fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Dortmund gra z głową

Robert Lewandowski w inauguracyjnym meczu Bayernu zdobył dwie bramki
AFP, Christof Stache
Bayern obronę tytułu zaczął od remisu 2:2 z Herthą Berlin. Z pewnością nie martwi to tych, którzy chcą, by wreszcie skończyły się rządy dynastii z Bawarii.

Na wielkich europejskich dworach dłużej od Bayernu panuje tylko Juventus (od 2012 roku). We Włoszech jednak na detronizację się nie zanosi.

W Niemczech już ubiegły sezon dostarczył emocji dawno niespotykanych. Na półmetku rozgrywek Bayern tracił do Borussii Dortmund aż dziewięć punktów, tytuł wprawdzie obronił, ale nerwy kibiców wystawił na poważną próbę.

Fakt, że wyścig po srebrną paterę trwał do ostatniej kolejki, oraz kolejne rozczarowanie w Lidze Mistrzów miały w Monachium wszcząć alarm.

– Gdybyście wiedzieli, z kim już jesteśmy dogadani – mówił na początku roku szef Bayernu Uli Hoeness, ogłaszając „największy program inwestycyjny w historii klubu".

Nie grają w monopol

Na obietnicach jednak się skończyło. Obrońcy reprezentacji Francji Benjamin Pavard i Lucas Hernandez zostali zakontraktowani już w trakcie ubiegłego sezonu. Pierwszy z nich kosztował 35 mln euro, drugi – aż 80, prawie dwa razy więcej niż dotychczasowy rekordzista Javi Martinez. Choćby ten ruch mógł sugerować, że w Monachium zrozumieli, iż bez głębszego sięgnięcia do kieszeni coraz ciężej będzie walczyć z europejskimi potentatami. Nic bardziej mylnego. – Nie gramy w monopol. Doszliśmy do pewnej granicy i nie sądzę, żebyśmy ją przekroczyli przy najbliższych transferach – zastrzegał Hoeness.

Jeszcze kilka dni temu jedynym letnim nabytkiem Bawarczyków był Jann-Fiete Arp z Hamburgera SV – 19-letni napastnik, który w 2. Bundeslidze przez ostatni rok strzelił ledwie jednego gola. W pośpiechu wypożyczono niechcianego w Interze Ivana Perisicia i niepotrzebnego w Barcelonie Philippe Coutinho. Dokupiono też kolejnego Francuza – 20-letniego pomocnika Mickaela Cuisance'a z Borussii Moenchengladbach. Ale raczej nie o takie odmładzanie składu chodziło władzom mistrzów Niemiec.

Doprawdy trudno wytłumaczyć ich bierność na transferowym rynku. Od dawna było wiadomo, że z klubem pożegnają się Arjen Robben i Franck Ribery, a wzmocnienie skrzydeł będzie największym wyzwaniem. Kingsley Coman i Serge Gnabry są częstymi gośćmi w gabinetach lekarskich, ciężko więc opierać na nich całą grę. Leroy Sane, który otwierał listę życzeń, zerwał więzadła w kolanie i czeka go pół roku przerwy.

Pokaz siły Borussii

Jeśli szefowie Bayernu zwlekali w oczekiwaniu na promocje, to najwyraźniej się przeliczyli. Zakupów mogą dokonywać jeszcze przez dwa tygodnie, niewykluczone, że na Allianz Arenie pojawi się więcej nowych graczy, ale podstawowym problemem może być brak okazji, by wprowadzić ich do zespołu. – Niech nasi kibice nie marnują czasu na myślenie, że nie mamy dość mocnego składu, by zdobyć ósmy tytuł z rzędu i liczyć się w pucharach – zapowiada Karl-Heinz Rummenigge. I ucina spekulacje, że Bayern nadal stara się sprowadzić Leroya Sane.

Jak działać szybko i z głową, pokazała konkurencja z Dortmundu. Borussia wzmocniła się, osłabiając jednocześnie rywali. Z Bayernu wyciągnęła Matsa Hummelsa (wraca po trzech latach), z Bayeru Leverkusen – Juliana Brandta. Z Moenchengladbach pozyskała Thorgana Hazarda, a z Hoffenheim – Nico Schulza. Każdy z nich zna realia Bundesligi i nie wymaga aklimatyzacji.

Cała czwórka miała udany debiut w sobotnim meczu z Augsburgiem (5:1), Brandt kilkanaście minut po wejściu na boisko ustalił wynik. W drużynie Łukasza Piszczka nikt nie ukrywa, że celem jest przerwanie hegemonii Bayernu i odzyskanie mistrzostwa. Tym bardziej że udało się zatrzymać wszystkie gwiazdy, z rozchwytywanym Jadonem Sancho na czele.

Zupełnie inne cele będą przyświecać zespołom, w których grają Dawid Kownacki i Rafał Gikiewicz. Zarówno Fortunę, jak i Union Berlin czeka raczej walka o utrzymanie, najwyżej o środek tabeli.

Kownacki wiosną zapracował na transfer definitywny, w Duesseldorfie widzą w nim młodego Lewandowskiego. Na razie wraca do formy po kontuzji. W pierwszym meczu sezonu nie zagrał, Fortuna pokonała na wyjeździe Werder 3:1.

Gikiewicz przyczynił się do historycznego awansu Unionu. Nie puścił gola w 15 z 36 meczów, obronił ponad 80 procent strzałów. W Bundeslidze chce kontynuować tę passę.

Pracy w najbliższych tygodniach brakować mu nie będzie, bo beniaminek z Berlina szybko zmierzy się z czołówką (zaczął w niedzielę od meczu z RB Lipsk, który trwał w momencie zamykania tego wydania gazety). W październiku pojedzie do Monachium, by zatrzymać Lewandowskiego. Polski as zdobył w piątek dwie bramki i jeszcze w tym sezonie powinien się znaleźć w trójce strzelców wszech czasów Bundesligi. Od trzeciego miejsca dzieli go 16 goli.

Poczet debiutantów

Union na zapleczu niemieckiej ekstraklasy wyróżniał się grą defensywną, po sprowadzeniu Nevena Suboticia powinna ona wyglądać jeszcze lepiej. Były obrońca Borussii rozegrał w Bundeslidze ponad 200 spotkań, jego doświadczenie będzie bezcenne.

Zespół z Berlina prowadzi 53-letni Szwajcar Urs Fischer. To jeden z ośmiu trenerów, którzy w tym sezonie debiutują w lidze niemieckiej. Pozostali to: Marco Rose (Borussia Moenchengladbach), Holender Alfred Schreuder (Hoffenheim), Chorwat Ante Cović (Hertha), David Wagner (Schalke), Austriak Oliver Glasner (Wolfsburg), Steffen Baumgart (Paderborn) i Achim Beierlorzer (FC Koeln). Czy któryś z nich pójdzie w ślady Juergena Kloppa lub Thomasa Tuchela?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA