fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Druga młodość Łukasza Piszczka

Łukasz Piszczek rozegrał w reprezentacji już 54 mecze.
Fotorzepa, Piotr Nowak
Łukasz Piszczek przeżywa drugą młodość i marzy o zakończeniu kariery na mundialu w Rosji.

Piszczek został bohaterem ostatniego meczu reprezentacji, wygranego w Czarnogórze 2:1. To on zdobył decydującą bramkę. Prawy obrońca Borussii Dortmund przeżywa drugą młodość i ma za sobą niezwykle udany sezon w Bundeslidze. Jego klub zdobył Puchar Niemiec, a Piszczek strzelił pięć goli i zaliczył sześć asyst. A przecież kilka lat temu wydawało się, że może przegrać walkę ze zdrowiem i upływającym czasem.

Równie imponująco Piszczek prezentował się w sezonie 2011/2012, gdy poważnie interesował się nim ówczesny trener Realu Madryt Jose Mourinho. Wtedy jednak Polak nie zdecydował się ruszać z Dortmundu. A później pojawiły się poważne problemy ze zdrowiem. – Wróciłem na wysoki poziom, tyle że zwyżka formy zaczęła się już dawno, właściwie od kończących eliminacje Euro 2016 meczów ze Szkocją i Irlandią jesienią 2015 roku gram równo, słabsze mecze zdarzają mi się bardzo rzadko – mówi „Rzeczpospolitej" Piszczek.

Gra na adrenalinie

Wspomina, jak wiosną 2013 roku czekał na operację biodra, występując w wielu meczach (z finałem Ligi Mistrzów włącznie) na zastrzykach przeciwbólowych i marząc tylko o tym, by w końcu sezon się skończył, a on mógł się poddać leczeniu. – Ból znikał, gdy wychodziłem na boisko i zaczynała działać adrenalina. To nie był łatwy okres, ale dzięki niemu przekonałem się, że ból można przezwyciężyć, jeśli ma się cel. Najtrudniej było jednak po operacji i powrocie do treningów. Przyzwyczaiłem siebie i wszystkich do bardzo wysokiego poziomu, oczekiwałem, że natychmiast zacznę grać tak, jak przed operacją. Frustrowałem się, bo ciało nie nadążało. Nie rozumiałem, że czasami zawodnik potrzebuje tyle czasu, by wrócić do formy, ile wcześniej zajęło mu samo leczenie kontuzji. Musiałem sobie z tym jakoś poradzić. Gdybym wtedy nie zdecydował się na współpracę z psychologiem, nie grałbym dziś na takim poziomie. Frustracja narastała, straciłem radość z futbolu. Potrzebowałem czasu, by zrozumieć, że piłka nie jest najważniejsza, że w życiu trzeba czerpać frajdę także z innych rzeczy.

Stroje i piłki z Niemiec

Taką odskocznią i lokatą uczuć stał się dla niego klub, którego jest wychowankiem – LKS Goczałkowice Zdrój. Wiceprezesem drużyny z liczącego blisko 7 tysięcy mieszkańców rodzinnego miasteczka Łukasza jest jego ojciec. Zawodnik Borussi Dortmund kilka lat temu mocno zaangażował się w prowadzenie klubu: przysyła stroje i piłki. Załatwił na stadionie w Goczałkowicach sprzęt telewizyjny, tak by streaming mógł oglądać na ekranie swojego smartfona w Niemczech. Sam jednak zapewnia, że klub nie stał się dla niego formą terapii.

– Z Goczałkowicami wyszło spontanicznie, choć faktycznie klub daje mi olbrzymią satysfakcję. Kilka lat temu piłkarze, z którymi kiedyś trenowałem, wrócili do klubu, właśnie wywalczyli awans do IV ligi. 90 procent zespołu stanowią chłopcy pochodzący z Goczałkowic. Mam nadzieję, że na wyższym poziomie też będzie to funkcjonowało tak dobrze. Zaangażowanie w sprawy klubu mi pomaga, wiem, że nie można stawiać całego życia na jedną kartę. Już dziś myślę o tym, jak zorganizować sobie czas, gdy przestanę grać w piłkę. Chciałbym współpracować z Borussią, mam plany związane z Goczałkowicami. O szczegółach nie chciałbym jednak na razie mówić – opowiada Piszczek i natychmiast dodaje, że stawia sobie kolejne wyzwania i chociaż wie, że LKS nie zagra w ekstraklasie („nie jesteśmy Niecieczą, nie mamy takiego sponsora"), to jednak pracy jest mnóstwo. – Na razie naszym problemem jest infrastruktura, gdy uda się ją poprawić, pomyślimy o szkoleniu młodzieży. To bardzo fajny projekt, byłaby to olbrzymia sprawa, gdyby nam się udało.

Jednak w kwietniu tego roku nie tylko futbol, ale i miłość do klubu z Goczałkowic zeszły na dalszy plan. Piszczek był w autokarze Borussii, gdy ten został zaatakowany przez terrorystę. Wybuch rozbił szyby, ranny został Hiszpan Marc Bartra. Nawet po tylu miesiącach opowiadanie o tamtych chwilach nie przychodzi Piszczkowi łatwo.

Zamach zostaje w głowie

– Kiedy słyszymy o zamachu w telewizji, przeżywamy szok, ale szybko przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Ja dopiero teraz wiem, jak straszne jest to przeżycie. Nikt, kto tego nie doznał, nie będzie w stanie pojąć, jak się czuje człowiek w takiej sytuacji. Co się dzieje w jego głowie. Żeby zrozumieć, jak się wtedy czuliśmy, trzeba było być w tym autobusie. W takim momencie myślisz o sobie i bliskich. Zaczynasz zdawać sobie sprawę, ile możesz stracić... Potrzebowałem tygodnia, by jakoś sobie z tym wszystkim poradzić, był to jeden z najtrudniejszych tygodni w moim życiu. Wciąż dochodziły nowe informacje: jak było to wszystko blisko, co tak naprawdę nam groziło. Zaczynała działać wyobraźnia. Miałem moment, w którym trudno mi było zostać samemu z własnymi myślami. Borussia zaoferowała nam pomoc psychologa, ja rozmawiałem z bliskimi i moim psychologiem sportowym Kamilem Wódką. Znam się z nim dobrze, w tej sytuacji też mi pomógł.

Rozmawialiśmy też dużo między sobą, w szatni. Lekką ulgę poczuliśmy dopiero gdy zamachowiec został schwytany i okazało się, że nie ma on nic wspólnego z tymi wszystkimi strasznymi rzeczami, które dzieją się w Europie. Że to nie jest tak, że terroryści wzięli sobie za cel futbol, tylko to akcja jakiegoś gościa, który chciał pospekulować na giełdzie, zarobić na spadku wartości akcji Borussii. To było ekstremalne przeżycie, nie chciałbym robić z niego tematu tabu, więc o tym rozmawiamy. Ale jednocześnie chciałbym, żeby uszanowano moją prywatność, przeżyłem to, starałem wszystko sobie poukładać. Nie chciałbym zbyt często do tego wracać.

Piszczek w tym sezonie imponował, a Thomas Tuchel nie mógł się go nachwalić. Opowiadał, że to piłkarz, który doskonale rozumie taktykę. Niemal można było odnieść wrażenie, jakby Piszczek był grającym asystentem szkoleniowca. Polak twierdzi jednak, że po zakończeniu kariery nie zamierza zostać trenerem. Że nie jest gotowy na kolejne lata poświęceń i wyrzeczeń. Koncentruje się na zbliżającym się mundialu w Rosji. – W sobotę skończyłem 32 lata. Wieku nie oszukam, zdaję sobie sprawę, że to może być mój ostatni wielki turniej, a nigdy nie grałem na mistrzostwach świata. Dziś jesteśmy na dobrej drodze, ale nic nie jest rozstrzygnięte. Mecz z Rumunią jest szansą, byśmy umocnili się na pierwszym miejscu w grupie. Teraz koncentruję się tylko na sobotnim spotkaniu. Zdaję sobie sprawę, że będziemy oceniani przez pryzmat osiągnięć. Wierzę w awans i chciałbym, żeby turniej w Rosji stał się zwieńczeniem mojej kariery w reprezentacji .

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA