fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bogusław Chrabota: Polski cham codzienny

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Polski cham był, jest i zawsze będzie produktem polskich elit. Mógł się Gombrowicz z literacką przekorą przymilać do chamowatego parobka, ale w niczym nie zmieniało to faktu, że na jego chamowatość, grubiaństwo i prostotę zapracowali jego, czyli Gombrowicza, przodkowie. I wszyscy inni herbowi, latyfundyści, arystokracja, a nawet zwykła szlachta w parcianych portkach, dla której każdy spoza kręgu familiantów był tylko chamem i tyle.

Warto, choć wcale nie trzeba wczytać się w sarmackie pamiętnikarstwo, wystarczy sam Sienkiewicz, by tę archetypiczną relację pan i cham rozrysować najczytelniejszą z możliwych kreską. Oto więc z jednej strony sympatyczna jowialność, kontusz, słucki pas i modnie podgolona głowa, z drugiej siermięga, tępota i chłopska pazerność. Ileż razy to złe słowo: „cham" pada na kartach Trylogii. Ileż w nim niechęci, braku szacunku, stereotypowych uprzedzeń. Tak, przepaść między Polską pańską i chamską była nie do zasypania.

Niewiele w tej kwestii zmieniły nawet powstania, w których wzięło chamstwo czynny udział z ustawionymi na sztorc kosami. Cham zostawał chamem i nawet w epoce chłopomanii żeniący się z gospodarską dziewczyną Wyspiański zgrabnie kreślił swoją karykaturę chama. Niczego nie załatwiła także wymarzona wolność. Druga Rzeczpospolita nie potrafiła się uwolnić od folwarcznych uprzedzeń z epoki niedawno zniesionej pańszczyzny. Chamstwo co prawda zostało dopuszczone do gimnazjów i uniwersytetów, ale wciąż mu wytykano grube kłykcie i fatalne maniery.

Paradoksalnie trzeba było wojny i komunizmu, by doszło w Polsce do emancypacji chamstwa. Wielkie migracje i budowy wczesnego socjalizmu wygoniły ludzi z wiosek i przeniosły do miast. Świeżo otwarte szkoły podjęły skuteczną walkę z analfabetyzmem. Mimo że siermiężny, to jednak PRL chamstwo obuł, ubrał, uczesał, nauczył jedzenia widelcem i nożem i przemienił w klasę robotniczą, a jej dzieci wprowadził na inteligenckie salony.

Zastanawiam się, czy ten proces mógłby się wydarzyć w tym tempie bez dramatu wojny? Czy umielibyśmy jako aspirujący do nowoczesności naród poradzić sobie z uprzedzeniami wobec Żydów, prawosławnego chłopstwa czy zasmarkanych włościan? Jak szybko weszlibyśmy na ścieżkę nowoczesności? Bez etapu pośredniego, jakim u sąsiadów była kultura mieszczańska, niwelująca podziały klasowe czy rasowe. Nie potrafię wyobrazić sobie tego procesu, co z pewnością świadczy przede wszystkim o ubóstwie mojej wyobraźni, ale również o głębokości przepaści, która dzieliła jednych, drugich i trzecich. Dziedziców Polski szlacheckiej, włościan i mniejszości.

Odkładam więc na półkę takie niepotrzebne próby. Sześć lat największego polskiego dramatu przeorało przedwrześniowy świat i zawiesiło między tamtymi i naszymi czasy nieprzeniknioną kotarę zagłady. Polska powojenna, choć z awansu, szybko stawała się demokratyczna i chamstwo w swoim pierwotnym znaczeniu zaczynało przechodzić do historii. A właściwie inaczej; wchodziło jak kafkowski Gregor Samsa w fazę metamorfozy. Z chamstwa w sensie klasowym stawało się chamstwem obyczajowym. Atrybut odrywał się od dotychczasowego podmiotu i przylepiał do innego. Chamem przestawało się być z urodzenia i zaczynało z wyboru. Dzisiejszy cham nie musi już pachnieć słomą, by być chamem. Ale wystarczy słowo, by się zdradzić.

Czy jest jakiś most pomiędzy dawnym i współczesnym znaczeniem? Pomiędzy chamstwem wiekowych uprzedzeń i współczesnym chamstwem salonowym? Choć trudny do zauważenia, istnieje. „Parch" w ustach wyrafinowanego publicysty Ziemkiewicza dowodzi, że trzyma się nawet nieźle.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA