fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Szczepłek: Król Artur się żegna

Artur Boruc w reprezentacji Polski zagrał 64 razy
Fotorzepa, Piotr Nowak
Artur Boruc kończy grę w reprezentacji, a PZPN wpadł na dobry pomysł, aby go przy okazji meczu z Urugwajem godnie pożegnać.

To jeden z najbardziej krwistych polskich piłkarzy ostatnich lat. Osiągnął chyba wszystko, co mógł, a jego życie jest kolorową bajką, w której spełniają się dziecięce marzenia i wszystko dobrze się kończy.

Chłopak z Siedlec wsiada w pociąg do Warszawy, żeby zobaczyć na własne oczy, jak gra jego ukochana Legia, a po latach sam wkłada jej koszulkę i to do niego modlą się jej kibice.

Znam paru bardzo zdolnych reprezentantów Polski, którzy przepili swoje kariery, i trenerów handlujących meczami, którzy dziś są ulubieńcami mediów i pouczają innych. Boruc używał życia, umiał się bawić po meczu reprezentacji we Lwowie, na obozie Celtiku w Holandii, w samolocie wiozącym kadrę z Ameryki do Polski. Zwykle bił się w piersi, płacił kary, ale wracał do bramki, bo nie było od niego lepszych.

Przez dwanaście sezonów do reprezentacji Polski powoływało go pięciu selekcjonerów. W tym czasie został mistrzem Polski, Szkocji, grał w Lidze Mistrzów, Serie A i Premier League. Na mundialu w Niemczech (2006) bronił fenomenalnie i to do niego podbiegł po meczu Lukas Podolski, aby wymienić się koszulkami. Dwa lata później, podczas Euro, w Wiedniu sam zatrzymywał napastników austriackich, a w Klagenfurcie – chorwackich.

Leo Beenhakker tak mu ufał, że po spotkaniu z Austrią zwolnił go na jeden dzień, aby mógł pojechać do Warszawy obejrzeć nowo narodzonego syna. Wrócił i znów bronił jak w transie. A dwa miesiące później tak się rozluźnił w hotelu we Lwowie, że ten sam Beenhakker musiał go odsunąć od gry, ale po kolejnych dwóch miesiącach Boruc przyczynił się do zwycięstwa nad Czechami.

W pewnym okresie należał do najlepszych bramkarzy świata, razem z Ikerem Casillasem, Gianluigim Buffonem, Petrem Cechem i Edwinem van der Sarem.

Czy ktoś z czytelników pamięta, jak Artur Boruc mówi? Założę się, że niewielu. Bo przy brawurowych paradach i aktywności biesiadnej, podczas konferencji i na spotkaniach prywatnych to jest cichy człowiek. Typ bardziej Józefa Młynarczyka niż Jana Tomaszewskiego. Nie można go nie lubić.

Krytycy wypominali mu ekscesy alkoholowe. Najlepsza ku temu okazja nadarzyła się po meczu na nierównym boisku w Belfaście. Przyjaciel Boruca Michał Żewłakow podawał mu piłkę, ale bramkarz w nią nie trafił, bo odbiła się od kępki trawy i wpadła do siatki. Złośliwcy mieli używanie. On to bardzo przeżył, mimo że nie zawinił. Napisałem coś w jego obronie i, o ile mi wiadomo, trochę go to podniosło na duchu, a ja się ucieszyłem, że chociaż w ten sposób mogę mu pomóc.

Na Łazienkowskiej go kochano, więc kiedy Legia prowadziła z Widzewem 5:0 i sędzia przyznał jej karnego, publiczność skandowała: Artur Boruc, Artur Boruc! A on podbiegł do piłki na luzie i pokonał kolegę z Widzewa.

Uwielbiano go w Celtiku, zwłaszcza kiedy w derbach z Rangersami prowokował protestanckich przeciwników znakiem krzyża lub T-shirtem z wizerunkiem Jana Pawła II. Nic dziwnego, że zyskał przydomek „Holy Goalie" – Święty Bramkarz. Kiedy podczas spaceru w Glasgow natknął się na bandziorów, którzy napadli na polską rodzinę, po siedlecku i warszawsku, spuścił im smary. Otrzymał za to nagrodę Fair Play Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Świetny bramkarz i fajny gość.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA