fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Vuković: Dużo jest jeszcze do poprawy

PAP, Leszek Szymański
Trener mistrza Polski Aleksandar Vuković: Legia Warszawa do końca lipca musi sprowadzić pięciu–sześciu zawodników.

Co takiego wydarzyło się w tym roku, że Legia zdobyła tytuł? Przed rokiem miała podobny potencjał, a wtedy się nie udało.

W poprzednim sezonie też mogliśmy wygrać. Tak to w piłce jest. Bardzo często o końcowym wyniku decydują szczegóły, czasami niewidoczne dla kibiców. W naszym przypadku potrzebnych było kilka zmian. Zdawałem sobie sprawę, że muszę do nich doprowadzić, licząc się z tym, że jeśli nawet nie wywalczymy mistrzostwa, to przynajmniej wykonam pracę na rzecz swojego następcy.

Brał pan pod uwagę zwolnienie?

Ono jest wpisane w mój zawód. Nie postawiono mi warunku: drużyna nie wygrywa – pan odchodzi. Ale zdawałem sobie sprawę, że jestem pod presją i mogę w pierwszym sezonie samodzielnej pracy nie zdążyć zrealizować swoich planów. Na szczęście wszystko się udało i to nie jest zasługa jednego trenera, ale wszystkich, którzy w Legii mają wpływ na decyzje.

Jakie zmiany były potrzebne, żeby wygrać ligę?

Przede wszystkim drużyna nie była zbalansowana. Za dużo było rozmaitych zaburzeń na boisku i w szatni. Potrzebna była przebudowa pod kątem wieku zawodników, pozycji na boisku, zaangażowania w grę. Czasami do meczu przystępowała drużyna, w której jedenastu zawodników nie rozumiało się ze sobą.

Odnosiłem wrażenie, że nie każdy wiedział, o co gra.

Może nie aż tak, ale rzeczywiście zdarzało się, że niektórzy zawodnicy stawiali sobie nie całkiem takie same wyzwania. Tak łagodnie to określę.

Jest pan pierwszym trenerem od czasów Henninga Berga pracującym w Legii dłużej niż rok. Czy to mogło wpłynąć na poprawę sytuacji?

Nawet na pewno wpłynęło. Jestem wdzięczny prezesowi Dariuszowi Mioduskiemu, że obdarzył mnie zaufaniem, stwarzając możliwości realizowania moich planów. Tak powinno być: właściciel wybiera trenera nie po to, żeby mówić mu, co ma robić, tylko dlatego, że w niego wierzy i mu ufa. Tak dzieje się w naszym przypadku. Jeśli pyta pan o różnice między poprzednim sezonem a obecnym, to należy użyć przede wszystkim jednego, kluczowego słowa: stabilizacja. Ale i praca od podstaw połączona z dbałością o szczegóły.

Można mówić o stabilizacji, zmieniając jednocześnie kadrę i to tuż przed rozpoczęciem rozgrywek lub w ich trakcie?

Oczywiście że można. Jeśli coś nie gra, to należy znaleźć przyczynę i to zmienić, żeby tę stabilizację osiągnąć. A z mojego punktu widzenia stabilizacja oznacza spokojną pracę i współpracę. Wiem, że prezes ma prawo zadać mi pytanie: dlaczego tak, a nie inaczej, ponieważ chce poznać motywy decyzji, a nie ingerować w pracę sztabu szkoleniowego. W Legii zawsze grało się i pracowało pod presją. Ale dzięki panu Mioduskiemu nie mamy poczucia, że siedzimy na rozżarzonych węglach, a ja mogę pracować na własnych zasadach.

My, to znaczy kto?

Dyrektor sportowy Radosław Kucharski i szef skautingu Tomasz Kiełbowicz. Nasza współpraca jest wzorowa. To ekipa, której zależy na zwycięstwach, wszyscy mamy poczucie odpowiedzialności. To jest Legia zwykle stawiana wśród faworytów. Ale jak już wygraliśmy, to nie zadzieramy nosa. Zrobiliśmy tylko to, czego od nas oczekiwano. Nie zawsze się udaje, bo piętnastu przeciwników walczy o to samo.

No, może nie piętnastu, tylko trzech–czterech.

Na początku sezonu jest piętnastu. Na końcu zostają najlepsi. Wygraliśmy, bo spełniliśmy dwa warunki konieczne do sukcesu: wierzyliśmy w siebie i drużynę oraz zachowaliśmy pokorę. Legia jest wielkim klubem z piękną tradycją i to należy szanować. Ale to nie daje nam prawa do myślenia, że wszyscy inni są słabsi i patrzymy na nich z góry. Za dużo jest jeszcze do poprawy, zbyt często zdarzają się nam potknięcia, żeby myśleć o sobie jako absolutnych mistrzach.

Tym bardziej że za chwilę mecze o europejskie puchary, a tu nie mamy dobrych wspomnień i znów nie wiadomo, czego się spodziewać...

Mam poczucie, że ligę wygraliśmy wyraźnie i zasłużenie. Zapewnić sobie tytuł na dwie kolejki przed końcem, mając za przeciwników Piasta, Lecha, Śląsk, Lechię, Cracovię, Jagiellonię i Pogoń, to jest wyraźne zwycięstwo. Ale wszyscy na Łazienkowskiej mamy świadomość, że przed meczami w Europie potrzebne są wzmocnienia. Wszyscy się zbroją. Nawet takie kluby jak porównywalne z Legią Ferencváros Budapeszt czy kazachska Astana. Musimy sprowadzić pięciu–sześciu zawodników i to do końca lipca, żeby mieć kilkanaście dni na wkomponowanie ich do drużyny. A na razie mamy tylko jednego nowego gracza: Filipa Mladenovicia z Lechii. Oprócz niego potrzeba nam jeszcze przynajmniej pięciu. W każdej formacji, poczynając od bramkarza. Nikt z obecnej kadry nie odchodzi. To jest stan na 14 lipca.

Widzi pan w Polsce bramkarza do Legii?

Jeśli nawet widzę, to każdy potencjalny kandydat ma kontrakt i sprowadzenie go na Łazienkowską mogłoby być trudne. Monitorujemy rynek. Dotyczy to wszystkich ewentualnych kandydatów. Radek Kucharski i Tomek Kiełbowicz dobrze to robią. Przykładem ich pracy było sprowadzenie Tomasa Pekharta.

Nie byłoby takiej potrzeby, gdyby Legia nie sprzedała Jarosława Niezgody.

Ale musiała sprzedać. Straciliśmy zawodnika, który gwarantował strzelanie bramek, ale dostaliśmy za niego dobre pieniądze. Miałem z tym problem, bo jesienią gra ataku opierała się na nim. Mój poprzednik Sa Pinto stawiał na parę Carlitos – Sandro Kulenović, a ja na Niezgodę i Jose Kante. Kiedy Jarek zimą odszedł, powstał problem. Sprowadzenie Pekharta stanowiło ryzyko, ale podjęliśmy je. Obserwowaliśmy go od półtora roku, najpierw w Hapoelu Beer Sheva, a potem w Las Palmas. Przyszedł do nas zimą i szybko znalazł swoje miejsce, Czesi to potrafią. Oni poważnie traktują grę. Tomas strzelił pięć ważnych bramek. W dodatku finansowo Legia też na tym transferze dobrze wyszła.

Jarosław Niezgoda czy Sebastian Szymański musieli odejść zgodnie z prawami futbolowego rynku. Ale Arkadiusz Malarz, Miroslav Radović i Michał Kucharczyk już nie. Sami prawdziwi legioniści. Nie żal ich było panu?

Oczywiście że tak, ale nie było innego wyjścia. Kiedy wcześniej wspominałem o konieczności zmian, miałem na myśli również takie. Cała trójka pisała historię Legii i nikt im tego nie odbierze. Ale myślę, że odeszli we właściwym momencie dla siebie i dla nas. Arek chciał jeszcze bronić, więc ewentualne włączenie go w skład naszego sztabu trenerskiego nie wchodziło w grę. Zatrudniliśmy Janka Muchę dopiero, kiedy wiedzieliśmy, że Arek odejdzie. „Kuchy" i „Rado" z mojego punktu widzenia nic więcej Legii by nie dali. Nie byli w stanie mi pomóc. Chodziło też o zmianę hierarchii w szatni.

A fakt, że Radović jest pańskim rodakiem, nie miał znaczenia?

Tylko w kategoriach serbskiej wspólnoty i sentymentów. Przecież to ja jako starszy kolega wprowadzałem Radovicia do Legii. Myśleliśmy o pozostawieniu go w klubie na podobnej zasadzie jak Inakiego Astiza. Jako zawodnika wchodzącego na boisko od czasu do czasu, lecz przede wszystkim mentora dla młodych. Ale „Rado" jest innym typem piłkarza. On musi biegać, i to szybko, a Astiz może nawet stać, bo wie gdzie i kiedy.

Jeśli zdobywa się tytuł, pytania o to, co się nie udało, tracą sens. A co udało się lepiej, niż pan oczekiwał?

A jednak zacznę od pytania, którego nie chce pan zadać. Bardzo liczyłem na Williama Remy'ego. Jego kontuzja i wielomiesięczne leczenie stanowiły problem dla niego i dla mnie. Natomiast największą radością była postawa Michała Karbownika. Debiutował jesienią, wiedziałem, że ma wielki talent, ale nie spodziewałem się, że wykorzysta go tak szybko. A drugą przyjemną niespodzianką jest postawa na środku obrony Igora Lewczuka. Proszę zwrócić uwagę: Karbownik ma 19 lat, a Lewczuk 35.

Zdobył pan z Legią mistrzostwo Polski jako zawodnik i trener. Przed panem uczynili to rodowity warszawiak Edmund Zientara, Jacek Magiera z Częstochowy, a teraz pan – Aleksandar Vuković z Banja Luki.

Zgadza się. Jestem Serbem z Bośni, ale czuję się też warszawiakiem. Mieszkam tu z całą rodziną. Pięcioipółletni syn chodzi do publicznego przedszkola na Ursynowie, a żona zajmuje się w domu dwuipółletnią córką. Dobrze się tu czujemy. A kiedy Legia wygrywa, to już wspaniale.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA