Plus Minus

Dębiec - Pokusa publicznej diagnozy choroby psychicznej

Pixabay
Psychiatrzy i psychologowie ulegają pokusom publicznego „diagnozowania". Lekkomyślne używanie terminologii psychiatrycznej prowadzi do większej stygmatyzacji osób już wyjątkowo dotkniętych cierpieniem.

Polityk nazywa swoich oponentów „osobami specjalnej troski". Psychiatra w opublikowanym w prasie wywiadzie rozpoznaje u przeciwników tego polityka „obłęd udzielony". Inny psychiatra krytykuje swego kolegę za diagnozowanie zaburzeń psychicznych u przedstawicieli opozycji i protestuje przeciw „używaniu języka psychiatrii w służbie doraźnych celów politycznych", by kilka miesięcy później samemu na łamach jednego z portali internetowych w dykteryjnej formie zasugerować, że wymieniony polityk „nie radzi sobie ze swoją żałobą" i że „włączył naród we własne problemy emocjonalne". W końcu oburzony filozof zaczyna publicznie nawoływać do „ograniczonej dyskryminacji" osób chorych psychicznie... Nic dziwnego.

Sytuacja, którą zarysowałem powyżej przedstawia wydarzenia w większości niepowiązane ze sobą w sposób bezpośredni, aczkolwiek wszystkie z powyższych wypowiedzi rzeczywiście padły. Należą się też słowa wyjaśnienia: profesor psychiatrii, którego krytykowano za diagnozowanie opozycji politycznej, prostował później, że jego intencją nie było diagnozowanie, a jedynie zwrócenie uwagi na to, że nieodpowiedzialne słowa polityków mogą wywierać zgubny wpływ na osoby o wrażliwej psychice.

Chociaż bohaterowie powyższych wypowiedzi przedstawiali swoje poglądy w różnych sytuacjach, składają się one w logiczną całość i łączy je wspólny mianownik. Jest nim publiczne używanie diagnozy psychiatrycznej (lub psychologicznej) pod adresem konkretnych osób lub zbiorowości do celów innych niż pomoc osobie chorej. Wywołuje to wiele wątpliwości i budzi obawy. Spróbujmy się przyjrzeć jednym i drugim. Zacznijmy od ostatniej z cytowanych na początku tego tekstu wypowiedzi.

Koszmar filozofa

Prof. Piotr Nowak, filozof, w tekście opublikowanym w „Rzeczpospolitej" dzieli się doświadczeniami z pracy wykładowcy akademickiego, który na co dzień musi się zmagać z zachowaniami studenta określonego jako osoba z zespołem Aspergera. Profesor sugestywnie przedstawia sytuacje, w których ów student przeszkadza w prowadzeniu wykładów, hałasuje, zachowuje się w sposób, który można odebrać jako prowokacyjny lub obraźliwy. Denerwuje się, że poprzez dopuszczenie przez władze uczelni takich osób do zajęć, jego praca jest traktowana jako „socjalizacja osób niepoczytalnych", do której nie jest zawodowo przygotowany, i która mija się z jego akademickim powołaniem. Zrezygnowany nauczyciel stwierdza, że nie jest w stanie wykładać „niepełnosprawnym umysłowo studentom", czym jest Logos.

Pisząc o kłopotliwym studencie, prof. Nowak używa określeń: „niezrównoważony", „niepoczytalny" czy „psychicznie upośledzony", po czym przechodzi do głównego tematu swego felietonu, polemiki z – jak to określa – „ideologią poprawnościowo-progresywistyczną", która skłania uniwersytety do przyjmowania na studia „wszystkich obłąkanych, którzy zapragną studiowania". Dostaje się Radzie Europy, która zaleca podnoszenie wśród kadry akademickiej świadomości na temat funkcjonowania osób niepełnosprawnych, oraz „stachanowcom z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich", którzy stawiają uczelniom zbyt wysokie wymagania, nieuwzględniające lokalnych ograniczeń.

Profesor, jak na filozofa przystało, w decydującym starciu bezpardonowo rozprawia się z poglądami nieżyjących poprzedników, Foucault i Kojeve, którzy zatruli Nierozumem racjonalną kulturę europejską. Prof. Nowak, odwołując się do stanowiska Hannah Arendt odnośnie do poszanowania odrębności i możliwości swobodnego stowarzyszania się, apeluje o „ograniczoną dyskryminację" osób chorych psychicznie, która pozwalałaby zdrowym psychicznie w niezakłócony sposób realizować swoje cele.

Nie chcę polemizować z poglądami prof. Nowaka na temat wpływu filozofii Foucault lub Kojeve na stanowisko Rady Europy lub decyzje rzecznika praw obywatelskich. Zamiast tego, chciałbym się skupić na wyrażanych przez pana profesora nieporozumieniach i nieprawdach dotyczących chorych i chorób psychicznych.

Jako nauczyciel akademicki szczerze współczuję koledze-wykładowcy, który zmaga się ze sprawiającym kłopoty studentem. Trudno jest prowadzić ambitne zajęcia, kiedy ktoś ciągle przeszkadza i kiedy nie jest się odpowiednio przygotowanym do pracy z osobami wymagającymi specjalnych kwalifikacji pedagogicznych lub terapeutycznych. Nie wiem, skąd profesor czerpie wiedzę o diagnozie zespołu Aspergera u swojego studenta. Zazwyczaj wszelkie diagnozy medyczne są sprawą prywatną i objęte są tajemnicą lekarską.

Skoro jednak mowa o zespole Aspergera, to rozumiany jest (lub był, gdyż w Stanach Zjednoczonych zastąpiono go inną diagnozą) jako łagodniejsza forma autyzmu, która głównie przejawia się zaburzeniami w interakcjach międzyludzkich, np. trudnościami w wyrażaniu, odczytywaniu i odwzajemnianiu uczuć, oraz zawężonymi, specjalistycznymi zainteresowaniami. Zachowania opisane przez prof. Nowaka nie są charakterystyczne dla zespołu Aspergera, i jak przypuszczam, wiążą się z inną współistniejącą lub jedyną diagnozą psychiatryczną.

Nieprawdą jest, że osoba z zespołem Aspergera lub jakąkolwiek inną chorobą psychiczną jest automatycznie niepoczytalna. W przeważającej większości przypadków jest odwrotnie. O poczytalności orzeka się zawsze indywidualnie, nie na podstawie diagnozy jednostki chorobowej, lecz aktualnego stanu umysłu danej osoby. Diagnoza zespołu Aspergera nie stanowi automatycznie bariery w zrozumieniu pojęcia Logosu.

Nie umniejszając dorobku akademickiego profesora, osoby z zespołem Aspergera można znaleźć wśród najwybitniejszych filozofów, zmarłych i żyjących. Obraz zespołu Aspergera, zarysowany przez prof. Nowaka, jest po prostu nieprawdziwy. Diagnoza psychiatryczna nie powinna stanowić kryterium dopuszczenia do studiów, ale już zachowanie na zajęciach tak. Tu przyznaję profesorowi rację: zasady uczestnictwa w zajęciach akademickich powinny być jasne i powinny zapewniać niezbędne warunki wykładowcy i studentom.

Z tekstu prof. Nowaka wyłania się postać chorego psychicznie jako zagrażającego porządkowi publicznemu, kogoś, kogo w takiej czy innej formie należałoby izolować. Z przeprowadzonych w Polsce kilka lat temu badań epidemiologicznych EZOP wynika, że w ciągu życia ponad 23 proc. Polek i Polaków choruje na jakąś chorobę psychiczną. Może ona dotknąć każdą i każdego z nas. Lepiej się z tym oswoić i próbować zrozumieć. Czy psychiatrzy i odpowiedzialni za życie publiczne politycy pomagają nam w tym? Czasem tak, czasem nie. Przejdźmy do kolejnych bohaterów naszego tekstu.

Piekło psychiatrów

Diagnoza psychiatryczna, jak każda inna medyczna, jest sprawą prywatną. Z wyjątkiem sytuacji szczególnych, jak np. orzecznictwo sądowe, choć także i tu diagnozowany ma pewne prawa, zależy to tylko i wyłącznie od niego, z kim chce się podzielić wiedzą na ten temat.

Diagnozy psychiatrycznej nigdy nie stawia się bez zbadania pacjenta. Zastosowanie terminologii psychiatrycznej wobec jakiejkolwiek osoby bez spełnienia tego warunku jest nieuprawnione. Grupa czołowych polskich psychiatrów, wyrażając oburzenie postawą wspomnianego wcześniej kolegi po fachu, który naraził się na zarzut diagnozowania „obłędu udzielonego" u przeciwników partii rządzącej („Do Rzeczy", 16-22 maja 2016 r.), napisała: „Psychiatra nie może diagnozować osób na podstawie pojedynczych wypowiedzi, nieetyczne jest także diagnozowanie osób, które nie zgłosiły się celem otrzymania diagnozy. Szczególnie w sytuacji, kiedy są to osoby publiczne, wymienione z imienia i nazwiska" („Gazeta Wyborcza", 20 maja 2016 r.).

Wypowiedź polskich psychiatrów jest zgodna z tzw. regułą Goldwatera, opracowaną przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. W 1964 r. jeden z popularnych magazynów wysłał indywidualnie do psychiatrów kwestionariusz z pytaniem o to, czy według nich kandydujący na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych kontrowersyjny polityk Barry Goldwater spełnia psychologiczne warunki do sprawowania tego stanowiska. Choć zgodnie z oczekiwaniami większość psychiatrów zignorowała ten kwestionariusz, część odpowiedziała, co zostało później opublikowane pod nagłówkiem stwierdzającym, że według psychiatrów kandydat nie nadaje się do bycia prezydentem. Goldwater prezydentury nie zdobył, ale wygrał proces o odszkodowanie z owym magazynem.

Mimo tych doświadczeń psychiatrzy i psychologowie ulegają pokusom publicznego „diagnozowania". Uległ jej także jeden z sygnatariuszy listu polskich psychiatrów, który zdobył się na odwagę publicznej wypowiedzi odnośnie do źródła problemów psychicznych pewnego polityka (Wirtualna Polska, 19 grudnia 2016 r.).

Na muszce znaleźli się również politycy zagraniczni. Niemiecki psychiatra i psychoanalityk Hans-Joachim Maaz na łamach mediów „zdiagnozował" u Angeli Merkel „zespół narcystyczny", „niską samoocenę" i „poczucie niższości i niepewności". Zresztą, politycy sami zapraszają psychiatrów do udziału w swoich igrzyskach. Kandydaci w zeszłorocznych amerykańskich wyborach prezydenckich raz po raz sugerowali, że druga strona cierpi na zaburzenia psychiczne i publicznie wzywali specjalistów do zabrania głosu. W odpowiedzi Kevin Dutton, psycholog z Uniwersytetu Oxford, umieścił oboje kandydatów w rankingu psychopatii. Za obecnym prezydentem Stanów Zjednoczonych medialne diagnozy ciągną się nieustannie. Ostatnio, z inicjatywy psychologa Johna Gartnera, kilkanaście tysięcy jego kolegów po fachu, psychiatrów i terapeutów podpisało na Facebooku petycję z żądaniem pozbawienia urzędu Donalda Trumpa z powodu przypisywanej mu „poważnej choroby umysłowej, która sprawia, że jest psychologicznie niezdolny do sprawowania stanowiska".

Politycy, co nie dziwi, pogrywają w swojej walce o władzę tematem choroby psychicznej, a psychiatrzy, być może wiedzeni dobrymi intencjami, dają się w to wciągnąć. Poza tym, że takie publiczne „diagnozowanie" jest wątpliwe etycznie i metodologicznie – Ezra Griffith, emerytowany profesor psychiatrii z Uniwersytetu Yale i członek komitetu etycznego Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, porównał je do „czarnej magii" – to ono podważa autorytet psychiatrów, a przede wszystkim, szkodzi samym pacjentom. A oni powinni być tu najważniejsi.

Samotność chorego

Niestety, negatywne skutki publicznego „diagnozowania" polityków lub celebrytów przez psychiatrów dotykają przede wszystkim nie polityków i nie lekarzy, lecz pacjentów. Zwrócił na to uwagę w kontekście ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej Allen Frances, emerytowany profesor psychiatrii Uniwersytetu Duke, jeden z twórców systemu klasyfikacji zaburzeń psychicznych.

Po pierwsze, takie publiczne „diagnozowanie" może wprowadzać w błąd, nietrafnie określając źródła obserwowanych objawów. Po drugie, według Francesa, medialne „diagnozowanie" prowadzi do trywializacji choroby i diagnozy psychiatrycznej. Kondycja, która jest powodem cierpienia chorego, staje się środkiem walki politycznej, okazją do chwilowej sławy lub pretekstem do rozrywki medialnej. Po trzecie, doszukiwanie się źródeł „zła" osoby publicznej w zaburzeniu psychicznym sprzyja „demonizacji" chorób i chorych psychicznie.

Jak pisała cytowana przez prof. Nowaka Hannah Arendt, zło najczęściej jest banalne. W jednej ze swych najgłośniejszych prac „Eichmann w Jerozolimie" pisze, że żaden z sześciu biegłych psychiatrów badających nazistowskiego zbrodniarza nie rozpoznał u niego choroby psychicznej. Wręcz przeciwnie, jego zachowanie wobec najbliższych ocenione było nie tylko jako poprawne, ale nawet pożądane.

Przypisywanie „metafizycznego zła" chorobom psychicznym czyni krzywdę pacjentom i jest nieprawdziwe. Większość osób cierpiących na takie choroby to dobrzy, uprzejmi, cierpiący w samotności ludzie. Lekkomyślne używanie terminologii psychiatrycznej prowadzi do większej stygmatyzacji osób już wyjątkowo dotkniętych cierpieniem.

Oczywiście psychiatra jak każdy obywatel ma prawo do publicznych wypowiedzi, w tym do krytyki polityków. Do tego, żeby skrytykować polityka, nie potrzeba diagnozy psychiatrycznej, argumenty etyczne, prawne, ekonomiczne itp. w zupełności wystarczą. Kierując się swoim moralnym kompasem, jak każdy obywatel, psycholog i psychiatra mogą i powinni zabierać głos w ważnych społecznie sprawach. Mimo to, warto i trzeba ocalić psychiatrię jako sferę normalności, oddaną swojej misji bez względu na szaleństwa otaczającej rozpolityzowanej rzeczywistości. Do obowiązku psychiatry, obok pomocy pacjentom, należy rzetelne informowanie i edukowanie społeczeństwa na temat zdrowia psychicznego oraz upominanie się o prawa wykluczonych i chorych psychicznie. Wypowiedź prof. Nowaka świadczy, że jest tu jeszcze dużo do zrobienia.

Prof. Jacek Dębiec jest psychiatrą i filozofem, pracuje na Uniwersytecie Michigan

Magazyn Plus Minus  

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL