?

Tak. W swoich badaniach poddałem analizie 60 proc. przypadków degradacji w pięciu polskich więzieniach (ponad 200 osób). Okazało się, że główną jej przyczyną jest rodzaj popełnionego przestępstwa. Są to zwłaszcza zbrodnie przeciwko wolności seksualnej i obyczajności, czyli gwałt, seksualne wykorzystanie osoby słabszej, nieporadnej czy psychicznie chorej, pedofilia i kazirodztwo. Także fizyczne i psychiczne znęcanie się nad rodziną, zwłaszcza matką. W gwarze więziennej mówi się wówczas o skazaniu z „krzywego" lub „kulawego" artykułu.

A inne przyczyny degradacji? W swojej książce o więźniach poszkodowanych opisał pan historię 20-letniego Janusza. Najpierw długo lżony i wyśmiewany, w końcu został zbiorowo zgwałcony, bo jako bojaźliwy, „zamulony" i „słaby" nie potrafił się bronić. Gwałt złamał jego ciało i psychikę. Wielokrotnie próbował popełnić samobójstwo.

Janusz miał cechy charakteru uznawane w psychologii za wiktymne, czyli predysponujące, by stać się ofiarą. W więzieniu jest to kolejna bardzo istotna przyczyna degradacji. Cechy wiktymne to w przypadku mężczyzn zniewieściałość, infantylizm, płaczliwość, naiwność czy podatność na uleganie manipulacji. To ci, o których za kratami mówi się wulgarnie „miękka faja", a na wolności spotyka się często w obcisłych spodniach rurkach i różowych podkoszulkach.

„Taki frajer sam się prosi, by go przekopać" – czytam na forum dla byłych więźniów.

Ofiara rzekomo prowokująca przemoc to bardzo krzywdzący i fałszywy mit. O przemocy mówimy tam, gdzie między stronami nie ma równowagi sił. A psychologia uważa, że stosowania przemocy (w więzieniu czy domowej) zawsze winny jest oprawca, bez względu na to, jakie cechy osobowości posiada ofiara. W innym przypadku np. o kobietach w minispódnicach mówilibyśmy jako o prowokujących gwałty. Kolejną zaś przyczyną degradacji uwidocznioną w moich badaniach było wykluczenie z więziennej podkultury.

Za co więźniów spotyka wykluczenie?

Za złamanie którejś z licznych zasad. Ktoś przypadkowo zażartował z seksualności kolegi czy też omyłkowo, myjąc się, znaleźli się razem w kąciku sanitarnym. Degradowało także przypadkowe nawet dotknięcie cudzego penisa podczas kąpieli. Do ochronki trafiały również osoby wyjątkowo konfliktowe i skłonne do intryg. Pamiętam również ważnego członka zorganizowanej grupy przestępczej, który płakał, prosząc o przeniesienie do celi chronionej. Okazało się, że pozbawiony środków finansowych i mafijnych „goryli" nie radził sobie w otwartym oddziale.

Ludzie mafii tylko w filmach należą do twardych?

Widzi pani, zakład karny to miejsce pełne ludzi mniej lub bardziej zdemoralizowanych, dla których brutalny napad, kradzież albo ćpanie z ojcem i wspólne bicie matki nie są niczym nowym.

A wracając do przyczyn degradacji: te bardziej znaczące w statystykach to także niespłacone długi, zeznawanie na niekorzyść kolegów z celi czy współpraca z organami ścigania. Spotkałem się jednak także z sytuacją wręcz absurdalną, gdzie poszkodowano potomka budowniczego więziennych murów. W mniejszym stopniu degradacja grozi również osobom niepełnosprawnym albo przewlekle chorym. Także homoseksualistom, lecz większość z nich nie afiszuje się za kratami ze swoją orientacją seksualną, dzięki czemu mogą funkcjonować w otwartym oddziale.

Dlaczego homoseksualiści wolą ponosić ryzyko, ukrywając się, niż zamieszkać w oddziale chronionym?

Oddział ten nazywany jest wulgarnie cwelnią lub haremem, a zakwaterowanie w nim jest dla skazanych hańbą. Więźniowie unikają zatem tego miejsca, obawiając się naznaczenia dożywotnim piętnem. Byłem świadkiem sytuacji, gdy w czasie reorganizacji więzienia cele po „chronionych" jako „przestrzelone" musiały być specjalnie remontowane, bo osadzeni z otwartych oddziałów nie zgadzali się tam zamieszkać.

W książce opisał pan przypadek degradacji Jana. To 64-letni złodziej i wielokrotny recydywista. Pewnego dnia upoił ośmioletniego chłopca alkoholem i zgwałcił go na wysypisku śmieci. Czy żałował?

Nie. Twierdził, że go pomówiono, choć jego wina została udowodniona. Odbywając karę, marzył o wyjściu na wolność i sprawowaniu opieki nad samotnym dzieckiem. Zamierzał bowiem „przekazać mu swoją spuściznę" i „być kierunkowskazem". Widzi pani, w swoich naprawdę szeroko zakrojonych badaniach, nigdy nie spotkałem się ze skruchą pedofila.

Z iloma pedofilami pan rozmawiał?

Z kilkudziesięcioma. Jedni wypierali się swego czynu, inni przekonywali, że ich pomówiono, kolejni zaś przerzucali winę na dziecko, twierdząc, że samo chciało. W takich wypadkach działają psychologiczne mechanizmy obronne: wyparcie czy racjonalizacja, czyli w obu przypadkach samooszukiwanie się.

Jak uzasadniali twierdzenie, że „dziecko samo chciało"?

Tłumaczyli, że samo do nich przyszło i usiadło na kolanach. Nie uciekało, gdy się rozbierali, nie oponowało, gdy go dotykali i tak dalej. Pedofile dokonują błędnej interpretacji cudzych zachowań, zgodnej jednak z ich zaburzeniami.

Ma pan w swojej kolekcji obrazy Mariusza Trynkiewicza, zabójcy czterech chłopców, tworzone w ramach więziennej terapii sztuką. Wspomniał pan przed rozmową, że malował postaci świętych, obdarzając je twarzami dzieci...

To prawda. Ale pozostańmy przy dramatycznej sytuacji więźniów chronionych. Czy wie pani, jak drastycznie może wyglądać akt degradacji skazanego? Mniejsze zło, gdy kontakt fizyczny między więźniami jest ograniczony. Wtedy bywa to jedynie „nabluzganie", czyli zbiorowe obrzucenie inwektywami. W innych przypadkach dochodzi jednak do tzw. przekopania, oblania moczem albo „wypłacenia parola", czyli dotknięcia penisem otwartej części ciała. Zdarza się też zanurzenie głowy ofiary w toalecie lub dodanie do kanapki męskiego nasienia, moczu czy ekskrementów. Tuż po akcie degradacji oprawcy wzywają strażnika, by usunął „zbrukanego" więźnia z celi. Inną, okrutną formą znęcania się jest długotrwałe „urabianie".

Czym ono jest?

Świeżo przybyły skazany o cechach wiktymnych lub nieświadomy panujących za kratami zasad dzień po dniu coraz mocniej bywa wykorzystywany do rozmaitych posług. Najpierw parzy herbatę, robi pranie. Z czasem ktoś namówi go, by dotknął cudzej bielizny leżącej na podłodze, w więziennej mentalności jest to bowiem aktem upokorzenia. W końcu stanie się workiem treningowym. Będzie jadał z podłogi, lżony i tresowany niczym pies. Posłuży jako obiekt czynności seksualnych. Gwałt jest bowiem najokrutniejszą formą degradacji. Ten dokonany w celi jest czymś innym niż na wolności.

Dlaczego?

Nie porównuję traumy ani bólu. Jednak z psychologicznego punktu widzenia w świecie ludzi wolnych gwałciciel zwykle ucieka, ofiara zaś pozostaje w kręgu bliskich osób. Inaczej w więzieniu. Tu zgwałcony musi egzystować z oprawcami w tej samej ciasnej celi nawet przez kilka tygodni, dopóki wiadomość o zbrodni nie dotrze do wychowawcy. Nie zawsze bowiem jest w stanie przyznać się do upokorzenia i sam to zgłosi.

Józef Grzyb, były złodziej i recydywista, autor książki „Całe życie kradłem", uważa, że więzienny gwałt płynie z potrzeby zaspokojenia popędu płciowego, bo izolacja zmienia naszą seksualność. Inaczej twierdzi Amerykanin Wilbert Rideau, długoletni skazany, potem zaś dziennikarz. Jego zdaniem nie chodzi o seks. Gwałt jest rytualnym aktem podboju, a zmuszenie innego mężczyzny, by przyjął w seksie rolę kobiety, ma być dowodem najwyższej, męskiej dominacji. Jak to jest?

Z jednej strony sprawcami więziennych gwałtów są najczęściej członkowie podkultury. Oni zaś dokonują ich zwykle „w imię zasad", czyli w celu okazania dominacji. Uprawiając wówczas seks oralny, grypsujący będzie stroną bierną, w seksie analnym aktywną – nigdy odwrotnie. Z drugiej strony, gdy powtarza się to cyklicznie, można sądzić, że potrzeby seksualne także są motorem tych działań.

Jak to się dzieje, że heteroseksualni mężczyźni współżyją ze sobą?

Naukowcy już dawno zgodzili się, że homoseksualizm w pewnych przypadkach jest skłonnością wrodzoną, w pozostałych zaś wykreowaną przez czynniki społeczne i inne. Co więcej, w warunkach więziennych oprócz orientacji hetero, homo czy biseksualnej pojawiają się jeszcze „zachowania homoseksualne" u mężczyzn hetero. Proszę zauważyć, że radzenie sobie z popędem płciowym w wieloletniej izolacji to jedynie wstrzemięźliwość, masturbacja lub stosunek homoseksualny. Pojawiają się wówczas popędy tworzące „homoseksualizm zastępczy", o którym mówię. Takie zachowania mają źródło w tzw. pozasądowych skutkach odbywania kary.

Przede wszystkim jest to długotrwała niemożność zaspokojenia ludzkich potrzeb związana z izolacją. Psychologia nazywa to deprywacją potrzeb. Gdy mówimy, że ktoś „siedzi w więzieniu", co to właściwie oznacza? Proszę zdać sobie sprawę, że jego życie na wszystkich niemal polach gruntownie się zmienia. Przestaje być pracownikiem, a nawet mieszkańcem własnego domu. Nie decyduje już o swoim czasie, spożywając posiłki w godzinach wyznaczanych przez innych i kąpiąc się raz w tygodniu. Mało tego, przechodząc przez bramę zakładu karnego, mimowolnie wchodzi w obcy świat hierarchii środowiska więziennego. W atmosferę stresującą, pełną grozy i przemocy. Deprywacja potrzeb jest wówczas szczególnie dojmująca.

Niezaspokojone potrzeby generują przemoc za kratami?

W dużej mierze. Proszę zauważyć, że ciągłe towarzystwo tych samych osób przez lata w ciasnej celi samo w sobie jest frustrujące. Skazani miewają telewizor czy komputer do gier, brak im jednak telefonów komórkowych czy dostępu do internetu. Czas dłuży się, konflikt narasta. Tymczasem zwłaszcza wśród grypsujących istnieje przyzwolenie na przemoc i gwałt. Mówimy przecież o ludziach poważnie łamiących prawo, a zatem z zaburzonym już systemem wartości, co dotyczy także sfery seksualnej. Pierwotną przyczyną przemocy jest brak wyznawanych wartości, prowadzący nas za więzienne mury. Wtórną zaś deprywacja potrzeb towarzysząca długiej izolacji.

Więźniowie uważają, że sposobem na przetrwanie kary jest udział w podkulturze więziennej. Jak działa grypsera?

Wyznawcy podkultury więziennej stanowią zamkniętą grupę, trzymającą się pewnych zasad. Obowiązuje ich zwłaszcza reguła wzajemnej pomocy i bezwzględnej lojalności. Wspierają się, dzieląc się pieniędzmi, jedzeniem czy papierosami. Gdy ktoś jest zagrożony – bronią go. Nie zdarza się pozostawienie członka grupy na pastwę losu czy poddanie manipulacji. Innym istotnym dla skazanych elementem grypsery jest surowo przestrzegana dbałość o higienę osobistą, co poprawia jakość życia w warunkach więziennych. Większość zasad obowiązuje przy tym także po wyjściu na wolność, grypsującym jest się bowiem na całe życie. Zdarzają się jednak skazani traktujący to jedynie jako sposób przetrwania za kratami.

Czy grypsujący pracują?

Rzadko. Z zasady nie biorą także udziału w resocjalizacji, zajęciach kulturalnych czy edukacyjnych, ale to się zmienia. Współcześnie za kratami bardziej niż siła ciosu liczą się bowiem zaradność, spryt, intelekt i sprawność radzenia sobie w środowisku. Utrudnianie życia wrogom nie polega dziś na fizycznej agresji, którą łatwo wykryć i ukarać, ale na sprytnych akcjach wymagających przebiegłości i „cwaniactwa". Istotne są przy tym środki finansowe i dobre układy na wolności. Zgadzam się zatem, że udział we wspólnocie grypsujących może spełniać potrzebę bezpieczeństwa czy akceptacji. Problem w tym, że więźniowe zdegradowani jako przetrzymywani w podwójnej izolacji są tego pozbawieni.

Wspomniał pan, że polskie prawo nie reguluje sytuacji więźniów zdegradowanych.

W przepisach prawa tacy więźniowie w ogóle nie istnieją. W zakładach karnych nie ma też oficjalnych oddziałów dla „poszkodowanych". Pracownicy więzienia tworzą je z rozsądku na własną rękę. Z praktyki więziennej wynika bowiem, że izolowanie niektórych skazanych jest jedynym sposobem zapewnienia im bezpieczeństwa. Co więcej, zapobieżenie degradacji leży także w interesie służby więziennej. Zakład karny ma obowiązek zapewnić skazanemu bezpieczeństwo w czasie odbywania kary. Pracownicy zaś ponoszą odpowiedzialność za utrzymanie porządku w oddziale. Obserwuję jednak, że regulacje prawne w tej materii są naprawdę niezbędne.

Dlaczego?

Brak regulacji prawnych uniemożliwia bowiem poszkodowanym dostęp do resocjalizacji. Jako odizolowani od reszty nie mogą uczestniczyć w zajęciach kulturalnych czy sportowych. Ich obecność w centralnej świetlicy wywołałaby bowiem błyskawiczny konflikt i eskalację złości. Co gorsza, mają też bardzo ograniczone możliwości pracy czy podjęcia nauki. Usankcjonowany status „więźniów chronionych" stworzyłby możliwości resocjalizacji i poprawy warunków życiowych. Opinię publiczną w zrozumiały sposób oburza jednak perspektywa inwestowania dodatkowych publicznych środków w dobrostan przestępców.

Przekona ją pan, że warto?

Cóż, zawsze można zostawić tych więźniów na pastwę innych: niech im pokażą! Albo podjąć publiczny dyskurs o definicji i roli wybaczenia. Nie przekona się rządzących emocjami. W resocjalizacji zdegradowanych chodzi jednak o coś zupełnie innego: o dobrobyt społeczny płynący z bezpieczeństwa, ładu i pokoju. Większość zdegradowanych wyjdzie bowiem na wolność. Lepiej zatem poddać ich intensywnej terapii w więzieniu, by nie powtarzali swych czynów w przyszłości, niż na całe lata pozostawić samym sobie. Gwałt na pedofilu nie zmieni przecież jego seksualnych preferencji. Z drugiej strony: czy pospolity złodziej zdegradowany za zniewieściałość i infantylizm zasługuje, pani zdaniem, na gwałt?

Oczywiście że nie.

Właśnie. Tymczasem w obecnych warunkach odbywa karę w podwójnej izolacji, by wyjść na wolność jako ten sam lub głębiej zdemoralizowany człowiek. To jednak nie wszystko. Innym argumentem przemawiającym za usankcjonowaniem oddziałów ochronnych jest aspekt sprawiedliwości. Czy zgwałcenie pedofila jest aktem sprawiedliwości?

Takie zasady obowiązywały tylko w pewnych przypadkach w prawie talionu „oko za oko, ząb za ząb".

Mówi pani o zemście emocjonalnej. Zaręczam jednak, że ból dziecka i jego rodziców nie zostanie zrekompensowany. A najdotkliwszą karą dla przestępcy jest wywołanie w nim poczucia winy i wyrzutów sumienia. Metody resocjalizacji oparte na pracy z sumieniem stosuje się już w Skandynawii i USA. Skazanych poddaje się tam terapii szokowej. Pierwszym, najłagodniejszym, elementem jest pokazanie mordercy zdjęć ciała ofiary, ceremonii pogrzebowej czy osieroconej rodziny. Już ten etap mocno nim wstrząsa. Uświadamia sobie wagę swoich czynów, oglądając ich konsekwencje. Niestety, polska resocjalizacja nie daje takim metodom szans, uznając je za nieetyczne.

Resocjalizuje pan od wielu lat...

Owszem. W swojej pracy obserwuję, jak wielkie szkody przynosi nam jako społeczeństwu promowanie w mediach agresji i epatowanie erotyką. Moimi pacjentami są osoby wychowane w rodzinach, gdzie jedyną reakcją była agresja. Nie okazywano sobie nawzajem pozytywnych uczuć. Dokuczano dzieciom. Bito je. A jeśli biję swoje dzieci, dlaczego bulwersuje mnie, że kibice okładają się kijami na boisku? Większość skazanych ma także trudną sytuację rodzinną.

Wszyscy zdegradowani więźniowie opisani w pańskiej książce pochodzą z rodzin rozbitych i patchworkowych. Sami także nie tworzą udanych związków w dorosłym życiu.

Spora część wychowała się w domu dziecka. Tym bardziej niepokoją mnie niestałe, przelotne związki młodego pokolenia, w którym pary zamieszkują razem, ledwie się poznawszy. Z mojego punktu widzenia, najlepszą profilaktyką jest wychowanie do wartości, których sami przestrzegamy. Jasne, że nie zmienimy zasad rządzących światem, ale możemy zrobić coś dobrego wokół siebie.

Dr Mariusz Snopek jest adiunktem w Zakładzie Pedagogiki Resocjalizacyjnej Uniwersytetu Opolskiego. Właśnie ukazała się jego książka pt. „Więźniowie poszkodowani – psychospołeczne funkcjonowanie osób zdegradowanych w przestrzeni penitencjarnej"

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA