fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Płace

Cezary Kaźmierczak o podniesieniu płacy minimalnej

Cezary Kaźmierczak
materiały prasowe
Na każdych 100 zł podwyżki minimalnego wynagrodzenia budżet zarobi około 50 zł. Dlatego rząd kocha płacę minimalną – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Jak pan ocenia szokową dla biznesu podwyżkę minimalnego wynagrodzenia?

Do tej pory taka podwyżka była zadaniem dla partnerów społecznych w Radzie Dialogu Społecznego. Związki zawodowe chciały zawsze więcej, a pracodawcy znacznie mniej. Rząd wyważał te racje. Przy ostatniej podwyżce zaczął jednak przebijać sam siebie i przelicytował nawet związki zawodowe. Z 1,5 mln pracowników, którzy otrzymują obecnie minimalne wynagrodzenie, faktycznie tyle ma tylko jedna trzecia. Kolejna jedna trzecia część wynagrodzenia dostaje pod stołem, a reszta to Ukraińcy, którzy nie głosują. Dlatego nie wiem dlaczego w rządzie taka jest chęć, aby zabiegać o tę grupę społeczną, bo niewiele na tym politycznie zyska. Taka szokowa podwyżka minimalnego wynagrodzenia będzie jednak eksperymentem na gospodarce, którego wyniki bardzo trudno przewidzieć.

Czytaj także:

Skutki takiej podwyżki na Węgrzech pokazują, że efekt może być odwrotny od zamierzonego.

Na Węgrzech około 10 proc. pracowników z minimalną pensją straciło pracę, a 75 proc. kosztów tej podwyżki przerzucono na konsumentów. Myślę, że polskich przedsiębiorców nie stać, by z własnej kieszeni pokryć choćby niewielką część podwyżki minimalnych wynagrodzeń, więc skutkiem będzie wzrost cen. Na Węgrzech ceny wzrosły o około 11 proc. U nas pewnie będzie podobnie. Taka podwyżka będzie miała jednak konsekwencje społeczne, trudne dzisiaj do przewidzenia. W Polsce nie obawiam się bezrobocia, bo nawet jeśli powtórzy się u nas scenariusz węgierski i około 150 tys. osób straci pracę, natychmiast zostaną zaabsorbowane przez gospodarkę. Podwyżka oznacza jednak skokowe zwyżki cen w branżach usługowych. Więcej zapłaci także rząd za różnego rodzaju usługi kupowane w trybie zamówień publicznych.

Jestem przekonany, że do budżetu wpłynie więcej pieniędzy z rynku niż państwo zapłaci za droższe usługi zamawiane w przetargach.

Z całą pewnością. Na każdych 100 zł podwyżki minimalnego wynagrodzenia budżet zarobi około 50 zł. To dlatego rząd tak kocha płacę minimalną. To trochę jak z 500+, którym PiS się chwali jako innowacyjną i inteligentną metodą obniżki podatku dla wybranych grup społecznych, i z wprowadzeniem podatku od bezdzietnych. Idąc tym tropem, można uznać, że przy podwyżce minimalnego wynagrodzenia mamy do czynienia z innowacyjną metodą podwyższania podatków, bez nazywania tego w ten sposób. Na pewno przyspieszy to automatyzację w firmach. Kto będzie mógł, wprowadzi maszyny w miejsce coraz droższych pracowników. Do tej pory przedsiębiorcy zachowywali się racjonalnie i jeśli trzech panów z łopatami mogło tanio wykopać rów, to byli do tego zatrudniani. Po zmianach może się okazać, że taniej i szybciej będzie wykorzystać koparkę. Praca jest zresztą coraz droższa i wymusza wykorzystanie technologii. Skokowa podwyżka minimalnego wynagrodzenia przyspieszy ten proces. Po podwyżce do 4 tys. zł ponad 4 mln zatrudnionych na etatach będzie pobierało minimalne wynagrodzenie. Spowoduje to presję na podwyżki ze strony lepiej wynagradzanych pracowników. Obawiam się, że przedsiębiorców nie będzie stać na to, aby podnieść im pensje, w związku z tym dojdzie do spłaszczenia płac. Ta podwyżka nie jest powiązana z wydajnością i efektywnością pracy. To próba zadekretowania podwyżki wynagrodzeń w Polsce. Odbije się to pewnie na inflacji.

Chyba nie będzie tak źle, skoro Adam Glapiński, prezes NBP, szacuje, że podwyżka minimalnego wynagrodzenia w przyszłym roku przełoży się na wzrost inflacji tylko o 0,10 proc.

To wspaniale, że prezes Glapiński ma tak świetne narzędzia analityczne, które pozwalają mu przewidzieć przyszłość. Większość rynku do przyszłości podchodzi jednak z większą pokorą. Życzę sobie i wszystkim, żeby było tak, jak prognozuje NBP, ale inflacja już ruszyła. Gdy stawka wynagrodzenia za godzinę pracy wyniesie 33 zł, dojdzie do wielu zmian. Nie wyobrażam sobie, że szewca będzie stać na wypłatę takiego wynagrodzenia pomocnikowi.

Jakie będą skutki podwyżki? Rynek raczej się nie skurczy. Może małe firmy się skonsolidują?

Raczej upadną, a drobne usługi zanikną. Z kolei w sektorach z niskimi marżami kapitał zagraniczny przejmie polskie spółki, które nie poradzą sobie z podwyżką kosztów zatrudnienia. W latach 90., gdy Leszek Balcerowicz z AWS radykalnie podnieśli koszty pracy, bezrobocie eksplodowało do 23 proc. i gospodarka potrzebowała prawie dwóch dekad, aby zaabsorbować te koszty. Tamta sytuacja jest nieporównywalna z obecną, nie można jednak oczekiwać, że polska gospodarka bezboleśnie przyjmie w tak krótkim czasie taką podwyżkę kosztów zatrudnienia. Wątpię, żeby koniunktura gospodarcza trwała przez najbliższe cztery lata. Jeśli do tego dojdzie, to w ósmym roku hodowania konsumpcji przez rząd. Cały obecny wzrost jest na tym oparty. Skłonność do inwestowania jest obecnie najniższa w historii naszych badań, a prowadzimy je od od 2011 r. To ma związek z niepewnością legislacyjną. Nikt nie wie, co się będzie działo. Rząd sonduje kolejne rozwiązania i nikt nie wie, które wejdą w życie i czego się spodziewać.

Takim właśnie sondowaniem była wypowiedź premiera Morawieckiego o składkach od dochodu z działalności gospodarczej?

Chyba tak. Po trzech dniach krytyki pełnego oskładkowania rząd się wycofał i składki mają zostać uzależnione od dochodu tylko w najmniejszych firmach. Z tego, co wiem, zmiana w zasadach oskładkowania takich przedsiębiorców to bardzo ogólna idea. Nie przywiązywałbym się do pomysłu oskładkowania dochodów, bo uważam, że przychód jest lepszym wskaźnikiem.

Przychód jest niemiarodajny, bo inny ma prowadzący działalność w usługach, gdzie nie ma większych kosztów, a inny, znacznie wyższy, w handlu czy rzemiośle. Tam przychody nakręcają zakupy towarów czy materiałów niezbędnych do produkcji, a dochód z tego jest jednak niski.

Niemiarodajny jest jednak dochód. Każdy przedsiębiorca dobrze wie, ile w niektórych branżach może być niewystawionych faktur. Postawienie na dochód może być więc bardzo ryzykowne dla budżetu państwa. Przychodu można unikać, ale nie aż tak. Jeśli płacenie składek do ZUS będzie zależało od dochodu, to ubezpieczenie może się stać dobrowolne. Zresztą już teraz jest tak z CIT. Zdaniem Andrzeja Sadowskiego mamy obecnie najbardziej liberalny system podatkowy, bo CIT płaci tylko ten, kto chce. Coś w tym jest. Na zdrowy rozsądek powinien pojawić się jakiś limit obrotów upoważniający do płacenia składek liczonych od dochodu. Znając nasz naród, jestem gotów postawić dolary przeciwko orzechom, że wszyscy przedsiębiorcy, którzy załapią się do nowego systemu, będą płacić składki najniższe z możliwych.

Czy to może być tak jak z mikro-ZUS, z którego miało skorzystać wielu prowadzących działalność? Okazało się, że obniżone składki liczone od przychodu płaci obecnie około 130 tys. prowadzących działalność.

To był nasz pomysł, jednak w procesie legislacyjnym został tak wypaczony, że ostatecznie niewiele prowadzących działalność korzysta z preferencji. Wielokrotnie apelowaliśmy do ZUS i zabiegaliśmy o zmiany w Ministerstwie Przedsiębiorczości czy Kancelarii Premiera, żeby poprawić przepisy. W tym czasie pojawiła się kwestia proporcjonalnego ZUS, która te rozmowy podważyła. Zobaczymy, jak będzie. Na ten moment mamy twarde deklaracje prezesa Kaczyńskiego, premiera Morawieckiego i minister Emilewicz, że dla mikroprzedsiębiorców będzie specjalna regulacja.

W którą stronę powinny pójść nowe rozwiązania? Czy proponowanego przez Federację Przedsiębiorców Polskich uzależnienia składek od dochodu czy propozycji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, by o wysokości składek decydował przychód przedsiębiorcy?

Trudno się do tego odnieść, dopóki nie zobaczymy konkretnego projektu. Mogę tylko apelować do rządu, aby nie robił tych zmian na łapu-capu. Żeby przemyślał te zmiany i skonsultował z organizacjami przedsiębiorców, by nie wyszedł potworek, z którego nikt nie skorzysta. Gdy się okaże, że nikt nie płaci składek do ZUS w nowym systemie, kolejne kroki rządu mogą być bardzo niebezpieczne dla całej gospodarki.

Ten niebezpieczny krok to pełne oskładkowanie prowadzących działalność?

Myślę o proporcjonalnym opodatkowaniu ZUS dochodów przedsiębiorców. Miałoby to fatalne skutki dla gospodarki, budżetu państwa i rozwoju cywilizacyjnego Polski, bardzo ograniczające klasę średnią i działalność gospodarczą. Nie ma w Polsce akceptacji dla podatków rzędu połowa dochodu, a tak przy proporcjonalnym ZUS by było.

Niepłacenie składek będzie niekorzystne także dla samych przedsiębiorców. Może się bowiem okazać, że nie zgromadzili składek na emeryturę i na starość zostaną klientami pomocy społecznej.

Proszę pamiętać, że po reformie systemu emerytalnego wysokość świadczenia z ZUS zależy nie tylko od tego, ile dana osoba wpłaciła do systemu, ale także ile składek wpłynęło do niego ogółem. To dlatego z najnowszych wyliczeń prof. Gertrudy Uścińskiej, prezes ZUS, wynika, że w 2060 r. stopa zastąpienia wyniesie tylko 20–25 proc. Za te kilkadziesiąt lat 90 proc. ubezpieczonych w ZUS będzie mogło liczyć na emeryturę minimalną. W Polsce rodzi się za mało dzieci, dlatego trzeba gruntownie zreformować system emerytalny i wprowadzić emeryturę obywatelską. Oznaczałoby to jednak konieczność obniżenia składek emerytalnych już dziś, aby obywatele mogli oszczędzać na stare lata sami. Nie widzę jednak polityków, którzy zdecydowaliby się na taki krok i powiedzieli ludziom prawdę. Jeśli jednak nic się nie zmieni, ta emerytura obywatelska stanie się faktem. Skoro coraz więcej osób będzie pobierało minimalną emeryturę, to osiągniemy ten sam efekt, co po wprowadzeniu emerytury obywatelskiej, gdy wszyscy dostają takie samo świadczenie. Tylko prywatnych oszczędności nie będzie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA