Plus Minus

Piotr Nowak - wyjaśnienia do „Lekcji z wariatem”

„Szalony”. Autoportret Gustave'a Courbeta (1819-1877).
Leemage, Luisa Ricciarini
Nie zamierzałem nikogo urazić, moje intencje zostały niezrozumiane lub zniekształcone. Czasami celowo – pisze prof. Piotr Nowak, autor głośnego tekstu.

Piotr Nowak: Lekcje z wariatem

Mój tekst o osobach chorych psychicznie studiujących na wyższych uczelniach („Plus Minus" z 7–8 stycznia) poruszył wiele osób i wiele środowisk. Jedni użyli go w doraźnej walce politycznej, inni przeczytali moje słowa nie tak, jak chciałem, aby były czytane, niektórym dały one do myślenia. Poniższe uwagi zostały sformułowane po to, by przeciąć dalsze spekulacje na temat kompetencji autora, jego kręgosłupa moralnego i ewentualnych afiliacji politycznych, które spowodowały, że napisał same głupstwa. Lub przynajmniej skierować te spekulacje na właściwy tor.

Język

Przede wszystkim trzeba wyjaśnić jedno: czym innym jest język publicystyki i mowa potoczna, czym innym zaś język dyskursu naukowego i zwykłej przyzwoitości w obcowaniu z innymi ludźmi. Nie dopuszczam nawet myśli, że nie tylko ja, ale ktokolwiek inny mógłby w mojej obecności i w obecności osoby psychicznie chorej powiedzieć do niej czy o niej „wariat" czy nawet „chory psychicznie".

Stawiam pytanie nie o sens obecności tych osób na uniwersytecie w ogóle, tylko o ich obecność na zajęciach, jeśli uniemożliwiają odbywanie się ich w sposób normalny, to jest zgodny ze sztuką akademicką. Po prostu nie chcę uciekać się do hipokryzji – postawy, która nie po raz pierwszy okazała się wielce pomocna w udawaniu, że problemu osób zaburzonych i chorych psychicznie na uniwersytecie po prostu nie ma. Chcę przedyskutować status ich problematycznej obecności.

Naukowość

Pomieszałem wszystko, to fakt. W moim tekście obok potocznego „wariata" sąsiadują ze sobą „niepoczytalni" (co jest kategorią bardziej ze słownika prawników niż psychologów), osoby „chore psychicznie", „obłąkane" czy ludzie z rozmaitymi deficytami i dysfunkcjami psychicznymi. Gombrowicz (pod pseudonimem Niewieski) pisze „Opętanych". O zaburzonych nie wspomniałem bodaj słowem.

Dało to asumpt do argumentacji ad hominem. Artykuł ten – powtarzano w każdej gazecie, na wszystkich forach internetowych zajmujących się tym tematem, we wszystkich znanych mi petycjach – napisał amator nieodróżniający choroby od zaburzenia, a więc ktoś, kto prawdopodobnie nie miał w ręku żadnej książki z dziedziny, o której pisze, nie zapoznał się z żadnym opracowaniem, od których aż trzeszczy przecież w sieci. Mówiąc krócej, nędza intelektualna i moralna.

Wszakże prawda, jak zawsze, leży gdzie indziej. Oczywiście, wiedziałem najogólniej, czym jest choroba psychiczna i że różni się od zwykłego zaburzenia, natomiast o szczegółach dowiadywałem się w trakcie pisania tekstu, podczas dalszej kwerendy źródeł. Dlaczego więc pisałem bez zachowania należytej ostrożności? Chciałem pokazać, że większość osób (chodziło mi przede wszystkim o nauczycieli szkół na każdym poziomie) tego nie wie, a nie wie, bo wiedzieć tego nie musi. O różnicach w obrębie dysfunkcji psychicznej, a także między chorobą a zaburzeniem dobrze wiedzą rodzice osób zmagających się z takimi problemami, znają je równie dobrze, jeśli nie lepiej, psychologowie – sędziowie we własnej sprawie, dla których jest to taki sam biznes jak dla stomatologa leczenie popsutych zębów.

Z jednej strony wiedza na temat „niepoczytalności" ma więc charakter zawodowy, z drugiej zaś – praktyczny, to jest taki, jak postrzegani są „wariaci" (inni) przez innych, „niewariatów". Żaden nauczyciel nie musi tego wiedzieć zawczasu i – powtarzam – najczęściej tego nie wie. O ile nie jest właśnie psychologiem lub rodzicem dziecka, jak w przypadku, o którym była mowa w moim artykule, z zespołem Aspergera.

Podam inny przykład: chorobą psychiczną jest schizofrenia, zaburzeniem psychicznym zaś – tylko czy aż? – osobowość schizoidalna. W przypadku tekstu o „wariatach" jego najważniejszą intencją było wskazanie na bezradność części środowiska akademickiego w stosunku do osób z oczywistą dysfunkcją psychiczną, bez względu na to, jaka jest jej geneza (genetyczna, wrodzona czy społeczna). Dlaczego jednak użyłem nieostrożnego języka, który mógł tak wiele osób urazić i w rzeczy samej je uraził? Aby ktoś mnie w ogóle usłyszał! Bo taki stosunkowo knajacki język narzucają reguły felietonu i, szerzej, publicystyki. Język „ostrożności procesowej", który jest zarezerwowany dla sali sądowej i tylu osób, ile ona zmieści, jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczył ani nie dał do myślenia. Język ostrożnościowy, którego jakąś postacią jest dyktatura poprawnościowa, podszyty jest strachem i obojętnością.

Sędziowie we własnej sprawie

W listach do gazet, w rozmaitych petycjach, podpisywanych głównie przez psychologów, zarzuca się autorowi tekstu o „wariatach" ignorancję i dyskryminację osób niepełnosprawnych. Cóż, odnajduję w nich ślady takiej samej dyskryminacji, jakiej krytykę postulują autorzy tych listów. Przyjrzyjmy się temu.

Udawanie, że problem obecności na uniwersytecie osób zaburzonych – nie jestem profesjonalistą, więc za Marią Janion postanawiam od teraz określać ich mianem „galerników wrażliwości" – które zakłócają rytm życia akademickiego, nie istnieje, niczego nie załatwia. Nie tylko nauczyciel jest stosunkowo bezbronny w opisywanej przeze mnie sprawie, lecz również uniwersytet, który działa na podstawie ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym, gdzie ten problem nie został dostatecznie zdefiniowany.

Dlatego postuluję, abyśmy rozpoczęli dyskusję na temat następującego problemu: kto podjął decyzję o zrównaniu niepełnosprawności fizycznej z niepełnosprawnością psychiczną i jaka stoi za tą decyzją racja? I czy nie jest tak, że zrównanie to może przynieść w konsekwencji ostateczną destrukcję uniwersytetu? Podejrzewam, że niektóre zachowania i choroby psychiczne mogą zostać wzmocnione u osób wrażliwych przez lekturę „książek zbójeckich" – Stirnera, Sade'a, Nietzschego. A jednak nie wiem tego. Stawiam problem.

Konsekwencją ukończonych studiów jest licencja pozwalająca na wykonywanie określonych zawodów. Dowiedziałem się, że na warszawskim Mokotowie osoby autystyczne prowadzą księgarnię. Dobra wiadomość! Wielu cierpiących na zespół Aspergera bije na głowę „normalsów" w dziedzinie nauk ścisłych, na przykład w programowaniu komputerów. Chapeau bas! Trzeba wszakże pamiętać, że absolwenci weterynarii jako jedyni lekarze mają prawo do wypisywania recept na wszystkie lekarstwa. Czy nielimitowany dostęp do lekarstw mogą mieć „galernicy wrażliwości"? Jak wytłumaczyć rodzinie, że ich chorym bliskim będzie się zajmować pielęgniarka z deficytem psychicznym w fazie remisji? Czy znajdą się osoby na tyle odważne, że powierzą prowadzenie swojej sprawy zaburzonemu adwokatowi? Czy powierzą zarządzanie swymi finansami choremu psychicznie maklerowi? Czy oddadzą swoje małe dzieci pod opiekę absolwentki pedagogiki, która leczy się psychiatrycznie?

Istnieją zawody, na których spoczywa większa odpowiedzialność za ich wykonywanie, są też takie, które nie wymagają aż tak wielkiej odpowiedzialności. Nauczmy się tych rozróżnień, ponieważ już wkrótce zaczną tego wymagać od nas nasi „interesariusze" zatrudniający absolwentów szkół wyższych.

Zorientowałem się, że parę lat temu nad sprawą tą dyskutowali związani ze środowiskiem akademickim prawnicy, ale bez widomych rezultatów. Ot, ciekawy przypadek. Postanowiłem przeciwstawić się szeptaninie i sprawę wyostrzyć w języku publicystyki. Jednak moje stanowisko zaczęto porównywać, a potem utożsamiać, z faszystowskim numerus clausus. Robią to ci, którzy żyją w strachu przed recydywą faszyzmu, którzy romantyzują „galery wrażliwości". Uznaję ich punkt widzenia za pełnoprawny, lecz nie jedyny, i się z nim nie zgadzam.

Pisząc ten tekst, dowiadywałem się, jak na różnych uniwersytetach akademicy radzą sobie z takimi osobami. Najczęściej udają, że sprawa nie istnieje, następnie, gdy dysfunkcjonalny student sprawia kłopoty, „eliminują" go już na pierwszym egzaminie jako osobę zdrową, lecz mało zdolną. Przeciwstawiam się tej hipokryzji. Zacznijmy tę sprawę omawiać! Jej przemilczenie wydaje się całkowicie niecelowe i per saldo szkodliwe.

Okazuje się, że podstawowy problem nas, współczesnych, polega na niemożliwości przywrócenia rzeczom właściwej miary, że, mówiąc bardziej szczegółowo, nie potrafimy wyznaczać granic, także między chorobą a zdrowiem. Żeby móc wyznaczyć taką granicę, należy w ogóle rozpocząć dyskusję na ten temat, nie ulegać modom, moralnemu szantażowi, lobby antypsychiatrycznemu ani językowi poprawności politycznej czy doktrynie równościowej. Postuluję powrót do zasad zdrowego rozsądku.

Lobby

Mój tekst został zdyskredytowany przez środowisko psychologów, natomiast z rodzicami osób cierpiących na zespół Aspergera podjąłem rozmowy prywatnie i one były nieodmiennie fascynujące. Dlaczego jednak wypowiadali się przeciwko mnie przede wszystkim psychologowie? (O nagonce medialnej nie wspominam, ponieważ prawie zawsze padały tam inwektywy prosto z rynsztoka). Ponieważ swoim tekstem naruszyłem ich interesy.

Dawniej leczenie zaburzeń i chorób psychicznych wyglądało mniej więcej tak, jak to pokazał Miloš Forman w „Locie nad kukułczym gniazdem". Pacjentów faszerowano twardymi psychotropami, rażono prądem, sięgano po kij i szlauch z zimną wodą. To się zmieniło pod wpływem przełomu w psychiatrii, który w Polsce zapowiedziała książka Kazimierza Jankowskiego „Od psychiatrii biologicznej do humanistycznej". Dowiódł on, że zdrowie psychiczne można przywrócić przez uzdrowienie sytuacji społecznych. Pisał w 1976 r., że „podstawową techniką terapeuty jest przede wszystkim zachęta do wyrażenia uczuć, a nie myśli".

Dziś podstawowe zadanie psychologa, z którego ostatecznie jest on rozliczany, polega na otwieraniu przed pacjentem (klientem) kolejnych sfer życia społecznego. W przestrzeni edukacyjnej powstają (i dobrze) szkoły integracyjne. „Galerników wrażliwości" dopuszcza się do coraz to nowych zawodów, w których tolerancja na „odmienność" jest większa niż w innych.

Przy okazji wylewa się dziecko z kąpielą. Współcześnie właściwie nie sposób zapytać o normę zdrowia psychicznego, bo niby co to jest ta norma? W związku z tym, aby przystąpić do egzaminu na prawo jazdy, jest się proszonym o zaświadczenie od okulisty, ale już żądanie zaświadczenia o zdrowiu psychicznym wydaje się nie na miejscu. Na uniwersytetach coraz częściej skłania się studentów do ekspresji uczuć i emocjonalności, co odbywa się kosztem rozumu i rzeczowej argumentacji. Ważne jest to, co studenci czują, ale jakby mniej to, jak myślą o tym, co czują. Racjonalne kryteria rozmowy wydają się passé.

Coaching

Słuchałem w regionalnym wydaniu telewizyjnego „Obiektywu" pewnego psychologa komentującego mój artykuł. Słuchałem z zaciekawieniem. Uczony postulował reedukację akademików poprzez pracę z psychologiem. Puszczał do prowadzącej oko, że wie lepiej i więcej. Oraz że potrafi rozwiązać wszystkie problemy, o których piszę, problemy zresztą zupełnie pozorne, tak jakbym przysnął w średniowieczu i obudził się dopiero w XXI wieku.

Dziś coraz więcej instytucji prosi nas o zapoznanie się z nowym regulaminem, coraz więcej osób domaga się wysyłania nas na dodatkowe szkolenia, chce przyuczać nas do zawodu i tak dalej. Również profesorowie z Zachodu masowo garną się do tego, proponując swoim kolegom ze wschodnich rubieży Europy swą „oświeconą niewiedzę" mającą na celu rozjaśnienie mroków średniowiecza.

Nie zgadzam się z takim protekcjonalizmem. Do moich obowiązków należy jak najlepsze nauczanie przedmiotu, na którym się znam, a nie zajmowanie się imitacją przybyszów z Niemiec czy przypadkami trudnymi. Uniwersytet, powtarzam to od lat, nie jest miejscem socjalizacji, lecz transmisji wiedzy. Tylko i aż. Do tego obliguje mnie mój kontrakt.

W książce „Hodowanie troglodytów", w której omawiam kondycję współczesnego uniwersytetu, starałem się podpowiedzieć, jak można efektywnie skontrolować jakość zajęć akademickich bez nękania wykładowcy. Chodzi o prostą czynność ich protokołowania przez jednego ze studentów (zmieniających się co zajęcia), następnie umieszczanie protokołu tak, aby mogli zapoznać się z nim inni studenci i władze wydziału. Właściwie nikt tego tematu nie podjął. Po wielu latach protokołowania moich zajęć dałem sobie z tym spokój, nikogo to bowiem nie interesowało, studenci zaś odbierali protokołowanie jako dodatkową dolegliwość. Postulat transparencji uniwersytetu odpowiada niewielu.

Tradycja

Do tej pory – słowa te piszę dwa tygodnie po publikacji mojego artykułu w „Rzeczpospolitej" – rozmawiałem tylko z jedną znaną mi panią psycholog. Inni psychologowie przedłożyli pręgierz nad dialog. W dyskusji z nią wyszło na jaw, jak bardzo psychologia oraz dziedziny pokrewne są naukami wyzbytymi jakichkolwiek więzi łączących je z tradycją.

Ze środowiskiem psychologów związany jestem od najwcześniejszych lat. Miałem honor zapoznać się i cieszyć rozmowami z profesorem Tadeuszem Tomaszewskim, nestorem psychologii polskiej. Od małego czytam książki autorów, których nazwiska wolę na wszelki wypadek przemilczeć, gdyż nadal żyją i nie chcę ich do tej sprawy mieszać. Kwartalnik, w którym jestem redaktorem, od lat podejmuje tematykę relacji filozofii i psychoanalizy. Moja rozmówczyni odparła jednak, że z perspektywy współczesności książki, o których jej opowiadałem (choć większość ich autorów, powtarzam, nadal żyje i tworzy), to jakaś zupełna starzyzna. Nauka posuwa się naprzód. Nie potrzebuje lepszej pamięci niż trzy lata.

Nie umiem się z tym zgodzić. Zespół Aspergera nie jest jakąś oczywistą jednostką chorobową, taką samą jak zapalenie zatok. Takich zespołów czy syndromów chorobowych psychologowie wymyślają wiele, to ich zawód. Popularność niektórych chorób czy zaburzeń psychicznych to sprawa kilku, kilkunastu lat. Przypomnę karierę ADHD. Choroby te zostają następnie zapomniane i zastąpione innymi. Psychologowie nazywają to postępem wiedzy, ja mam na ten temat odmienne zdanie, ale to już dyskusja filozoficzna, naukowa.

Wyzbyta związków z tradycją, psychologia jako nauka nie potrafi wyjaśnić historycznego przejścia od opisu zespołu Aspergera czy, szerzej: autyzmu jako jednostki chorobowej do określenia go mianem zaburzenia. W ten sam sposób nie potrafi wyjaśnić człowieka jako istoty historycznej i – ze względu na odwoływanie się w badaniach wyłącznie do aparatu empirycznego – metafizycznej.

Dyskryminacja

Wiele rzeczy w swoim artykule pozostawiłem osobom domyślnym, ponieważ liczyłem na ciąg dalszy rzeczowej rozmowy. Jej szansa została właśnie przekreślona. Czy na zawsze? Tego nie wiem, to nie zależy już ode mnie.

Przez „potrzebę ograniczonej dyskryminacji" rozumiałem taką sytuację, która wymusiłaby na uniwersytecie politykę pozwalającą na przyjmowanie na studia osób, które się do tego nadają. Opowiadam się, powtarzam po raz wtóry, za przywróceniem egzaminów wstępnych na studia wyższe. Taki jest pierwszy i podstawowy sens „dyskryminacji", którą postuluję.

Natomiast mniej zniuansowany jest respekt dla wzajemnej „odmienności". Tu chodzi nie o tolerancję, która jest zwykle obojętnością przebraną w moralne fatałaszki, czyli zwykłą hipokryzją, ale o szacunek, do którego ma prawo każda osoba, bez względu na to, czy jest osobą zdrową psychicznie, czy osobą, która ma chore ciało i duszę. Tego samego domagam się od przeciwników politycznych. Postuluję zatem przyjęcie reguł, które wymuszą na wszystkich takie samo zachowanie, a więc respekt dla tych reguł. Ich naruszenie musi powodować takie same konsekwencje dla wszystkich, bez względu na ich stan umysłu czy wrażliwość.

Rozumiem, że każdy student jest „inny", ma swoje uczucia, swoje potrzeby. Po to jednak wprowadzono w całym cywilizowanym świecie prawo, aby właśnie ograniczało roszczenia i imperializm indywidualizmu. Jeśli osoba chora psychicznie lub z zaburzeniami przestrzega przyjętych na uczelni zasad, ma być traktowana jak wszystkie inne. I tego prawa zamierzam bronić.

O trzecim sensie „ograniczonej dyskryminacji" już mówiłem. Są takie kierunki studiów, na których powinno być wymagane świadectwo zdrowia psychicznego. Podobnie jak przy staraniu się o pozwolenie na broń. Jakie to kierunki? Nie wiem. Dyskutujmy o tym. Na pewno nie informatyka, muzyka czy nauki ścisłe!

Kultura rozmowy

Mało kto dyskutuje tezy mojego tekstu. A jeśli już, to skupia uwagę na moim publicystycznym języku. Reszta to mowa nienawiści, a nienawiść stanowi namiętność, która siłą rzeczy wyłącza rozum i władzę sądzenia. Na przykład łączenie mojego nazwiska z nazizmem jest nie tylko obrzydliwe, dyskryminujące i podłe, ale zwyczajnie głupie. Czy dziennikarze – czwarta władza – utrzymujący ze mną przez lata poprawne stosunki, byliby tak mało roztropni, że przez ten czas nie zauważyli tego i zapraszali do rozmaitych audycji, na łamy poczytnych gazet osobę o poglądach skrajnych? O czym mój znajomy musiał myśleć, gdy pisał, że podobnie jak to czynili naziści, przyrównuję osoby z zaburzeniami psychicznymi do bydła hodowanego w placówce PAN w Popielnie?

Podłość czy zwykła niedyskrecja?

W warstwie anegdotycznej tekstu opublikowanego w „Rzeczpospolitej" przytaczam opowieść o kłopotach pewnego nauczyciela akademickiego z osobą z zespołem Aspergera, która studiuje na jego uniwersytecie. „Weryści" zakwestionowali nierzeczywistość tej sytuacji, podważając moje „zmyślenie". Chciałbym wiedzieć, na jakiej podstawie jęli przypuszczać, że pisałem o osobie istniejącej naprawdę? A jeśli tak w istocie było, dlaczego od początku zmierzali w kierunku ujawnienia tak zwanych danych i okoliczności „wrażliwych"? Czy nie przysługuje obu stronom prawo do „prywatności", zwłaszcza w przypadkach, w których dotykamy problemu zdrowia w ogóle – psychicznego i somatycznego? Dlaczego nie chcieli dyskutować o ogólnym przypadku, o którym traktuje mój tekst, tylko zamierzali – wyposażeni we wszelkie instrumenty moralnego szantażu – brać w obronę kogoś, kto, być może, wcale takiej obrony ani nie chce, ani nie potrzebuje?

W artykule sformułowałem problem dysfunkcji systemu szkolnictwa wyższego w tym właśnie aspekcie, o którym on traktuje. Chodzi o brak koniecznego rozróżnienia w obrębie samej niepełnosprawności: czym innym bowiem jest niepełnosprawność fizyczna, czym innym psychiczna. Następnie wskazałem na możliwe konsekwencje braku takiego rozróżnienia. Moim celem było wskazanie na problem administracyjno-prawny. Resztę proponowałem potraktować jako licentia poetica. Dziś nie jest to jednak możliwe.

Przeprosiny

Nie zamierzałem swoim tekstem nikogo urazić, moje intencje, które starałem się wyłożyć w powyższych słowach, zostały niezrozumiane lub zniekształcone. Czasami celowo. Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się osobiście dotknięci, zwłaszcza moim nieostrożnym językiem. Myślę, że uda się nam razem zmienić sytuację osób niepełnosprawnych psychicznie i z zaburzeniami, które studiują na uniwersytecie. Myślę, że należy się to nam wszystkim – „galernikom wrażliwości", a także osobom psychicznie zdrowym i poczytalnym.

Dotykać rozżarzonych kamieni

Gdy 7-8 stycznia opublikowaliśmy tekst „Lekcje z wariatem", reakcje były gwałtowne. Przed tygodniem poświęciliśmy więc dużą część numeru tematowi zmierzenia się z odmiennością. Zrobiliśmy to, by, jak napisał naczelny „Rz" Bogusław Chrabota, „spokojnie wyłożyć argumenty", czyniąc to w duchu wybitnego psychiatry prof. Antoniego Kępińskiego, który „nie bał się dotykać wyciągniętą dłonią rozżarzonych kamieni". Dziś ponownie oddajemy głos prof. Piotrowi Nowakowi.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL