fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Błaszczykowski: Zawsze staram się zachowywać normalnie

Shutterstock
Kapitan i współwłaściciel Wisły Kraków Jakub Błaszczykowski o ratowaniu swego klubu, ekstraklasie i grze w Bundeslidze

Pierwszy raz rozmawiam z kimś, kto jest piłkarzem, współwłaścicielem klubu, w którym gra, i członkiem jego władz. Jak się łączy tyle funkcji w jednym ręku?

Trudno, ale to daje człowiekowi napęd. Nigdy wcześniej nie myślałem, że znajdę się w takiej sytuacji. Ona wytworzyła się sama. Skoro podjąłem decyzję o powrocie do Polski i robię to, co obiecałem przed laty – gram w Wiśle, to biorę też za nią odpowiedzialność nie tylko na boisku.

Musiał pan wracać z Bundesligi do ekstraklasy? Nie miał pan poczucia pewnego rodzaju degradacji?

W żadnym wypadku. To był mój wybór. Na poziomie Bundesligi, w Borussii i Wolfsburgu, rozegrałem blisko ćwierć tysiąca meczów. Wiem z Fiorentiny, czym jest Serie A. Mimo że borykałem się z kontuzjami, w wyniku czego grałem rzadziej, jeszcze składano mi propozycje. Do Schalke z Borussii oczywiście nie mogłem odejść z wiadomych powodów. Ale do Fortuny już tak. Miałbym z Dortmundu do Duesseldorfu dwa kroki. Ale nie chciałem. W ogóle nie podjąłem rozmów. Nie brałem też pod uwagę gry w jakimkolwiek innym polskim klubie. Chciałem wrócić do Krakowa.

Nie mógł pan sobie wybrać gorszego momentu na powrót.

Rzeczywiście, jesienią 2018 roku los nie sprzyjał ani Wiśle, ani mnie. Ja walczyłem z kontuzją, a Wisła z materią. W grudniu 2018 przyjechałem na dwa ostatnie mecze, żeby zorientować się w sytuacji. Trwały wtedy próby ratowania klubu przez lokalnych biznesmenów, ale z audytu wynikało, że sytuacja Wisły jest bez wyjścia. Później była jeszcze ta groteskowa sytuacja z inwestorem z Kambodży.

No to skoczył pan na główkę do basenu bez wody.

Na początku 2019 roku szukałem kontaktu do osób mogących wesprzeć ratowanie klubu, jednak udało się spotkać wyłącznie z panami Stanisławem i Darkiem, właścicielami firmy Dasta Invest. Uznaliśmy jednak, że ciężko będzie cokolwiek zrobić. Po tym spotkaniu wróciłem w nocy do domu, powiedziałem żonie o problemach, a ona zachowała się jak zawsze w takich sytuacjach. Powiedziała: „Błaszczur, nie mów, że tak łatwo się poddasz". Postanowiliśmy więc zostać w Krakowie i zrobić coś niemal od nowa. 9 stycznia 2019 roku Wisła zaczynała treningi. Nie mówiąc nic nikomu, przyjechałem i już zostałem.

Został pan i co? Na kogo mógł pan liczyć?

Znałem chłopaków w szatni. Maciek Stolarczyk był wtedy trenerem. Robił wszystko, żeby poziom był jak najwyższy i przez cały najtrudniejszy okres zachowywał się znakomicie, przekonując zawodników, dlaczego warto grać w Wiśle. A przecież piłkarze i trenerzy nie dostawali pieniędzy od sześciu–siedmiu miesięcy.

Sytuacja finansowa klubu była aż tak fatalna?

Szybko się o tym przekonałem. 9 stycznia na treningu pojawili się Jarek Królewski, Rafał Wisłocki i Bogusław Leśnodorski. Żadnego konkretnego planu ratunkowego jednak wtedy nie było. Potrzebne było minimum 4 mln złotych, aby utrzymać jedyny kapitał w klubie, czyli zawodników. Jarek zaproponował, abyśmy wyłożyli te pieniądze. Zgodziliśmy się, że potrzebna jest jeszcze jedna osoba i tak w naszym gronie pojawił się Tomek Jażdżyński, którego notabene poznałem dopiero u notariusza podczas udzielania pożyczek. Tak powstało trio.

Zainwestowaliście własne pieniądze, podejmując ogromne ryzyko...

Musicie jednak mieć dodatkowy kapitał poza tymi czterema milionami.

Musieliśmy mieć i nadal musimy. Kibice Wisły jako społeczność pokazali ogromną siłę. Pierwsza akcja crowdfundingowa, polegająca na sprzedaży akcji, przyniosła w niecałą dobę cztery miliony złotych. Unikalne w skali świata Stowarzyszenie Socios zapewnia klubowi ponad milion złotych rocznie. Do tego zorganizowano wiele akcji przynoszących Wiśle dodatkowe pieniądze. To wszystko świadczy o stosunku kibiców do klubu, z którym się utożsamiają.

Ale Wisła to nie tylko ci prawdziwi kibice, ale i kibolstwo, nieprzynoszące klubowi chwały, kojarzące się z bandytyzmem spod znaku „Miśka". Im się dobrze powodziło za czasów poprzednich władz. Nie usiłowali zachować swoich wpływów?

Na razie nie mieliśmy z tym problemów. Oczywiście, że słyszałem o kłopotach w przeszłości, ale nie mieliśmy niepokojących sygnałów ani tym bardziej żądań.

Pamiętam ze stadionu w Dortmundzie „żółtą ścianę", trybunę za bramką, zajmowaną przez ponad 20 tysięcy kibiców. Czuć było siłę tych ludzi, stojących za klubem...

Tak właśnie jest na każdym niemieckim stadionie. Kibice są fundamentem, na którym buduje się klub. Zresztą nie tylko w Niemczech. Odchodzą trenerzy, piłkarze, sponsorzy, przychodzą kolejni, ale fundament pozostaje. Wychodzę na boisko i gram dla tych ludzi. Tak jest w reprezentacji, tak było na Iduna Park w Dortmundzie i tak samo jest na Reymonta w Krakowie.

Mam wrażenie, że nie pasuje pan do piłki. Zwłaszcza polskiej. Dobrze wiem, że jak ktoś mówi o bezinteresownej pomocy, to zastanawiam się, co on z tego chce mieć...

Dlaczego? Nie ma w piłce uczciwych ludzi? Nie tracę wiary, że są, tym bardziej że widzę ich obok siebie.

Pandemia dużo zmieniła?

Zburzyła nasze plany i pogorszyła sytuację. To szczególnie bolesne, bo my w Wiśle dalej jesteśmy na etapie zarządzania kryzysem. Spłacamy stare długi, ale mamy pomysł, co zrobić. Ważne dla mnie jest ocieplenie relacji z miastem Kraków, na czym bardzo mi zależy. Ze względu na pandemię musieliśmy zmniejszyć uposażenie zawodników i trenerów o połowę. Kierownictwo spółki również zrzekło się części poborów, niestety z wyjątkiem jednej osoby. Mieliśmy też pecha, bo chęć wsparcia Wisły wyrażało dwóch sponsorów, jednak z powodu epidemii musieli się wycofać. To jedna z konsekwencji przeciągających się negocjacji ze stowarzyszeniem TS Wisła, bo sprawa mogła być zamknięta znacznie wcześniej.

Negocjacje ze stowarzyszeniem były trudne?

To jedna z najtrudniejszych i najmniej zrozumiałych dla mnie spraw. Negocjacje były trudne i nie czułem się w nich traktowany poważnie. Nie rozumiem, co miały wnieść wywiady prezesa Rafała Wisłockiego, w których między innymi twierdził, że użył wobec mnie fortelu. Ostatecznie podpisaliśmy umowę na warunkach dla stowarzyszenia gorszych niż proponowaliśmy kilka miesięcy wcześniej, a my w tym czasie straciliśmy kilka milionów złotych. Obydwie strony były na tym stratne.

A co pandemia zmieniła w kwestiach sportowych?

Dla nas przerwa w rozgrywkach nastąpiła w najgorszym możliwym momencie. Byliśmy świetnie przygotowani, seria zwycięstw pozwalała wierzyć, że sezon nie jest jeszcze stracony. Podtrzymuję jednak opinię, że w tamtym momencie przerwa w rozgrywkach była jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Inne myślenie byłoby nieodpowiedzialne. Wtedy nie wiedzieliśmy, z czym mamy do czynienia, a testy i inne środki bezpieczeństwa znacznie bardziej potrzebne były w innych miejscach niż w klubach i lidze. Teraz wpływ wirusa na organizmy jest już znacznie lepiej znany. Dzięki temu mogliśmy bezpiecznie dokończyć sezon. Dla nas było to bardzo kosztowne, ale ważne, że zapadły sportowe rozstrzygnięcia.

Straciliście na wznowieniu sezonu?

Oczywiście. Dla klubu takiego jak Wisła gra bez kibiców to wielkie straty. Ważnym aspektem jest też kwestia wpływów z praw telewizyjnych. Obawialiśmy się, że dokończenie w pełnym wymiarze obecnych rozgrywek może się skończyć niższymi wpływami dla wszystkich klubów w kolejnych sezonach. Niestety, z tego co słyszę, te obawy mogą się potwierdzić. Jeśli tak się stanie, to okaże się, że tylko cztery kluby będą mogły być zadowolone.

Legia wygrała, Wisła uratowała się przed spadkiem, ale o ekstraklasie wciąż mówi się, że jej poziom nie odpowiada nazwie.

Poziom, niestety, nie jest najwyższy, pokazują to chociażby wyniki naszych klubów na arenie międzynarodowej w ostatnich latach. Nie wydaje mi się jednak, że akurat rozszerzenie ligi jest najlepszym sposobem na podniesienie poziomu. Być może lepszym pomysłem byłaby liga złożona z mniejszej liczby klubów, tak aby najlepsi zawodnicy nie rozchodzili się w zbyt wiele miejsc.

Przypadki ligi austriackiej, szwajcarskiej czy szkockiej pokazują, że nie jest to remedium. Poziom lig w tych krajach nie jest zbyt wysoki.

Ale jednak wyższy niż w Polsce. Z reprezentacjami tych krajów Polska miewa problemy, a w rozgrywkach klubowych na ogół z nimi przegrywamy.

Mnie pomysł z osiemnastoma wydaje się lepszy od obecnego, z podziałem na grupy i dodatkową serią siedmiu meczów. Nie wiem też, jak zmiana wpłynie na tak zwanych młodzieżowców, których trzeba włączyć do składu, bo tak stanowi przepis.

Wie pan, ile miałem lat, kiedy pierwszy raz grałem w Wiśle w ekstraklasie i w eliminacjach do Ligi Mistrzów? Dwadzieścia. Nie znalazłem się wtedy na boisku dzięki przepisowi, tylko z innych powodów. Uważam, że jeśli młody zawodnik jest lepszy od konkurentów, to będzie grał i żaden trener nie będzie kierował się przy wyborze składu metryką takiego gracza, tylko jego umiejętnościami.

Jednak dzięki przepisowi kilku młodych zawodników w różnych klubach dostało szansę, a niektórzy ją wykorzystali.

Chwała im za to. Ale proszę popatrzeć na czołowe drużyny. W Legii czy Lechu młodzi piłkarze mają bardzo silne pozycje, bo są dobrzy. Radosław Majecki, Michał Karbownik, Maciej Rosołek zostali mistrzami Polski przed 21. rokiem życia. Nie ma Lecha bez, z grubsza, ich rówieśników: Roberta Gumnego, Kamila Jóźwiaka, Jakuba Modera, Filipa Marchwińskiego, Tymoteusza Puchacza. Żaden przepis nie ma z tym nic wspólnego. Trenerzy nie wstawiają ich na piękne oczy.

Miał pan pewnie takie propozycje, które nie zostały zrealizowane i po latach można powiedzieć: szkoda, może inaczej ułożyłoby się moje życie...

Ale moje życie ułożyło się bardzo dobrze i nie mam na co narzekać. Jedyne, co mi przeszkadzało, to kontuzje.

Wyliczyłem, że gdyby nie one, miałby pan na koncie nie 108 meczów w reprezentacji, a około 120. Ale pewnie mógł pan zagrać w jakimś niezłym klubie i do tego nie doszło. Słyszałem o Liverpoolu i Tottenhamie.

Tottenhamie? Nie pamiętam. Była kiedyś taka poważna propozycja. W roku 2013 na Wembley Borussia rozgrywała z Bayernem finał Ligi Mistrzów. Wcześniej trener Antonio Conte chciał mnie wziąć do Juventusu. Suma odstępnego wynosiła 13 mln euro i Juventus na to się zgodził. Miałem kontrakt na stole. Ale po finale Mario Goetze odszedł z Borussii do Bayernu i Juergen Klopp powiedział: „Chociaż ty mi tego nie rób". Zostałem w Dortmundzie, tym bardziej że bardzo dobrze się tam czuliśmy z rodziną.

A za chwilę Klopp opuścił Borussię...

No, nie od razu. Ale pół roku po tej ofercie zerwałem wiązadła, długo się leczyłem, a po powrocie walczyliśmy o pozostanie w Bundeslidze, gdyż po pierwszej rundzie Borussia zajmowała spadkowe miejsce. Nie tylko się utrzymaliśmy, ale nawet awansowaliśmy do pucharów. Potem jednak Kloppa zastąpił Thomas Tuchel, a ja straciłem miejsce w składzie. Zresztą Klopp chciał mi wtedy pomóc, mam z nim wciąż bardzo dobre relacje. Jesteśmy w kontakcie, niech pan sobie wyobrazi, że on śledzi wyniki ekstraklasy pod kątem Wisły Kraków. Bardzo fajny gość. Spytał mnie tylko kiedyś, dlaczego wszyscy dziennikarze z Polski zadają wciąż te same pytania.

Ja wiem, ale nie powiem. Może pan mi natomiast powie, co dalej z reprezentacją?

Następne pytanie poproszę.

Widzę, że na meczach kadry i wyjazdowych Wisły jest pan przyjmowany w całej Polsce wyjątkowo. Z szacunkiem i sympatią, jak żaden inny piłkarz.

Nie wiem, czy jak żaden inny, ale ja to rzeczywiście widzę i czuję. Nie wyobraża pan sobie, jak to pomaga i mobilizuje. Wydaje mi się, że takie relacje z kibicami zawdzięczam temu, że zawsze staram się zachowywać tak po prostu. Normalnie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA