fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Listkiewicz: Blattera lubię i szanuję

Sepp Blatter i Michał Listkiewicz podczas wizyty szefa FIFA w Warszawie
Fotorzepa, Marcin Łobaczewski
Były prezes PZPN Michał Listkiewicz o odchodzącym w niesławie prezydencie Światowej Federacji Piłkarskiej (FIFA).

Rzeczpospolita: Dziś wszyscy krytykują Seppa Blattera i Michela Platiniego. Pan nie dołączy do tego chóru?

Michał Listkiewicz: Na pewno nie. Krytykują, bo dziś jest łatwo. Na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą. Przypominam jednak, że Blatter nie został jeszcze skazany przez sąd...

Jeszcze to właściwe słowo.

Nie przesądzam, czy naruszył prawo czy nie, bo tego nie wiem. Ale wierzę w jego uczciwość. Znam Blattera od wielu lat. Mówimy sobie po imieniu, bywałem z nim w rozmaitych sytuacjach. Jest czarującym człowiekiem, ubóstwianym przez kobiety. Duszą towarzystwa, bije od niego jakiś blask, rodzaj charyzmy. Trzeba go poznać, żeby to zrozumieć. Ja się tej przyjaźni nie wypieram. Właśnie dlatego, że go znam, wygłaszam opinie mogące większość ludzi dziwić. Uważam, że Blatter zrobił wiele dobrego dla piłki, a teraz się dowiedziałem, że zrobił też sporo złego.

Nie wiedział pan wcześniej?

A skąd miałem wiedzieć? Nie miałem z Blatterem żadnych wspólnych interesów. Nasze kontakty były jednak bardziej zażyłe od typowych relacji między prezydentem FIFA a prezesem krajowego związku piłkarskiego. Miałem poczucie, że Blatter mnie lubi. Wynikało to m.in. ze wspólnoty zainteresowań. Lubił muzykę klasyczną, kolekcjonował ceramikę i obrazy. Kiedyś dostał ode mnie w prezencie kilim, wyraźnie uradowany opowiadał o polskiej szkole kilimów i rodzajach robionych ręcznie splotów. Wiedział na ten temat więcej ode mnie. Kiedy kilka lat temu zbliżał się konkurs chopinowski, spytał, czy mógłbym załatwić bilety. Żartował, ale wiedział o tym konkursie.

Bywał pan u niego w domu?

Raz, kiedy w Zurychu zajmował jeszcze niewielkie, skromnie urządzone dwupokojowe mieszkanie. Trudno było się po nim poruszać, bo obok tych zbiorów, o których mówiłem, w pokoju stał drewniany koń wielkości konia. Skala jeden do jednego. Otrzymał go w prezencie podczas wizyty w Indonezji i ustawił sobie w mieszkaniu. O ile mi wiadomo, po kilku latach przeprowadził się do większego mieszkania, w którym, jak mi opowiadano, też nie było przepychu.

Kto panu opowiadał?

Osoby, które znajdowały się bliżej Blattera niż ja, m.in. jego wieloletnia była już partnerka Ilona, Polka, z którą związał się w Szwajcarii.

Słyszałem, że to pan poznał z nią Blattera...

Jeszcze jedna bzdura. Poznałem Ilonę, kiedy już była z Blatterem. Kilka lat wcześniej wyjechała z Warszawy do Szwajcarii, wyszła tam za mąż, a po rozwodzie związała się z Blatterem. On bardzo ładnie się zachowywał, opiekował się jej córką. Zresztą to dla niego charakterystyczne. Był trzykrotnie żonaty, jest bardzo rodzinny, kocha swoje córki i wnuki. Nie słychać o żadnych skandalach w rodzinie. Kiedy tylko może, wyjeżdża w swoje rodzinne strony w kantonie Valais, w dolinie Rodanu. Można mu w związku z tym zarzucić nawet pewien rodzaj nepotyzmu, a może jest to tylko lokalny patriotyzm. Zdarzało się, że mieszkańcy tego kantonu byli faworyzowani przez Blattera. Stamtąd na trenera reprezentacji Szwajcarii wyciągnął Rene Hussy'ego, stamtąd pochodzi sekretarz generalny UEFA Gianni Infantino oraz były sekretarz generalny FIFA, o którym Blatter mówił mi: oto mój następca. Nazywał się Michel Zen-Ruffinen i pochodził z rodziny znanych prawników. Blatter traktował go jak syna, a na kongresie FIFA w Seulu w roku 2002 Zen-Ruffinen porozumiał się z prezydentami UEFA Lennartem Johanssonem i Konfederacji Afrykańskiej Issą Hayatou w celu pozbawienia Blattera stanowiska. Krótko mówiąc: wbił pryncypałowi nóż w plecy. Ale Blatter wygrał tę batalię, a Zen-Ruffinen musiał odejść.

Może Zen-Ruffinen wiedział o nim coś, co stawiało go w złym świetle?

Jeśli nawet, to nie przekonał o tym adwersarzy Blattera. Widocznie miał słabe karty. Blatter nie jest kacykiem, tylko poważnym człowiekiem, mającym za sobą pracę sekretarza generalnego Szwajcarskiego Związku Hokeja na Lodzie, dyrektora marketingu w fabryce zegarków Longines, był przez 23 lata dyrektorem technicznym i sekretarzem generalnym FIFA, a od roku 1998 jest jej prezydentem. Pan myśli, że człowiek o takim CV pozwoliłby sobie na jakieś machlojki?

Mam taką wyobraźnię.

Blatter jest na tyle doświadczony, że gdyby nawet dopuścił się jakichś nieprawidłowości, to potrafiłby w porę się z nich wyplątać. A on nie robił nic, bo nie miał poczucia winy. Jedyne, co ja mogę mu zarzucić, to brak wyczucia, kiedy ustąpić. Gdyby zrobił to po mundialu w Brazylii, uniknąłby upokarzających sytuacji, a jeszcze zostałby prezydentem honorowym.

Intuicja go zawiodła?

Intuicja i poczucie niewinności. Poza tym chyba stracił węch. Oderwał się od rzeczywistości, stał się niewolnikiem schlebiającego mu dworu. To akurat lubił. A przecież wystarczyło spojrzeć na takich działaczy FIFA jak Chuck Blazer czy Jack Warner, żeby poczuć, że coś tu śmierdzi, i od takich ludzi należy stać jak najdalej.

To dlaczego ich nie usunął?

Bo nie mógł. Nie on ich wybierał. Padł ofiarą złych regulaminów. Jack Warner wygrał wybory na prezydenta CONCACAF, czyli strefy Ameryki Północnej i Środkowej, stając się z urzędu wiceprezydentem FIFA. Przyjechał do Zurychu, zażądał gabinetu, sekretarki, samochodu z kierowcą i pieniędzy. A potem wracał na swoje podwórko jako ktoś, kto może wyspom na Karaibach załatwić, co będą chciały. Korupcja, której dopuściło się wielu działaczy FIFA, poszła więc na konto Blattera. Tak to działało i działa nadal. Prezydent FIFA nie ma wpływu na dobór większości najbliższych współpracowników, a za wszystkich odpowiada. Winą Blattera jest to, że nie potrafił zmienić tych zasad.

Może nie chciał.

Nie wiem, ale faktem jest, że był chory na władzę, poza piłką, FIFA i rodziną świata nie widział. Zdarzało się, że jeśli nie jechał na weekend do Valais, przychodził do biura i pracował. Wtedy w siedzibie FIFA w Zurychu były dwie osoby: prezydent i strażnik.

Pan ma też osobiste powody, by lubić Blattera. Mówi się, że jest pan jego człowiekiem...

A pan czyim jest człowiekiem? Właściciela „Rzeczpospolitej" czy jej naczelnego? Prawie każdy pracuje u kogoś. Pan ma swój rozum i ja też. Jestem działaczem organizacji, na czele której stał Sepp Blatter. Polska dobrze na mojej znajomości z nim wychodziła. Gdyby nie Blatter, nie zorganizowalibyśmy mistrzostw Europy.

Ale Blatter to FIFA, a nie UEFA. Nic do tego nie miał.

Miał, miał. Kiedy minister sportu Tomasz Lipiec zawiesił PZPN, zgodnie z panującymi zasadami po ingerencji władz państwowych w działania związku FIFA zagroziła nam wykluczeniem. Gdyby tak się stało, nie moglibyśmy starać się o organizację Euro. Minister Lipiec tego nie rozumiał, toczył swoją wojenkę, ja jako prezes związku nie byłem dopuszczany na spotkania z premierem Jarosławem Kaczyńskim. Sytuacja stała się poważna. O mediację poprosiliśmy profesora Michała Kleibera, który był wtedy doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego i poinformował go o tym. Zadzwoniłem do Blattera z pytaniem, czy mógłbym go odwiedzić w Zurychu razem z prezesem Polskiej Akademii Nauk. Blatter nas przyjął, a efektem tej rozmowy był jego przyjazd do Polski i spotkanie z prezydentem Kaczyńskim.

Panowie przypadli sobie do gustu, minister Lipiec odwołał swoje nieroztropne decyzje, groźba wykluczenia Polski ze struktur FIFA została zażegnana, a Polska zorganizowała Euro.

A jeśli sąd udowodni mu korupcję?

To sprawa sądu. Jeśli komuś udowodniono łamanie prawa, to dyskusja jest zbędna. Na zły wizerunek FIFA pracowali nie tylko Blazer i Warner. Uważam jednak, że nie byłoby tego dochodzenia, w które zaangażowały się służby amerykańskie, gdyby to Stany Zjednoczone zostały gospodarzami mistrzostw świata w roku 2022, a nie Katar.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA