fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Daleko od Lecha Kaczyńskiego

Fotorzepa, Waldemar Kompala
Pierwszego dnia myślałem, że to jakieś nieporozumienie, nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Więc przyjrzałem się dnia następnego. Wciąż nie mogłem uwierzyć. Niczym na rybki w akwarium patrzyłem na to zjawisko przez kilka kolejnych dni. I cały czas nie mogłem uwierzyć. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że można tak szybko roztrwonić wysiłek pokoleń, które starały się po tragedii II wojny światowej na nowo ułożyć relację między Polakami a Żydami, zaś po 1989 roku również między niepodległą Polską a państwem Izrael.

Wysiłek Kościoła, Jana Pawła II, intelektualistów, polityków, dyplomatów. Ludzi lewicy, ale też wybitnych przedstawicieli prawicy, jak chociażby śp. Lecha Kaczyńskiego.

Co się takiego stało, że do mainstreamu przenoszą się poglądy, których jeszcze niedawno wstydziliby się użyć ludzie przyzwoici? Że teorie a la Stanisław Michalkiewicz o żydowskim światowym spisku czyhającym na polskie mienie stają się niemal oficjalnym głosem w dyskusji? Co się stało, że wydawać by się mogło szanowani publicyści zaczynają używać słów takich jak „parchy", że w programie satyrycznym telewizji publicznej prowadzone są w żartobliwym tonie dyskusje o wyższości krematoriów nad komorami gazowymi? Miała być dobra zmiana, ale coś poszło nie tak. Bardzo nie tak.

Oczywiście gdyby nie absurdalna reakcja premiera Izraela Beniamina Netanjahu oraz skandaliczne komentarze byłego ministra finansów Jaira Lapida, być może to całe szambo by nie wybiło. Ale skoro stało się to tak łatwo, nie można nie zadać pytania, na ile pod pozłotką naszej codziennej normalności tlą się głęboko antysemickie resentymenty.

Obserwując to wszystko, przypomniałem sobie rozmowę, która odbyłem jeszcze za czasów akademickich w Krakowie. Spotkałem się z jednym ze starszych kolegów ze środowiska Klubu Jagiellońskiego, który wówczas blisko współpracował z prezydentem Warszawy prof. Lechem Kaczyńskim. Opowiadał mi o swych licznych rozmowach z prezydentem w większym gronie młodych osób o tym, jak powinna wyglądać nowoczesna prawica. I tym, co utkwiło mi wówczas najmocniej w pamięci, było właśnie przekonanie, że Polska może mieć świetną prawicę, konserwatywną, zakorzenioną w chrześcijaństwie, znającą świat, języki obce, noszącą eleganckie garnitury, która czuć się będzie wszędzie u siebie. Ale będzie tak tylko wówczas, jeśli nie będzie w niej cienia dawnych demonów: ciasnego nacjonalizmu, szowinizmu czy antysemityzmu.

Co takiego się stało, że z tamtego marzenia Lecha Kaczyńskiego pozostało tak niewiele? Ton dobrej zmianie nadają nie nowocześni prawicowcy w opisanym wyżej sensie, ale wielu młodych radykałów o mentalności kiboli. Dla nich dbanie o dobre imię Polski, polityka suwerenna i godnościowa, wstawanie z kolan oznacza konflikt z wszystkimi naokoło – z Niemcami, Ukrainą, Litwą oraz naturalnie z Izraelem. To ludzie, dla których polityka zagraniczna to gra o sumie zerowej – czyli albo my wygrywamy, albo oni, a jeśli wygrywają oni, to znaczy, że cierpieć musi nasza duma narodowa.

Kiedyś autor portalu wPolityce zżymał się na mnie, że rzekomo przeszkadzają mi pomniki Lecha Kaczyńskiego, po tym, jak napisałem w tym miejscu, że wolałbym, by zamiast upamiętniać prezydenta postumentami, wprowadzać jego myśl w życie. Nie, pomniki mi nie przeszkadzają. Ale zdania nie zmieniłem. Zamiast w Warszawie spierać się o to, czy główna arteria będzie się nazywać aleją Lecha Kaczyńskiego czy Trasą Łazienkowską, to lepiej by Lech Kaczyński stał się drogowskazem. Nie tylko w relacjach z Izraelem.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA