fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Ruud Gullit: Miłość zwyciężyła

Ruud Gullit (z prawej) i Frank Rijkaard – dwaj rastafarianie z Amsterdamu. Razem prowadzili Holandię do mistrzostwa Europy (1988), razem zdobyli z Milanem dwukrotnie z rzędu Puchar Mistrzów (1989, 1990)
AP
Wielki holenderski piłkarz Ruud Gullit o futbolu, apartheidzie, muzyce reggae i niezapomnianej drużynie Milanu.

Rzeczpospolita: Przyjeżdża pan do Polski promować książkę, za chwilę zostanie pan asystentem Dicka Advocaata w reprezentacji Holandii, tymczasem mnóstwo kibiców musi być rozczarowanych, że po zakończeniu kariery Ruud Gullit nie gra muzyki reggae...

Ruud Gullit: Proszę dać spokój, przecież ja tak naprawdę nie potrafiłem śpiewać, nie umiałem grać na żadnym instrumencie... Po prostu kochałem muzykę reggae i jako młody człowiek próbowałem coś tam grać, ale żaden ze mnie muzyk. Inna sprawa, że reggae swoją wielką bitwę wygrało. Nie było już potrzeby istnienia takiego zespołu jak Revelation Time, z którym współpracowałem.

Mówiąc o wygranej bitwie, ma pan na myśli zniesienie apartheidu w RPA?

Tak, miłość w końcu zwyciężyła. A reggae było zawsze muzyką buntu i niosło ze sobą bardzo mocny przekaz polityczny oraz społeczny. Miało ogromny wpływ na kształtowanie politycznej świadomości młodych ludzi, ich wrażliwości na krzywdę. Nelson Mandela wyszedł z więzienia, został prezydentem, apartheid został obalony, więc nie było już o co walczyć... Przynajmniej dla nas, bo oczywiście nierówności społeczne w Afryce i innych miejscach świata też wymagają muzyki buntu. Ale nasza bitwa, jako Revelation Time, została wygrana.

Dlaczego skoncentrowaliście się na walce z apartheidem?

Dlatego, że jestem z Holandii, a moje pokolenie było przepełnione poczuciem winy za to, co Holendrzy zrobili w Republice Południowej Afryki. Dla nas apartheid był ważną sprawą i uważaliśmy, że trzeba z nim walczyć, wspierać African National Congress w przejęciu władzy. W Holandii, w przeciwieństwie do wielu innych krajów Europy, sytuacja w RPA była bardzo szeroko dyskutowana.

W czarnoskórej społeczności?

Nie tylko, wielu białych wspierało walkę z apartheidem. Artyści w moim pokoleniu grali muzykę sprzeciwu wobec segregacji rasowej w RPA. Radio i telewizja pełne były manifestów. Scena reggae bardzo mocno się zaangażowała, a ja razem z nią. Nie byłem wtedy jeszcze tak sławnym piłkarzem, choć w Holandii już mnie rozpoznawano. Pamiętam, że na początku podchodzili do mnie ludzie z RPA i powtarzali: „Ruud, jeśli naprawdę chcesz dla nas coś zrobić, toczyć naszą walkę, po prostu graj jak najlepiej w piłkę. Nic więcej. Nie angażuj się w polityczne historie, nie daj się wykorzystać, po prostu graj jak umiesz najlepiej, a tym będziesz rozsławiał naszą walkę. Im lepszy będziesz na boisku, tym więcej ludzi będzie się interesować naszą sprawą". Ale jednak w 1988 roku nagraliśmy z Revelation Time piosenkę pod tytułem „South Africa".

A później, w tym samym roku, zadedykował pan Nelsonowi Mandeli Złotą Piłkę przyznawaną dla najlepszego zawodnika Europy przez magazyn „France Football"...

Czułem ogromną wewnętrzną potrzebę, by tak postąpić. Szczerze mówiąc, zupełnie się nie spodziewałem, że to się odbije tak szerokim echem. Tymczasem wyszło inaczej i sprawa trafiła na czołówki gazet. We Włoszech wtedy, a byłem już zawodnikiem Milanu, apartheid w ogóle nie był tematem, nikt się nim nie zajmował, mnóstwo osób nawet nie miało pojęcia, kim jest Mandela, który przecież siedział wtedy w więzieniu na Robben Island. I nagle wszyscy we Włoszech zaczęli się interesować sytuacją polityczną w RPA. Media zaczęły pisać o Mandeli. To była gigantyczna fala uwagi – prawdziwe tsunami.

Wielka moc futbolu.

Zdałem sobie sprawę z tego wszystkiego tak naprawdę dopiero później. A najbardziej, gdy Mandela wyszedł z więzienia, został prezydentem RPA i zaprosił mnie do Afryki. Odznaczył mnie orderem, ale nie medal dał mi najwięcej do myślenia. Mandela powiedział mi wtedy: „Ruud, teraz, gdy jestem prezydentem, mam mnóstwo przyjaciół. Ale wtedy, gdy siedziałem w więzieniu, byłeś jednym z bardzo niewielu". Opowiadał mi, że gdy informacja dotarła do osadzonych na Robben Island, radość była gigantyczna. Wspomniał, że jedynym, czego się bali, było to, że reżim doprowadzi do odebrania mi Złotej Piłki. Co także pokazuje, w jakiej paranoi i strachu oni żyli za kratami, bo przecież reżim w RPA nie mógł mieć wpływu na decyzję francuskiego magazynu. A oni się naprawdę tego bali. Gdy opowiadał mi o tym, miałem ciarki i gęsią skórę na całym ciele.

FIFA niedawno uznała, że wygrała walkę z rasizmem, i rozwiązała dział, który się tym zajmował.

To przedziwna historia i szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co powiedzieć. FIFA została za to bardzo mocno w niektórych kręgach skrytykowana. A dosłownie chwilę później mieliśmy sytuację we Włoszech, gdy obrażany rasistowsko przez kibiców Cagliari pomocnik z Ghany grający w Pescarze, Sulley Muntari, zatrzymał grę, podszedł do sędziego i domagał się interwencji. Dostał za to czerwoną kartkę! To skandal, jakich mało i jakiego dawno nie było. A FIFA twierdzi, że poradziła sobie z rasizmem...

Doświadczył pan rasistowskiego traktowania jako piłkarz?

Oczywiście, że tak. Tyle że wtedy czułem, iż mnie obrażają i wygwizdują, wydają małpie odgłosy, dlatego, że jestem tak dobry, że tak naprawdę nie chodzi im o mój kolor skóry, ale po prostu kibice rywali się mnie bali. Wtedy nie traktowałem tego jako przejaw rasizmu, pewnie nie miałem racji. Ale faktycznie kibice, którzy mnie obrażali, powodowali, że grałem jeszcze lepiej. Byłem przyzwyczajony do tego, gdy dorastałem, byłem często jedynym czarnoskórym w zespole, w którym grałem...

W Holandii?

Tak. Pochodzę z pierwszego pokolenia, które urodziło się w Holandii, ale nasi ojcowie byli imigrantami, którzy przyjechali do Amsterdamu. Imigrant zresztą nie jest najlepszym słowem, bo Surinam był holenderską kolonią, a do 1975 roku częścią Królestwa Niderlandów. Gdy dorastałem, aż tak wielu czarnych nie było w Holandii. W szkole byłem jedynym czarnoskórym. Zawsze więc się wyróżniałem, a kibice zwracali na mnie szczególną uwagę. Skoro tak na mnie patrzyli, musiałem po prostu dobrze grać, musiałem być lepszy od reszty.

W 1997 roku jako grający trener zdobył pan z Chelsea Puchar Anglii. Do dziś jest pan jedynym czarnoskórym trenerem, który zdobył trofeum w angielskiej piłce...

Wiem o tym i jest to faktycznie szokujące. Pokazuje, jak mało czarnych dostaje szansę zostania trenerami. Żeby było jasne – nie uważam, że komukolwiek coś się należy z powodu koloru skóry. Nie, to jest odwrotna dyskryminacja i coś takiego nie powinno mieć miejsca. Ale chcę, by dobry czarnoskóry dostał chociaż szansę, a to jest problem, bo najczęściej nie dostaje. Czarnoskórzy trenerzy nie mają nawet szansy pójścia na rozmowę kwalifikacyjną. W USA trochę się zmieniło pod tym względem, w futbol tam angażuje się coraz więcej czarnych trenerów. A w Anglii i reszcie Europy nikt ich nie dostrzega. Zresztą, o czym my mówimy, popatrzmy na afrykańskie reprezentacje, tam też większość selekcjonerów to biali.

Czym jest sexy futbol?

Użyłem tego terminu tylko raz, gdy zobaczyłem Portugalię na Euro '96 w Anglii, a od tamtej pory ta fraza mnie prześladuje...

Nie lubi pan tego terminu? Ja uwielbiam...

Bardzo lubię, ale naprawdę użyłem go raz w życiu. Sexy futbol to styl grania w specjalny sposób. Gdy piłkarze trochę się popisują, trochę uprawiają sztukę, a zespół jako całość nie dąży za wszelką cenę do dominacji, nie jest opętany taktyką. Sexy futbol jest wtedy, gdy daje się też przeciwnikowi pograć, jednocześnie będąc przekonanym, że samemu jest się lepszym. Real Madryt gra sexy futbol – na zasadzie: „Strzeliliście gola? Dobra, to my wam strzelimy dwa albo trzy". Barcelona w najlepszych czasach to była maszyna. Nie zostawiali przeciwnikom miejsca. Barcelona chciała zawsze zdominować rywala. Natomiast sexy futbol to trochę zabawa, taka gra wstępna.

Pan był sexy piłkarzem?

Nie byłem. Nie miałem nigdy tyle luzu, tyle stylu, co zawodnicy najbardziej sexy.

Kto był sexy?

Zinedine Zidane. To, co robił, było trochę łobuzerskie, trochę pod publiczkę, ale jednak przepiękne i skuteczne. George Weah, o tak... ten to miał styl. Niepodrabialny. Był cholernie sexy piłkarzem. Francesco Totti też miał to coś.

Milanowi jako ostatniej drużynie udało się obronić Puchar Mistrzów. Zespół w którym pan grał, zwyciężał w roku 1989 i 1990 pod wodzą Arrigo Sacchiego. Przez 27 lat nikt tego nie powtórzył, w sobotę przed szansą stanie Real Madryt.

I dlatego mam nadzieję, że Juventus wygra w finale. Chciałbym dalej móc mówić o sobie i swoich kolegach, że jesteśmy ostatnimi, którym się udało. Ale uważam, że Juve ma duże szanse. To zespół, który potrafi obie kluczowe rzeczy w piłce – grać świetnie w ataku i znakomicie się bronić. Potrafią być cierpliwi, irytują rywali.

Ale jeśli Real obroni trofeum, czy to spowoduje, że drużyna Zidane'a będzie wymieniana obok waszego wielkiego Milanu, Ajaxu Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa, Bayernu Franza Beckenbauera i Barcelony Josepa Guardioli? Czy będzie jedną z drużyn wszech czasów?

To wspaniały zespół, ale teraz zdobyli mistrzostwo pierwszy raz od dawna. Z nami było zresztą podobnie. W pierwszym sezonie zostaliśmy mistrzami Włoch, ale później przez jakiś czas nie potrafiliśmy wygrać scudetto. Jednak nasz Milan to było coś wyjątkowego. Po pierwsze dlatego, że byliśmy bardzo utalentowani, a po drugie dlatego, że traktowaliśmy grę bardzo poważnie. U Sacchiego trzeba było ciężko pracować. Zresztą później, u Fabio Capello – podobnie. Rywalizowaliśmy w najlepszej wówczas lidze świata, bo taka była Serie A przełomu lat 80. i 90., gdzie grali zdecydowanie najlepsi obrońcy i samo zdobycie gola było osiągnięciem. Nasza drużyna była czymś wyjątkowym.

Ruud Gullit był w Polsce w związku z promocją swojej autobiografii „Ruud Gullit. Jak oglądać piłkę nożną" opublikowanej w wydawnictwie SQN.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA