fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Patrzy na nich całe Bergamo

Gian Piero Gasperini (z prawej) – twórca sukcesów Atalanty Bergamo
AFP, Marco Bertorello nul Marco Bertorello
W Lizbonie rusza turniej finałowy. W środę i czwartek o półfinał powalczą rewelacyjne Atalanta i RB Lipsk.

To będzie symboliczny obrazek. Najdziwniejszy turniej w historii Ligi Mistrzów, przypominający formułą mundial, rozpocznie drużyna z Bergamo – miasta duchów, jak nazwano jedno z najbardziej dotkniętych przez koronawirusa miejsc w Europie.

Mecze Atalanty z Valencią w 1/8 finału zdaniem lekarzy i naukowców były bombą biologiczną. Kilkadziesiąt tysięcy kibiców podróżujących między Włochami i Hiszpanią przyczyniło się do przyspieszenia epidemii. Teraz na stadiony nie wejdzie nikt, ale Portugalia i tak szykuje się na najazd fanów.

Triumf zespołu ze 120-tysięcznego Bergamo, w którym każdy stracił kogoś bliskiego, byłby niezłym materiałem na film. I nie jest to wcale science fiction. Atalanta, choć debiutuje na salonach, pokazała już nie raz, że lekceważyć jej nie wolno. Po pandemicznej przerwie poniosła tylko jedną porażkę w 13 meczach, pokonała Lazio i Napoli, odebrała punkty Juventusowi i Milanowi, niemal do samego końca liczyła się w walce o mistrzostwo Włoch.

W Serie A strzeliła aż 98 goli – ponad połowę z nich kolumbijsko-słoweńskie trio: Luis Muriel, Duvan Zapata (po 18 trafień) i Josip Ilicić (15). W sumie we wszystkich rozgrywkach uzbierała 115 bramek. Niestety w ćwierćfinale z Paris Saint-Germain będzie musiała sobie radzić bez Ilicicia. Pandemia miała zły wpływ na jego psychikę, przypomniała mu o wojnie na Bałkanach i Słoweniec postanowił wrócić do rodziny. Jak duża to strata, tłumaczyć nie trzeba. W dwumeczu z Valencią strzelił pięć goli.

Sztuka wojny

Ale Atalanta nie składa broni. Trener Gian Piero Gasperini, czerpiący garściami ze starożytnej „Sztuki wojny", od czterech lat wpajający swoim piłkarzom, że „obrona czyni cię niepokonanym, ale jeśli chcesz zwyciężyć, musisz zaatakować", na pewno coś wymyśli. W jego zespole nie ma gwiazd, on je kreuje. Jak mało kto potrafi wznieść zawodników na wyższy poziom.

– On zmienił moje życie. Gdybym spotkał go wcześniej, pewnie byłbym dziś w innym miejscu – przekonuje 32-letni Argentyńczyk Alejandro Gomez, kapitan Atalanty i najlepszy asystent Serie A (16 kluczowych podań). A jego kolega Robin Gosens twierdzi, że u Gasperiniego pracuje trzy razy ciężej niż w Holandii. – Jeśli nie będziesz mieć siły w płucach, nie dasz rady dostosować się do naszego stylu – mówi „Gazzetta dello Sport".

Mecz Atalanty z PSG to starcie Dawida z Goliatem – sam Neymar zarabia więcej niż wszyscy piłkarze z Bergamo. Ale według Gosensa istnieją co najmniej dwa powody, by wierzyć w awans. Pierwszy to fakt, że paryżanie przez pięć miesięcy rozegrali tylko dwa spotkania o stawkę (wygrane z trudem finały Pucharu Francji i Ligi Francuskiej), drugi – że są zlepkiem gwiazd, ale nie tworzą drużyny.

Tyle że klub katarskich szejków zdaje sobie sprawę, iż taka szansa na upragniony triumf może się szybko nie powtórzyć. Nie będzie rewanżów, więc od sukcesu dzielą ich ledwie trzy kroki. W dodatku trafili do teoretycznie słabszej części drabinki. Unikną Bayernu, Barcelony czy Manchesteru City, a jeśli poradzą sobie z Atalantą, w półfinale zmierzą się z RB Lipsk lub Atletico.

Do trzech razy sztuka

Problemów Thomasowi Tuchelowi jednak nie brakuje. Za kartki pauzuje Angel di Maria, a Kylian Mbappe, mimo że wznowił treningi po kontuzji, może nie być gotowy na 90 minut gry.

Co ma jednak powiedzieć Julian Nagelsmann, który przed meczem ze świetnie broniącym Atletico został bez Timo Wernera? Wicekról strzelców Bundesligi porzucił Lipsk dla Londynu (Chelsea).

Sponsorowany przez Red Bulla klub – tak jak Atalanta – w ćwierćfinale jest po raz pierwszy. Ale jego ambicje wykraczają daleko poza krajowe podwórko. Przez cztery lata zdążył już namieszać w Bundeslidze, trzykrotnie był na podium, grał także w finale Pucharu Niemiec. W marcu wyeliminował z Ligi Mistrzów Tottenham. Teraz musi jednak stawić czoło Atletico, które za burtę wyrzuciło broniący tytułu Liverpool. To zdaniem prezesa madryckiego klubu Enrique Cerezo był wystarczający powód, by w razie braku możliwości dokończenia sezonu trofeum przyznać jego zawodnikom.

Na boiska udało się jednak wrócić, a ekipa Diego Simeone będzie miała okazję udowodnić, że na najbardziej pożądany puchar rzeczywiście zasłużyła. W poprzednich sześciu sezonach dwukrotnie była w finale. W 2016 roku przegrała w Mediolanie z Realem po rzutach karnych. Jeszcze bliższa zwycięstwa była dwa lata wcześniej. Od wygranej dzieliły ją sekundy, ale w doliczonym czasie Sergio Ramos doprowadził do dogrywki, w której Królewscy urządzili sobie strzelecki festiwal.

Tamten mecz również odbył się na Estadio da Luz w Lizbonie. Realu w Champions League już nie ma. Ale najpierw trzeba pokonać Lipsk.

TURNIEJ FINAŁOWY W LIZBONIE

>ĆWIERĆFINAŁY

Środa: Atalanta Bergamo – Paris Saint-Germain (Polsat Sport Premium 1)

Czwartek: RB Lipsk – Atletico Madryt (Polsat Sport Premium 1)

Piątek: Barcelona – Bayern Monachium (TVP 2, Polsat Sport Premium 1)

Sobota: Manchester City – Olympique Lyon (TVP 2, Polsat Sport Premium 1)

>PÓŁFINAŁY

18 sierpnia RB Lipsk / Atletico Madryt – Atalanta Bergamo / Paris Saint-Germain (TVP 1, Polsat Sport Premium 1)

19 sierpnia Manchester City / Olympique Lyon – Barcelona / Bayern Monachium (TVP 1, Polsat Sport Premium 1)

>FINAŁ

23 sierpnia (TVP 1, Polsat Sport Premium 1)

Wszystkie mecze o 21.00

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA