fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

„Diego": Mały Mozart, który ukradł portfel Anglikowi

materiały prasowe
Mieliśmy prawo sądzić, że o Diego Maradonie nie można już powiedzieć nic nowego. Byliśmy w błędzie.

Film Asifa Kapadii „Diego" zaczyna się od powitania Maradony na Stadionie Świętego Pawła w Neapolu i konferencji prasowej. Po tych doświadczeniach argentyński piłkarz już wiedział, gdzie trafił. Na trybunach zebrało się 75 tysięcy kibiców wierzących, że do Neapolu zstąpił Bóg, który odmieni ich życie i sprawi, że pogardzane we Włoszech miasto stanie się lepsze i ważniejsze od Rzymu oraz bogatej Północy. Konferencja rozpoczęła się od pytania o związki Napoli z mafią, po którym wzburzony prezes Corrado Ferlaino zażądał usunięcia dociekliwego dziennikarza z sali.

Rola Maradony ograniczyła się do pozdrowienia tłumów na stadionie, wygłoszenia jednozdaniowej okolicznościowej formułki, po której kibice wpadli w ekstazę, i kopnięcia w ich kierunku piłki podbijanej wcześniej swobodnie i z gracją.

Maradona nie miał w sobie pokory. Wychowany w miasteczku emigrantów z Włoch i Hiszpanii Villa Fiorito na peryferiach Buenos Aires najpierw musiał walczyć o pozycję wśród rówieśników. Na wsparcie ciężko pracujących rodziców nie mógł liczyć. Czym mógł zaimponować rówieśnikom chłopak równie biedny jak oni? Tylko grą w piłkę.

A kiedy zarabiał już lepiej niż rodzice i mógł spełnić ich marzenia o własnym domu, działacze piłkarscy, którzy na całym świecie są tacy sami, słusznie uznali, że natrafili na żyłę złota, z której należy odłupać dla siebie, ile się da. Maradona z cudownego dziecka żonglującego w przerwach meczów niczym mały Mozart, obwożony przez ojca po europejskich dworach, stał się szybko gwiazdą, nadzieją, ale i towarem.

Kiedy już wyjechał z Buenos Aires do Barcelony, trafił na swojego Herostratesa, który chciał zdobyć sławę, eliminując z gry najlepszego piłkarza świata. Baskijski obrońca Athletic Bilbao Andoni Goicoetxea zaatakował Maradonę tak brutalnie, że piłkarz przez kilka miesięcy musiał się leczyć. Sprawca, mimo że był skutecznym defensorem, przeszedł do historii futbolu jako „Rzeźnik z Bilbao". But, którym zaatakował Argentyńczyka, trafił do muzeum. Wielu widziało w nim narzędzie zbrodni.

Przeprowadzając się do Neapolu, Diego Maradona lepiej nie mógł trafić. Znalazł się w mieście pomiatanym przez wielu Włochów uważających, że przynosi krajowi wstyd, i w klubie, który nigdy nie spełnił swoich ambicji. Kiedy Maradona to zmienił, zyskał status boga, któremu stawia się kapliczki.

Zgubił go brak wykształcenia i narkotyki. Kiedy niemal w pojedynkę wygrywał dla Argentyny mistrzostwo świata w Meksyku (1986), nie mieliśmy świadomości, że ten geniusz, potrafiący przebiec z piłką przy nodze pół boiska pełnego bezradnych Anglików, jest już uzależniony od kokainy. Kiedy wbijał im bramkę ręką, mówił, że to „ręka Boga".

Był symbolem argentyńskiego chłopca z biednej dzielnicy, który musi sobie radzić sam, czasami oszuka, czasami zwędzi ze straganu jabłko. Nieduży, z rozwianymi włosami, w dziurawych butach. Klasyczny pibe – argentyński Gavroche z „Nędzników", mały, nieszkodliwy cwaniak, który – jeśli trzeba – pójdzie na każdą wojnę. Tyle że gdy Maradona dorósł, mentalnie pozostał dzieckiem.

Wzbudza nawet sympatię, kiedy mówi, że strzelenie bramki ręką to viveza – żart z jego podwórka, to „jak wyciągnięcie Anglikowi portfela". Ale kiedy musi się zmierzyć z poważnym życiem, to już nie są żarty. Maradonie udało się zrobić wyjątkową karierę i niechlubnie ją zakończyć. Ale w sumie – jest zwycięzcą. Setkom innych na całym świecie, może równie utalentowanym, nie udaje się dojść nawet do progu sławy z powodu słabej głowy.

Film powinni obejrzeć nie tylko kibice, ale też trenerzy i młodzi sportowcy. Wchodzi na polskie ekrany 19 lipca.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA