fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Dlaczego nie wszyscy lubią Brzęczka

Robert Lewandowski – legenda Bundesligi i wzór dla ambitnej piłkarskiej młodzieży w Polsce
Reporter, Łukasz Szeląg
Reprezentacja w finałach Euro, Robert Lewandowski najlepszym strzelcem na kontynencie, Piast Gliwice z niedużym budżetem zdobywa mistrzostwo. Polska piłka pokazała wszystkie swoje jasne i ciemne strony.

W XXI wieku reprezentacja Polski brała udział w trzech mundialach i trzech turniejach o mistrzostwo Europy. Jak na szesnaście lat (2002–2018) to niezły wynik. Jednak tylko raz, przed trzema laty na Euro we Francji, udało jej się wyjść z grupy. To raczej nie jest przypadek. Awanse do finałów najważniejszych imprez to dla kraju o tak dużym potencjale piłkarskim jak Polska niemal obowiązek. Potem to już problem, bo turniej finałowy stoi na wyższym poziomie niż eliminacje, drużyny przypadkowe są rzadkością, dochodzi presja – z tym wszystkim polscy piłkarze i trenerzy na ogół sobie nie radzą.

W tym roku Polacy zrobili więc to, co zrobić należało i wypadało. Z dziesięciu meczów eliminacyjnych wygrali osiem, jeden przegrali i jeden zremisowali. Osiągnęli cel. To nadal nie jest reprezentacja, na mecze której czeka się ze spokojem, bo wiadomo, że na pewno da sobie radę. Różnie z tym bywa. Ale jeśli weźmie się pod uwagę same wyniki, można być zadowolonym.

Po co im taki trener?

Krytyka, która spada na Jerzego Brzęczka, może więc dziwić. Zupełnie jakby był to trener mający do dyspozycji trzydziestu równorzędnych zawodników na poziomie europejskim, losował przed meczem jedenastu i mówił: grajcie, jak wam pasuje, i tak wygracie.

Brzęczek jest selekcjonerem od lipca 2018 roku. Reprezentacja, którą przejmował od Adama Nawałki, przegrała na mundialu w zawstydzających okolicznościach i wróciła z Rosji przybita, bo niektórzy widzieli ją w ćwierćfinale, Nawałkę kreowano na drugiego Kazimierza Górskiego, a wyszło jak zwykle.

A to byli w większości najlepsi polscy piłkarze, więc Brzęczek zostawił aż osiemnastu z nich. Trzeba ich było odbudować psychicznie, znaleźć następcę Łukasza Piszczka i szukać nowych. Szybko okazało się, że Rafał Kurzawa nie nadaje się do gry gdziekolwiek poza Górnikiem Zabrze, Karol Linetty zmaga się sam ze sobą, a Michał Pazdan bezpowrotnie stracił stanowisko „ministra obrony narodowej".

Posucha była taka, że selekcjoner powoływał nawet Thiago Cionka, który mógł się wiele naczytać o swoich dyskusyjnych umiejętnościach, ale przyjeżdżał na zgrupowania dumny, że jest członkiem polskiej reprezentacji.

Brzęczek robił początkowo to, co wszyscy jego poprzednicy: szukał kandydatów do gry w klubach, w których pracował, lub dawał wiarę doradcom. Trzeba przyznać, że pomylił się tylko w dwóch przypadkach. Damian Szymański z Wisły Płock i Rafał Pietrzak z Wisły Kraków nie sprostali wymaganiom reprezentacji. Ale to u Brzęczka debiutowali Krzysztof Piątek, Krystian Bielik czy Sebastian Szymański, którzy zbierali dobre oceny, oraz Damian Kądzior, a w ostatnich minutach ostatniego meczu ze Słowenią – Kamil Jóźwiak. Tomasz Kędziora debiutował w zespole Adama Nawałki, ale podstawowym prawym obrońcą stał się w tym roku.

Trener był też konsekwentny w sprawie Arkadiusza Recy. Postawił na swoim – piłkarz przeżywał trudne dni w Atalancie Bergamo, po przejściu do SPAL zaczął grać i od razu widać to było w reprezentacji.

Selekcjoner zaczynał od serii sześciu meczów bez zwycięstwa, ale przeciwnikami w czterech byli mistrzowie Europy – Portugalczycy oraz Włosi. Drużyna zaczęła wygrywać wtedy, kiedy to było potrzebne – od pierwszego meczu eliminacyjnego mistrzostw Europy, z Austrią w Wiedniu. Miała tylko chwilę słabości, kiedy w ciągu trzech dni przegrała ze Słowenią i zremisowała z Austrią.

Czepiałbym się stylu, gdyby reprezentację tworzyli nominowani do Złotej Piłki „France Football". Dopóki tak nie jest, cieszmy się z tego, co mamy. Oczywiście to nie znaczy, że dziennikarze mają nie krytykować. Taka nasza rola. Ale jeśli po meczu z Izraelem, wygranym 4:0, pierwsze pytanie na konferencji zadane przez nieznanego mi dziennikarza brzmi: „Dlaczego nie grał Rybus?", to dziennikarz albo nie wie, o czym mówi, albo ktoś go podpuścił.

Mimo osiągnięcia celu Brzęczek nie jest ulubieńcem tej części mediów, która nad opisywanie rzeczywistości woli jej kreowanie. Słucham czasami kolegów po fachu, jak mówią językiem agentów piłkarzy lub jakby byli pasem transmisyjnym trenerów i prezesów klubów. Brzęczek nie dzwoni po redaktorach, nie pcha się przed kamery, nie stawia krytykom obiadów i nie podaje dziennikarzom dzieci do chrztu. A przede wszystkim nie sprzedaje im newsów, nie donosi na kolegów po fachu, stoi na czele sztabu, który jest lojalny i nie paple, żeby się komuś przypodobać.

To po co dziennikarzom o zacięciu biznesowym taki trener? Lepiej mieć swojego, którego się ulepi zgodnie z własnymi potrzebami i interesem. Mam czasami wrażenie, że zwycięstwa reprezentacji sprawiają niektórym ból.

Chłopcy już znają drogę

Robert Lewandowski jest Olgą Tokarczuk polskiego futbolu (a może to ona jest Lewandowskim literatury?) i to by było na tyle.

Nie mieliśmy w stuleciu PZPN drugiego takiego gracza, który nie tylko wykorzystał wyjątkowy talent, ale też dzięki profesjonalnemu podejściu, jakiego w połączeniu ze skalą talentu u nikogo innego sobie w Polsce nie przypominam, rozwijał się, za nic mając metrykę. W wieku 31 lat, który dla niejednego gracza oznacza kres profesjonalnej kariery, Lewandowski bije rekordy życiowe i przechodzi do historii reprezentacji Polski jako jej najlepszy strzelec i zawodnik o największej liczbie rozegranych meczów. A do tego staje ze swoimi osiągnięciami w Bundeslidze obok jej największych legend.

Jeśli Polak przełamuje bariery, które wydawały się nie do pokonania, w kraju będącym futbolowym wzorem, to wyznacza tym samym drogę innym polskim chłopcom, których nie znamy jeszcze z nazwiska. I teraz on jest punktem odniesienia dla wszystkich marzących o karierze. A jak już się to komuś powiedzie, dobrze, aby pamiętał, że umiejętność gry w piłkę, choć stanowi podstawę, jest tyko częścią wizerunku wielkiego sportowca. Trzeba się jeszcze umieć zachować, a Lewandowski to potrafi.

Piątek jakich wielu

Czy tą drogą pójdzie kiedyś Krzysztof Piątek? Jego tegoroczne przypadki mówią wiele o piłce i o tym, czego gołym okiem nie widać. Piątek opuszczał ekstraklasę jako jeden z dwóch najzdolniejszych polskich napastników (obok Jarosława Niezgody). Potwierdził talent w Genui i zderzył się ze ścianą w Mediolanie. Gdybym rok temu, w okresie świetnej passy Piątka, napisał, że strzela gole, bo jest dobry na tle przeciętnej Genui, a Serie A jest najsłabszą i jedną z najnudniejszych spośród największych lig Europy, wzięto by mnie za ignoranta. A miałem ochotę to napisać.

Dziś Krzysztof Piątek spowszedniał. Talentu nie stracił, wciąż jest pierwszym Polakiem mającym miejsce w AC Milan. Jednak sam się zastanawiam, czy pisząc to, nie ulegam magii nazwy tego klubu, któremu dziś daleko nie tylko do tercetu GRE-NO-LI (o którym poza mną pamięta chyba jeszcze tylko profesor Jerzy Talaga). Obecny Milan w niczym nie przypomina też drużyny van Bastena, Gullita i Rijkaarda czy Paolo Maldiniego i Andrija Szewczenki.

Nie ma co się podniecać. Takich napastników jak Piątek jest w Europie kilkudziesięciu. Jeśli wykorzysta swoją szansę na mistrzostwach Europy, to zmienię zdanie: na kilkunastu, a daj Boże – kilku. Na razie znalazł się w roli tej litewsko-polskiej aktorki, która zdobyła niezwykłą popularność jako serialowa odtwórczyni roli Anny German. Poprowadziła festiwal w Opolu, odbierała jakieś nagrody popularności, a dziś naprawdę nie pamiętam, jak się nazywa. To działo się raptem pięć lat temu.

Mamy za sobą kolejny szary rok polskich klubów. Jesteśmy świadkami interesującej sytuacji: państwo, poprzez PKO Bank Polski, Lotto i Orlen, wykłada pieniądze na rozgrywki Ekstraklasy, czyli na tworzące ją prywatne kluby będące spółkami akcyjnymi. To dobrze, że państwo tak robi, ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby rozliczało kluby z tych pieniędzy. Z każdym rokiem ich przybywa, ale poziom się od tego nie podnosi. Ktoś w klubach źle tą kasą zarządza, co widać boleśnie podczas dwóch miesięcy letnich.

Team Fornalików

Najpierw sprzedaje się lepszych zawodników, żeby kupić słabszych, potem trwa krótka przygoda z europejskimi pucharami, a pod koniec sierpnia jest już po emocjach, bo polskich klubów w rozgrywkach nie ma. Na poziomie europejskim są tylko transmisje z meczów ligowych w Canal+ (sygnał produkowany przez spółkę Ekstraklasa Live Park). Jednak to, co widać na boisku, to już poziom Sławomira z Zenkiem Martyniukiem.

Tytuł mistrza Polski zdobyty przez Piasta Gliwice jest powiewem świeżości. Pierwszy raz nie w czasach odległych, ale na naszych oczach, mistrzostwo Polski zdobył trener, który był wcześniej selekcjonerem reprezentacji. Waldemar Fornalik (wspólnie z bratem Tomaszem) udowodnił, że można to osiągnąć, mając stosunkowo niski budżet i niewielu kibiców przychodzących regularnie na stadion. Bo jest to po prostu dobry trener, który wreszcie trafił na odpowiednie warunki pracy. Dano mu też czas, co w naszych klubach rzadko się zdarza.

Smutny moment

Jeśli chodzi o kibiców, to czasami lepiej, żeby było ich mniej, ale prawdziwych, zamiast chuliganów czy pospolitych bandziorów terroryzujących trybuny. Nie jestem w stanie współczuć władzom Śląska Wrocław, które dopiero po skandalicznym racowisku podczas meczu z Legią zorientowały się, że w teoretycznie szczelnym systemie zabezpieczenia są luki pozwalające na wniesienie na trybuny wagonu rac, petard i świec.

Tak jest nie tylko we Wrocławiu, i niech kluby nie udają zaskoczenia. Rozumiem, że mogą się bać, bo „wszechkibice" nie tylko są bezkarni, ale też mają poczucie, że obecne władze ich chronią. Ogłaszanie raz na jakiś czas akcji w rodzaju: oddajemy krew, pomagamy powstańcom, pamiętamy o 1 sierpnia i 17 września, ma ich uwiarygodnić jako prawdziwych patriotów. Zakazy stadionowe są fikcją. Kibice przyczynili się do upadku Wisły Kraków i znacznie uszczuplili kasy klubów, które niby kochają.

Jeden z najsmutniejszych momentów przeżyłem w tym roku podczas meczu Legia – Górnik. Kibice obydwu klubów nie szczędzili sobie emocjonalnych haseł, a że bluzg jest nieodłącznym elementem meczu piłkarskiego w Polsce, to powszechnie wiadomo. Jednak w pewnym momencie kibice Górnika wyjęli małe biało-czerwone flagi nawiązujące do przypadającego dwa dni później Święta Niepodległości 11 listopada. Reakcją kibiców Legii było wykrzyczenie haseł o „zabrzańskiej k...", jakby to był klub z innego kraju, a nasze wspólne flagi stanowiły prowokację. Po czym kibice zaczęli wychwalać CWKS. Gdyby ci warszawscy patrioci, walczący podobno z komuną, wiedzieli, czym był CWKS, kto i kiedy go stworzył, toby się powstrzymali. Ale skąd mają wiedzieć?

Nacjonalista i antysemita Grzegorz Braun zbierał podpisy poparcia na liście do sejmu pod stadionami. Niestety zebrał, bo dobrze wiedział, że tam jest jego elektorat. Kibole kilku klubów (Raków, Radomiak) wzięli sobie na sztandary Janusza Walusia, siedzącego w południowoafrykańskim więzieniu zabójcę lidera partii komunistycznej RPA Chrisa Haniego.

Pisanie i mówienie o tym, co dzieje się na trybunach i jaki wpływ mają zwykli oszuści, mieniący się kibicami, na decyzje wielu klubów, wiąże się z ryzykiem. Dlatego podziwiam dziennikarza TVN Szymona Jadczaka, który odważył się powiedzieć prawdę o krakowskim kibolstwie w „Superwizjerze" na antenie TVN i wydał książkę „Wisła w ogniu". To on powinien dostać nagrodę Dziennikarz Roku.

Agonia Polonii

I jeszcze jeden fakt, z kategorii najsmutniejszych. Rada Miasta Stołecznego Warszawy, krytykowana często za to, że pomaga tylko Legii, podjęła uchwałę o budowie nowego stadionu Polonii. Zbigniew Pszczulny i Mariusz Rutz z JSK Architekci, twórcy Stadionu Narodowego i paru innych, opracowali projekt pięknego stadionu Polonii, który miał powstać za pieniądze miasta.

Ale raczej się go nie doczekamy. Piłkarze Polonii zajmują miejsce w ogonie III ligi, na mecze przychodzi coraz mniej kibiców. Trener Krzysztof Chrobak pracuje już niemal społecznie, ale ma poczucie misji i jeszcze nie uciekł z Konwiktorskiej, choć nikt by mu takiego kroku nie miał za złe (podobnie jak Jakubowi Błaszczykowskiemu w Wiśle).

Miasto wysłało do Polonii pytania na temat przyszłości klubu, ale nikt nie odpowiedział, bo prezes zrezygnował, a nowego nie ma. Nie ma z kim rozmawiać. I zapewne na sesji Rady Miasta w marcu decyzja o budowie stadionu zostanie cofnięta. To jest tragedia, bo na naszych oczach pada najstarszy wciąż istniejący klub stolicy, z siedzibą w centrum miasta. Doprowadzili do tego ignoranci i ludzie złej woli.

Fioletowa Megan

O tym, że futbol jest jednak piękny, przekonało wiele meczów w Polsce i na świecie. Ajax z wychowanymi w klubowej akademii dzieciakami w składzie eliminujący w Lidze Mistrzów po kolei Standard Liege, Dynamo Kijów, Benficę Lizbona, Real Madryt i Juventus to piękna wiadomość w futbolu, w którym decydują pieniądze. Bo, jak widać, nie zawsze.

Liverpool, który po półfinałowej porażce z Barceloną nie ma prawa żyć, w rewanżu odrabia straty i wygrywa 4:0 z zespołem Leo Messiego, najlepszego piłkarza świata. A potem pokonuje w finale Tottenham. Jak nie kochać takiej piłki, której twarzami są Juergen Klopp, Sadio Mane i Mohamed Salah.

I jeszcze Megan Rapinoe, mistrzyni olimpijska i mistrzyni świata, zdobywczyni Złotej Piłki „France Football" dla najlepszej piłkarki świata, która walczy nie tylko na boisku. Jest twarzą kampanii na rzecz związków partnerskich, popiera wszelkie formy walki z rasizmem, staje po stronie imigrantów, krytykuje Donalda Trumpa za jego seksistowskie wpisy na Twitterze i stwierdza, że nie wejdzie do Białego Domu, dopóki jego gospodarzem będzie Trump.

Fioletowe włosy Megan Rapinoe są widoczną oznaką jej wolności. Ma ona przeciwników także w USA, ale gdyby w Polsce słynny sportowiec głośno przedstawiał swoje poglądy polityczne i społeczne, musiałby się liczyć z hejtem i agresją być może nie tylko w sieci.

Może dlatego Robert Lewandowski nie mówi, na kogo głosuje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA