fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Pjongczang 2018

Polscy skoczkowie w Pjongczangu: Rośnie mur pewności siebie

AFP
W piątek kwalifikacje, w sobotę konkurs na dużej skoczni. Nadzieja nie ginie, Kamil Stoch świetny na treningach.

Korespondencja z Pjongczangu

Trener Stefan Horngacher wysłał na dwa dni treningów całą piątkę. Już po seriach środowych wiedział, że najsłabszy w grupie jest wciąż Piotr Żyła, w czwartek zdania nie zmienił, bo nie mógł. Wystawi na piątkowe kwalifikacje (początek o 13.30 czasu polskiego) tę samą czwórkę, która startowała na skoczni normalnej: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Stefan Hula i Maciej Kot.

– Trener już po drugim skoku treningowym powiedział mi, że nie wezmę udziału w kwalifikacjach. Jest mi smutno, ale taki jest sport. Z moimi skokami stało się coś niedobrego. Nie umiałem znaleźć równowagi. To był największy problem. Do nikogo nie mam pretensji. Do siebie też nie. Nie myślę już o konkursie drużynowym. Oni będą walczyć o medale, będę im kibicował – mówił Żyła.

Stoch skakał w czwartek tylko dwa razy. Więcej nie trzeba było. W pustawej scenerii, ale przy głośnej muzyce, w drugiej próbie poleciał jak nikt inny aż 139,5 m (ze skróconego rozbiegu), można było bić brawo i uwierzyć, że zaprzyjaźnił się ze skocznią na dobre.

– Cieszę się, że wkładam kolejne cegiełki do muru pewności siebie. Skaczę tu z łatwością. Trener zapytał, czy chcę skakać trzeci raz. Odpowiedziałem, że wystarczy. Skupiam się na tym, na czym muszę, reszta wychodzi sama – komentował lider drużyny.

Pozostała trójka też wyglądała obiecująco, zwłaszcza Kubacki prezentował miłą oku stabilność i mówił o znalezieniu w próbach oczekiwanej z tęsknotą iskierki. – Było trochę tego szukania, ale wydaje mi się, że coś znalazłem. Ostatni skok naprawdę mi się podobał. Poprzednie też nie były złe, ale czegoś im brakowało. Dążę do ideału – zapewniał dziennikarzy.

Konkurs indywidualny odbędzie się o 13.30 w sobotę, konkurs drużynowy o tej samej porze w poniedziałek.

Dużo się działo w czwartek na igrzyskach, Koreańczycy uznali, że trzeba tłumnie iść do Gangneung Ice Arena na program dowolny par sportowych. Głównym powodem był start pary Ryom Tae-Ok i Kim Ju-Sik – jedynych reprezentantów Korei Północnej, którzy awansowali na igrzyska wedle zwykłych reguł kwalifikacji, nie dzięki polityce.

Od polityki w ich przypadku trudno było jednak uciec, tym bardziej, że cheerleaderki Kima też dotarły do hali i z czerwonymi flagami KRLD w dłoniach wspierały rodaków bez wytchnienia, krzycząc, tańcząc i śpiewając pieśni ludowe oraz patriotyczne.

Trzeba to oddać: para koreańska jeździ dobrze. Pod okiem kanadyjskiego trenera Brunona Marcottego pracowała kilka miesięcy w Montrealu, choreografię do muzyki Beatlesów ułożyła im siostra Brunona, Julie. Para poprosiła o pomoc w kwietniu 2017 roku w Helsinkach podczas mistrzostw świata.

Bruno Marcotte musiał wprawdzie najpierw kilka tygodni chodzić po urzędach, załatwiać pozwolenia i wizy dla pary Koreańczyków, ich rodzimego trenera z Pjongjangu oraz północnokoreańskiego opiekuna, który jako jedyny z czwórki mówił po angielsku. Dolary mieli, ale tylko gotówkę, co w Kanadzie życia nie ułatwia. Z mieszkania na lód musiał wozić ich trener albo jego znajomi, bo żadne nie umiało prowadzić samochodu.

Ćwiczyli do września, by potem pojechać do Oberstdorfu i tam zakwalifikować się na igrzyska w zawodach Nebelhorn Trophy. Trener Marcotte dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że zrobił coś więcej, niż myślał. Telefony ze świata dzwoniły bez przerwy. Panna Ryom i kawaler Kim nie byli kandydatami do medali, ale zajęli w Pjongczangu 13. miejsce, poprawili wszystkie osobiste rekordy punktowe i spowodowali, że także przewodniczący MKOl Thomas Bach przyszedł na występ, a po nim zaprosił parę do loży honorowej, co uwieczniły media.

Rywalizację par sportowych wygrali Aliona Savchenko i Bruno Massot. Przepis na sukces jest taki: wziąć łyżwiarkę ukraińską i łyżwiarza francuskiego, dać im obywatelstwo, połączyć w parę i gotowe.

W szczegółach tak prosto nie było. Savchenko, zdolna dziewczyna z Kijowa, córka ciężarowca, startowała w piątych igrzyskach. W Salt Lake City występowała jako Ukrainka, ze Stanisławem Morozowem, byli wcześniej mistrzami świata juniorów. Potem na długie lata związała się z Robinem Szolkowym, dla którego pojechała do Niemiec i zmieniła obywatelstwo, po zdaniu stosownych egzaminów.

Byli sławną parą, zaliczali kolejne igrzyska (w Vancouver i Soczi zdobyli brązowe medale), pięć razy zostawali mistrzami świata. Szolkowy zdecydował w 2014 roku zakończyć karierę, teraz trenuje łyżwiarzy spod flagi OAR (czyli Rosji).

Massot pochodzi z Caen. Miał wcześniej za partnerkę urodzoną w Rosji Darię Popową i z nią zajął 15. miejsce w MŚ 2014. Na igrzyska do Soczi nie pojechali, bo nie udało się dostatecznie szybko załatwić uznania Popowej za Francuzkę. Z Alioną się znali, do poważnych rozmów doszło po sezonie 2014, gdy oboje zakończyli starty z dotychczasowymi partnerami.

Francuz też musiał przejść trzy fazy zostawania Niemcem. Egzamin ustny i rozmowę na temat kultury i historii nowej ojczyzny przeszedł gładko, dwa razy potknął się na egzaminie pisemnym z gramatyki. Trzecia nieudana próba mogła go wykluczyć ze startu w igrzyskach, więc się przyłożył i otrzymał stosowny papier w bawarskim mieście Sonthofen, niedaleko Oberstdorfu, gdzie mieszka Aliona z mężem, brytyjskim artystą grafikiem Liamem Crossem.

Sawczenko i Massot zdobywali już medale mistrzostw świata i Europy, lecz nie złote. W Pjongczangu po krótkim programie zajmowali czwarte miejsce. Pogram dowolny do muzyki Armanda Amara („La Terre vue du ciel") wykonali jednak brawurowo, poprawili najlepszy wynik na świecie w tej części konkurencji (159,31 pkt) i dali nowej ojczyźnie złoto w parach sportowych, pierwsze od 1952 roku.

Drugie miejsce dla Chińczyków, Sui Wenjing i Han Cong, mistrzowie świata z 2017 roku, przegrali o 0,43 pkt. Brąz dla Kanady, Meagan Duhamel i Eric Radford trenowali obok Koreańczyków pod okiem Brunona Marcottego.

Nie wszyscy może zauważyli, że pary sportowe mogą od tych igrzysk tańczyć przy muzyce ze słowami. Skorzystało wiele, tak samo skorzystają soliści i solistki. Pary taneczne miały ten przywilej od lat 90. Dlaczego tak długo czekano? Prawdziwa odpowiedź jest banalna: taka była siła przyzwyczajenia. Teraz oglądamy piruety i słuchamy Beatlesów albo Rihanny. Sprzeciwu nie słychać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA