fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Zbigniew Boniek: PZPN pracuje, śpię spokojnie

Prezes PZPN Zbigniew Boniek
Fotorzepa, Piotr Nowak
Prezes PZPN Zbigniew Boniek o akcji CBA: Czuliśmy się, jakby ktoś włożył nam rękę do majtek.

„Rzeczpospolita": Właśnie dowiedzieliśmy się, że przeciwnikami Lecha w grupie Ligi Europy będą: Benfica Lizbona, Standard Liege i Rangers Glasgow. To dobre losowanie?

Zbigniew Boniek: Tak uważam. Lech powinien wyjść z grupy. Standard Liege nie jest lepszy od Charleroi, które poznaniacy wyeliminowali, Szkoci też są do ogrania. Benfica to wielka firma, ale można z nią powalczyć. Lech zrobił na mnie dobre wrażenie. Tam każdy umie grać w piłkę, a wszyscy wychodzą na boisko z jednym celem: żeby wygrać.

I wiedzą jak to zrobić. W przeciwieństwie do Legii.

Lech gra nowocześnie, wysokim pressingiem, choć ryzykownie. Musi przede wszystkim poprawić grę w obronie. Gdyby Lech miał na środku obrony Franco Baresiego i Sandro Costacurtę, wyszedłby z grupy na pierwszym miejscu. Na jego przykładzie dobrze widać, że nie ma dziś w zmieniającej się piłce takiej funkcji jak defensywny pomocnik. Jest formalnie, ale od niego wymaga się więcej. Mieliśmy w reprezentacji z mundialu w Hiszpanii Waldka Matysika. Mogę powiedzieć, że mojego podopiecznego. On fantastycznie pracował w obronie. Do tego stopnia, że w przerwie meczu o trzecie miejsce z Francją wycieńczony zszedł z boiska, bo już nic nie widział, a prosto z lotniska na Okęciu odwieziono go do szpitala.

Odwiedzałem go tam i rozmawiałem z lekarzami. Jego kariera wisiała na włosku, chociaż miał wtedy zaledwie 21 lat.

A pojechał jeszcze na mundial do Meksyku, grał we Francji i w Bundeslidze. Waldek był znakomity, ale koncentrował się na przeszkadzaniu przeciwnikowi. Jak patrzę dziś na Jakuba Modera i Tibę, to oni nie tylko wykonują dużo roboty w defensywie, ale jak już piłkę odbiorą, to natychmiast rozpoczynają akcję. Oni nie są defensywni, ale w grze obronnej biorą czynny udział. Bo podział na funkcje już się skończył i w Lechu dobrze o tym wiedzą.

W dodatku tam do pierwszej drużyny awansuje wielu wychowanków.

Lech jest firmą piłkarską, fabryką produkującą zawodników. To może nie brzmi ładnie, ale oddaje obraz sytuacji. Tam w kadrze jest kilkunastu młodzieżowców, większość to wychowankowie. Sześć lat temu, podczas zajęć powołanej przez PZPN Akademii Młodych Orłów zobaczyłem dwunastoletniego chłopaczka, który wyróżniał się na tle innych, również utalentowanych. Pytam go: jak się nazywasz. Kuba Kamiński. To idź i trenuj. Dziś osiemnastoletni Kamiński strzela bramki w ekstraklasie i przyczynił się do awansu Lecha do Ligi Europy.

Trafił w Poznaniu na dobre miejsce do rozwoju.

To na pewno. Skauci Lecha wypatrzyli go na Śląsku, a trenerzy odpowiednio go prowadzą. Mam nadzieję, że pogra w Lechu kilka lat, nie wyjedzie za wcześnie za granicę. Wie pan co jest bolączką klubów? Że pracuje w nich za mało ekspiłkarzy. Oni wolą wymądrzać się w telewizji, bo to jest dużo łatwiejsze niż praca trenerska.

Nie zareagował pan na uwagę o Legii? Szkoda gadać?

Nie, dlaczego? Uważam tylko, że problemy klubu nie kończą się na zmianie trenera. To tylko jeden człowiek, który nie może za wszystko odpowiadać. Szkoda mi Legii, ale nic nie mogę poradzić. Każdy właściciel klubu ma swoją strategię, prezesowi PZPN nic do tego. Związek może narzucić obowiązek gry młodzieżowca, ale nie mówi kto ma nim być, czy jaki trener powinien pracować. Klub jest bytem samoistnym.

Ogląda pan jednak mecze Legii i coś pewnie pana dziwi.

Oczywiście. Dziwi i smuci, bo Legia miała autostradę do Ligi Mistrzów. Niezbyt mocni przeciwnicy, mecze u siebie. Tylko grać i wygrywać. Nie udało się, pewnie na Łazienkowskiej zastanawiają się dlaczego, ale ważne żeby wyciągnęli takie wnioski, które poprawią sytuację. Na razie to widzę od kilku lat, że prawie każdy kto przychodzi do Legii z opinią talentu czy już jako ukształtowany zawodnik, przy Łazienkowskiej obniża loty. Tak było z Carlitosem, z Novikovasem. Może presja tak tam na wszystkich działa. Ale presja jest nieodłącznym elementem pracy i gry. Trzeba umieć sobie z nią radzić.

A jak pan radzi sobie z presją? Co pan myśli, kiedy o szóstej rano do biura PZPN wpadają agenci CBA?

O siódmej trzydzieści. Jak to co myślę? Dziwię się, że w siedzibie PZPN w Warszawie szukają śladów afery melioracyjnej z Pomorza Zachodniego. Na początku nie wiedziałem o co chodzi. Gdyby chcieli obejrzeć jakieś dokumenty to by je dostali. Szkoda, że wpadli do nas, jak do przestępców. Zabrali ludziom laptopy i telefony komórkowe. Czuliśmy się, jakby ktoś włożył nam rękę do majtek. Nie było podstaw do takiej akcji. W ciągu ostatnich dwudziestu lat to było szóste czy siódme wejście różnych państwowych służb do związku. Po co, dlaczego?

Nie bał się pan?

A czego miałem się bać? Mnie trudno przestraszyć, bo ja niczego nie ukradłem, ani nikomu nic złego nie zrobiłem. Ja już za komuny nie dałem się złamać. W IPN są relacje oficera SB, obecnego przy ekipie na mundialu w Meksyku. Opisuje mnie tam niemal jak wcielone zło, lidera nieistniejącej opozycji w kadrze. Z żalem daje do zrozumienia, że nie da się ze mną współpracować. Można powiedzieć, że wystawił mi laurkę. Mogę natomiast przedstawić dokumenty, dotyczące funkcjonowania związku od kiedy jestem prezesem. Lista sukcesów byłaby większa niż rozmiary tego wywiadu. Ograniczę się do tego tego, że budżet PZPN został zwiększony ponad trzykrotnie, a wizerunek jest lepszy niż kiedykolwiek.

Może stąd ten poranny nalot. Myśli pan, że możliwa jest sytuacja, w której w sierpniu 2021 roku, podczas walnego zgromadzenia na pana miejsce nie zostanie wybrany ktoś ze środowiska piłkarskiego, tylko polityk wskazany przez partię rządzącą?

W politykę nie będę się bawił. Ale mam nadzieję, że czasy przynoszenia prezesów związków sportowych w teczkach, zgodnie z życzeniem władzy minęły wraz z PRL-em. Oczywiście ktoś taki może wziąć udział w wyborach. Zawsze znajdzie się ktoś, kto go zgłosi. Ale wyboru dokonuje sala, ponad stu delegatów, reprezentujących kluby ekstraklasy, pierwszej ligi, szesnastu związków wojewódzkich, sędziów. Oni mogą mieć swoje interesy, ale na pewno mają też mądrość. Widzą jak sprawnie działa związek, jak potrafi zdobyć pieniądze, z których korzysta cały polski futbol. Myślenie, że związek można upolitycznić byłoby błędem.

A jednak pan robi interesy z premierem Mateuszem Morawieckim...

Oczywiście. Dlaczego miałbym tego nie robić. To nie są moje interesy prywatne tylko polskiej piłki. Wybrano mnie żebym o nią dbał. Mnie z premierem dobrze się współpracuje. Dzięki temu piłka szybko wróciła na boisko, a kibice na trybuny. Słusznie, bo uważam, że prawdopodobieństwo zarażenia się koronawirusem jest większe w galerii handlowej niż na stadionie. Oczywiście zasad bezpieczeństwa należy przestrzegać. W biurze PZPN na korytarzach obowiązują maseczki.

Premier dał panu pieniądze i może teraz wymagać...

O czym pan mówi? Premier jest kibicem, orientuje się, znalazł fundusze na rozwój piłki młodzieżowej i przekazał je związkowi poprzez Ministerstwo Sportu i Turystyki.

Jaka to jest kwota?

130 milionów złotych. Dotychczas otrzymywaliśmy z ministerstwa około trzech milionów rocznie na szkolenie młodzieży. Przy naszym budżecie około 300 mln złotych to była kropla. Te 130 mln wpłynie w trzech transzach, w ciągu trzech lat. Jest przeznaczone na dofinansowanie akademii piłkarskich.

Ile takich akademii jest w Polsce?

Około trzystu - trzystu pięćdziesięciu. Średnio dwadzieścia - dwadzieścia pięć na terenie każdego województwa. Ale pieniądze trafią tylko tam, gdzie szkoli się chłopców w wieku 7 - 12 lat. Oczywiście PZPN wyda fundusze ze swojego konta na obsługę tych dotacji, bo związek sprawuje nadzór nad akademiami. Rocznie to będzie koszt rzędu kilku milionów złotych. Mamy te pieniądze, bo potrafimy dobrze gospodarzyć. W Polsce nie można jednak się chwalić tylko należy się biczować, bo to jest lepiej widziane. Ja nie zamierzam, bo nie mam powodu. Nie wyjechałem grać do Juventusu z pomocą znajomych cichociemnych, jak chcieliby niektórzy moi krytycy i służby nie pomagały mi w osiąganiu sukcesów.

Gdyby pan przed drugą turą wyborów prezydenckich nie napisał na Twitterze co pan o tych wyborach myśli, żyłby pan spokojnie...

Tak pan uważa? Po pierwsze napisałem tylko to, co podawały sondaże. Po drugie - mam do tego prawo. Żyłem wyborami jak każdy obywatel. Grałem dla Polski, pracuję dla Polski, bo to jest mój kraj. Chcę żeby się rozwijała i miała mądrych przywódców. Mój kandydat nie wszedł nawet do drugiej tury. Demokracja nie polega na tym, że jak ja mam inne zdanie niż władza polityczna, to trzeba mnie zniszczyć i przy okazji uderzyć w związek. Polega na tym, że każdy może mieć swoje zdanie, a na koniec szanuje wolę większości. Nie wierzę, żeby nagonka dziennikarza i wejście CBA do PZPN były odwetem za moje prywatne poglądy. Jeśli tak by było, to byłoby to nie tylko smutne i przykre, ale i niebezpieczne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA