fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Mów mi Lucjan

Lucjan Brychczy
Fotorzepa, Przemek Wierzchowski
Lucjan Brychczy 13 czerwca skończył 85 lat, a teraz mija 65 lat jego gry i pracy dla Legii Warszawa.

Przypominamy tekst z Plusa Minusa z 2014 roku


Nie jestem pewien, ale Brychczy chyba nawet nie ma telefonu komórkowego, nie mówiąc o koncie na Facebooku czy Twitterze. Jest reliktem futbolowego świata, za którym tęsknimy, patrząc, jak dziś grają najlepsi piłkarze w Polsce.

Lucjan Brychczy był na początku lat 50. jednym z najzdolniejszych młodych polskich graczy, więc zagięła na niego parol Legia, czyli CWKS. On był śląskim patriotą, ale z resortem obrony nie było dyskusji. W roku 1954 włożył więc wojskowy mundur, w jaki ubierano w Warszawie dziesiątki sportowców. Oficjalnie – żeby bronili ojczyzny, w razie gdyby odwetowcy z Bonn przyszli nam podpalić dom. Nieoficjalnie – żeby zdobywali dla Legii punkty, medale i puchary. W pierwszym odruchu wszyscy powołani się oburzali, a w drugim cieszyli się, że trafiają do jednego z najlepszych klubów w Europie, w którym można spełnić marzenia.

Kto po dwóch latach służby chciał wrócić do domu – wracał. Na kim Legii zależało, przedstawiała propozycje nie do odrzucenia, żeby został. Na przykład Kazimierzowi Deynie po dwóch latach zmieniono przydział z jednostki lądowej do Gdyni. Bo w marynarce wojennej służba trwała trzy lata. Na Brychczym klubowi zależało, on chciał wracać, więc klub porozmawiał z żoną Brychczego, żeby przekonała męża. I w ten sposób od 60 lat Lucjan Brychczy pracuje przy Łazienkowskiej. Najpierw jako piłkarz, potem i nadal trener, od roku także w roli honorowego prezesa Legii, co się natychmiast kojarzy z Realem Madryt i identyczną funkcją, jaką piastuje tam Alfredo di Stefano.

W połowie lat 50. Legię trenował Węgier Lajos Steiner. To on nazwał Brychczego „Kici", czyli po węgiersku Mały. Gdy wtedy i kilka lat później biegaliśmy na podwórkach za piłką, co drugi z nas chciał być „Kicim". Nikt się nie kiwał tak jak on, nie strzelał takich bramek i nie podawał w lewą, patrząc w prawo. Lub odwrotnie. To był geniusz. Niedościgniony wzór, bliższy nam poprzez tę mizerną posturę. Był niższy od Adama Małysza. Ale skoro ktoś taki może, to znaczyło, że każdy z nas też. Mieliśmy wzorzec metra z Łazienkowskiej.

Brychczy przyłożył rękę (i nogę) do słynnego zwycięstwa Polski na Stadionie Śląskim nad Związkiem Radzieckim. Po meczu z Hiszpanią na tym samym stadionie goście chcieli zabrać go do Madrytu. Na miejscu mieli podjąć decyzję, kto go zatrudni – Real czy Barcelona. Ale w polskich warunkach to było nierealne. Nie wypuszczano z kraju sportowców przed 30. rokiem życia, a przed wojskowymi stawiano dodatkowe przeszkody.

Brychczy grał w Legii aż do roku 1970. Zdobywał z nią tytuły i puchary. Był nauczycielem Kazimierza Deyny i nieformalnym asystentem czeskiego trenera Jaroslava Vejvody. A potem Andrzeja Strejlaua, który chciał go wpuszczać na boisko choćby na pół godziny, żeby uspokoił grę. „Kici" miał wtedy 40 lat i na treningach wygrywał z czynnymi piłkarzami. W Polsce nie wypadało. Ale na wyspie Bali, gdzie nikt go nie znał, jak najbardziej. W towarzyskim meczu Legia przegrywała do przerwy 0:3. Wszedł 40-letni Brychczy i wygrała 4:3.

„Kici" był przekleństwem wszystkim kolejnych generacji bramkarzy Legii, w tym wielu reprezentantów Polski. Kiedy ustawiał piłkę na linii pola karnego, można było mieć pewność, że trafi tam, gdzie będzie chciał. Bramkarze nie wiedzieli, że trening Brychczego polegał m.in. na trafianiu z tej odległości w ręcznik powieszony na poprzeczce. Jeszcze kilka lat temu bramkarz Legii Jan Mucha poprosił swój klub, żeby sprawdził jego młodszego brata, też bramkarza. Brychczy, który miał wtedy około 75 lat, doprowadził chłopaka precyzyjnymi strzałami do takiego stanu, że ten, opuszczając Warszawę, nie zdążył nawet pożegnać się z bratem.

Kiedy miałem lat 12, a mój starszy brat grał w juniorach Legii, chciałem, żeby na trening zabrał naszą żółtą piłkę „węgierkę" i poprosił Brychczego, aby choć raz ją kopnął. To byłaby relikwia. Nie udało się, bo między juniorami a pierwszą drużyną była przepaść. Ale kilkanaście lat później poznałem Brychczego osobiście. Najpierw jako zawodnik drużyny dziennikarskiej w meczu z oldbojami Legii postanowiłem go kryć. Trwałem w tym postanowieniu mniej więcej dwie minuty. W tym czasie Brychczy trzy razy zabrał mi piłkę i dwa razy założył siatkę. Był przy tym tak szybki (15 lat ode mnie starszy), że nawet nie wiedziałem, gdzie go szukać.

O ile do tamtej pory wydawało mi się, że jako tako potrafię grać, o tyle od tamtego popołudnia patrzyłem na siebie bardziej krytycznie. Jakieś trzy lata później spotkaliśmy się jeszcze raz, tym razem w tej samej drużynie. Na stadionie Siergieja Kirowa w Leningradzie graliśmy sobie w podzielonej na dwie drużyny młodzieżowej reprezentacji Polski. W wyniku niezrozumiałego dla mnie zbiegu okoliczności minąłem w pełnym biegu Dariusza Wdowczyka. Wtedy „Kici" powiedział „no, no", co w jego ustach było komplementem równym Nagrodzie Fikusa.

Nie wiedziałem, że będzie ciąg dalszy. Wieczorem w restauracji Europa „Kici" nalał stolicznej ze słowami: „Mów mi Lucjan". I zagryźliśmy czarnym kawiorem. Marzenia spełniały się nawet w Związku Radzieckim, chociaż chyba tylko innostrańcom.

Lucjan Brychczy mieszka od ponad pół wieku w tym samym bloku przy Świętokrzyskiej, z widokiem na Pałac Kultury.

Kilkanaście lat temu w centrum Warszawy łobuzy napadły go, kiedy wychodził z banku. Zabrali mu pieniądze i złamali rękę. Jak się o tym dowiedziała hofta z Łazienkowskiej, za punkt honoru przyjęła znalezienie tych, którzy podnieśli rękę na świętość. Nie udało się, bo to byli podobno przebierańcy, którzy przyjechali do Warszawy na gościnne występy. Gdyby byli stąd – nie odważyliby się. Przecież „Kici" to jest warszawiak. Tyle że urodził się na Śląsku.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA