fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Pjongczang 2018

Skoki w Pjongczangu: Czują radość i dumę

Polscy skoczkowie na podium (od lewej): Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Stefan Hula i Maciej Kot
AFP
Skoczkowie odebrali medale i wracają do kraju. W środę biegną Justyna Kowalczyk i Sylwia Jaśkowiec.

Relacja z Pjongczangu

Uroczystość medalowa oglądana po raz drugi, bez Mazurka Dąbrowskiego, nie robiła takiego wrażenia jak dekorowanie złotem Kamila Stocha, ale to zawsze jest przyjemność, choć nad Medal Plaza wróciło suche i przenikliwie chłodne powietrze kontynentalne.

Odczekaliśmy więc swoje w miejscowej poczekalni z gorącą herbatą i lukrowanymi koreańskimi ciastkami, obejrzeliśmy norweską członkinię MKOl panią Kristin Kloster Aasen wręczającą błyszczące krążki i wysłuchaliśmy norweskiego hymnu.

Pilnujące przebiegu ceremonii panie ze stoperem w ręku odmierzają minuty (dla drużyn skoczków było 14) i pilnują też, by wszyscy pozowali z medalami do publiczności w każdej części wielkiej sceny, potem śledzą medalistów w tzw. strefie mieszanej, czyli miejscu krótkiego spotkania z mediami. Ruch w tył – zabroniony.

Skoczkowie jednak rozdawali uśmiechy, im trudno się dziwić. – Medal wisi na szyi, emocje wróciły. To był piękny moment. Mam nadzieję, że nie ostatni raz go przeżywamy – mówił Maciej Kot.

– Kamil już bywał na podium, dla mnie to był pierwszy raz – wspomniał Stefan Hula.

– Czuję radość i dumę. Długo czekaliśmy, tak samo długo i mocno pracowaliśmy, żeby tego dokonać - dodał Dawid Kubacki.

Na uwagę, że medal igrzysk przynosi także konkretne korzyści materialne, też mieli odpowiedź. – Ale nie wysyłajcie nas już na emeryturę – to Kubacki. – Super, pracujemy na to całe życie, to zasłużona nagroda – stwierdził Hula.

– Medal jest dla nas wspaniałym zwieńczeniem ciężkiej pracy. Świętowanie było krótkie, bo podczas ceremonii wręczania medali chcieliśmy porządnie wyglądać. Na grubsze świętowanie przyjdzie czas po sezonie. Tak, po ostatnim skoku byłem zły na siebie. Wiedziałem, że była szansa na więcej niż brąz. Z drugiej strony później uświadomiłem sobie, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Konkurs drużynowy wyzwala więcej energii i daje więcej wrażeń. Dziś wcale nie mam pewności, że gdybym skakał drugi raz, to skoczyłbym lepiej – przyznał Kamil Stoch.

Pod sceną stała cała ekipa wspomagająca skoczków, trenerzy, współpracownicy, Adam Małysz także. – Dla mnie te igrzyska były inne od poprzednich. Popatrzyłem na wielki sport z zupełnie innej strony. To ciekawe doświadczenie. Myślę, że były dla skoczków bardzo udane, złoty i brązowy medal to naprawdę niemało, choć oczekiwania w kraju były oczywiście bardzo duże, więc po konkursie na średniej skoczni rzeczywiście byłem wkurzony. Nie ukrywam tego. Nie my spowodowaliśmy odmianę wyników, tylko pogoda je wypaczyła. Jeśli konkurs skończyłby się po pierwszej serii, to pewnie nikt by nie miał pretensji. Z drugiej strony patrząc – inni byliby trochę skrzywdzeni. Taki jest nasz sport, takie są igrzyska, ich piękno polega też na tym, że są co cztery lata, rzadko, więc w tej najważniejszej chwili trzeba być mistrzem, takim jak Kamil. Trzy złote medale dobrze pokazują, kim jest – powiedział „Rzeczpospolitej" Adam Małysz, dyrektor ds. skoków w Polskim Związku Narciarskim.

Skoczkowie wylecą do Polski w czwartek. W środę planowali oglądanie hokeja, ale z biletami jest krucho, nawet dyrektor Małysz nie przeskoczy wszystkich progów w tej kwestii. W zamian chyba zobaczą coś trochę zbliżonego do ich fachu – skoki akrobatyczne, Big Air, jak brzmi angielska nazwa tej konkurencji. Trener Horngacher zaplanował także normalne zajęcia treningowe, bo zima ze skokami potrwa jeszcze miesiąc, w programie jest m.in. turniej Raw Air 2 oraz wielki finał sezonu w Planicy, trzeba być w gotowości. Po ostatnim konkursie sezonu ma się rozstrzygnąć, czy Horngacher będzie nadal pracował z polską kadrą. Podobno jest dobra wola obu stron, ale rozmowy dopiero się zaczną.

W Pjongczangu do końca jeszcze pięć dni rywalizacji. Dla nas emocje się nie skończyły, choć wiązać je z medalami raczej trudno. W środę sztafety sprinterskie. Polska dwójka to Justyna Kowalczyk (styl klasyczny) i Sylwia Jaśkowiec (styl dowolny), brązowe medalistki MŚ w Falun. Konkurencja jest ciekawa, każda z pań biegnie odcinek trzy razy, zgłosiło się 21 ekip. Zaczną od półfinałów, Polki biegną w drugim od 9.25 w Polsce.

Do finału awansują drużyny z pierwszego i drugiego miejsca oraz jeszcze sześć (z miejsc 3.–8.) wedle osiągniętych czasów. Finałowa dziesiątka pobiegnie o 19 (11). Forma Polek jaka jest, każdy już widział. Czekamy bez przesadnej nadziei. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA