fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Kosowski: To był czas na przemyślenia

Reporter
Były reprezentant Polski, dziś komentator futbolu, Kamil Kosowski o tym, jaka Ekstraklasa wróci pod koniec maja.

Na powrót Ekstraklasy czeka pan z nadzieją czy z obawami?

Powiedziałbym raczej, że z utęsknieniem. Choć też nie wiem, czy to odpowiednie słowo, jeśli chodzi o naszą ligę. Tęsknię za piłką nożną. Dwa miesiące to bardzo długo, skupialiśmy się w tym czasie na zupełnie innych rzeczach, ale wiadomość, że Ekstraklasa wraca – wcześniej niż Premier League – była pozytywna.

Ten futbol będzie inny: bez kibiców, na boisku emocjonalnie ostrożny. Czy w takich okolicznościach głównym celem nie stanie się po prostu dokończenie sezonu?

W walce o mistrzostwo i utrzymanie emocje będą na pewno. Ale ci, którym nie grożą puchary ani spadek, przypuszczam, że będą starali się po prostu przeżyć bez większej presji. Oczywiście kluby dostają pieniądze w zależności od miejsca na koniec sezonu, ale dla zawodników to, czy zajmą pozycję szóstą, siódmą czy ósmą, nie ma takiego znaczenia. Chyba że wiąże się z tym dodatkowe wynagrodzenie. 20 lat temu w Wiśle Kraków mieliśmy premie tylko za mistrzostwo Polski. Gdybyśmy skończyli na drugim miejscu, żadnych pieniędzy byśmy nie zobaczyli. Teraz panują inne zasady, piłkarze premiowani są praktycznie za wszystko.

Wielką niewiadomą jest ich forma, to, jak potraktowali czas spędzony w domach...

Biorąc pod uwagę, że do końca sezonu pozostało 11 kolejek, nie sądzę, żeby ta przerwa sprawiła jakieś wielkie problemy. Czeka nas w zasadzie 40 dni intensywnego wysiłku. Nie było mowy o żadnych okresach przygotowawczych, chodziło raczej o podtrzymanie sprawności. Mam nadzieję, że przynajmniej w pierwszych meczach wszyscy będą tryskać energią i obejrzymy ciekawe spotkania. Inaczej niż po zimowych zgrupowaniach, kiedy drużyny przez trzy, cztery pierwsze kolejki nie potrafią złapać rytmu, wyglądają na – mówiąc kolokwialnie – zajechane i mają kłopoty z utrzymaniem uwagi widza. Wyścig o tytuł jeszcze się nie skończył, ale bardziej interesująco zapowiada się walka na dole tabeli. Jest Raków, który znajdował się na fali wznoszącej i gdyby nie pandemia, byłby pewnie w pierwszej ósemce, jest Górnik, który będzie chciał przypieczętować utrzymanie. Arka ma nowego właściciela i trenera, Korona duże kłopoty i chyba z 20 piłkarzy, którym kończą się kontrakty. Ale największym przegranym może się okazać Wisła Kraków. Mogła sądzić, że uciekła spod topora, że jest na bezpiecznym miejscu, a teraz będzie musiała sobie radzić bez fantastycznych kibiców i wpływów z dni meczowych.

Czy Wisłę koronawirus dotknie najbardziej?

O poziom sportowy się nie martwię. Wszyscy zawodnicy są dziś na bieżąco kontrolowani, odbywają treningi online. Problemem będzie jednak brak wsparcia publiczności. Zmiany właścicielskie to pozytywna informacja. Ale prowadzenie klubu nie jest łatwym kawałkiem chleba. Trójkę właścicieli czeka ogrom pracy. Wisła ma długi, ale przynajmniej wyjaśnione zostały kwestie praw do herbu i wizerunku. Gdyby zgłosił się jakiś kontrahent, będzie wiedział, na czym stoi: ile kosztuje utrzymanie drużyny, stadionu czy może sprzedawać pamiątki. Warto podkreślić, że pomogli nie tylko ludzie z Krakowa, także związani z Legią jak Bogusław Leśnodorski. Należą się im za to wyrazy szacunku. Udowodnili, że znają się na swojej pracy. Pokazali, jaki potencjał drzemie w tym klubie.

Zamykające tabelę ŁKS i Arka wymieniły trenerów. To był dobry moment na zmiany?

Domyślam się, że pyta pan dlatego, iż zaskoczeniem dla wszystkich było zwolnienie Kazia Moskala przez ŁKS. Nie znam powodów. Zastanawiam się, czy nie jest to szykowanie fundamentów pod następny sezon – już w pierwszej lidze, bo szansę na utrzymanie są minimalne. Mają kilku zawodników z potencjałem, których za chwilę pewnie sprzedadzą. Zatrudnienie Wojciecha Stawowego odczytuję jako przygotowywanie zespołu na powrót do Ekstraklasy. Współpracował już wcześniej z dyrektorem sportowym Krzyśkiem Przytułą. Jeżeli chodzi o Arkę, to sytuacja jest dla mnie jasna. Myślałem co prawda, że posadę otrzyma trener Leszek Ojrzyński, wydawał się naturalnym kandydatem, ale klub przejęła rodzina pana Jarosława Kołakowskiego i zdecydowano się powierzyć tę funkcję Ireneuszowi Mamrotowi. To trener, którego nie trzeba przedstawiać. Czasu na poznanie drużyny, dokonanie ewentualnych korekt w składzie i taktyce ma mało. Ale to nie jest mission impossible.

Gdy agent piłkarski przejmuje klub, pojawiają się obawy o nadużycia, wykorzystywanie klubu do własnych interesów. Wierzy pan, że w Gdyni będzie inaczej i powstanie polskie Wolverhampton?

Na ten przykład z Premier League powołałem się w swoim felietonie w „Przeglądzie Sportowym". Nie jestem nastawiony do takich projektów negatywnie. Uważam, że pan Kołakowski nie musi wcale zaszkodzić, wręcz przeciwnie – może bardzo pomóc. Pytanie, jak będą się układały relacje między nim a szkoleniowcem i zawodnikami. Nie sądzę, by ingerował w pracę trenera, ustalał mu skład. Na miejscu piłkarzy, gdybym za szefa miał tak prężnie działającego menedżera, chciałbym pokazać się z jak najlepszej strony i liczył na duży transfer. Sam jestem ciekaw, jak to będzie wyglądało. Kibicuję temu projektowi.

Na razie w Gdyni jest optymizm i ulga, bo poprzedni właściciel zostawił Arkę z długami i w strefie spadkowej...

Widzi pan, zamiast rozmawiać o jakości naszych zespołów, mówimy o tym, kto ile ma długu, dlaczego nie zapłacił i kiedy ureguluje należności. To są rzeczy, którymi w kontekście Ekstraklasy nie powinniśmy się w ogóle zajmować.

Skoro wywołał pan temat poziomu ligi, na który często narzekamy – może koronawirus będzie szansą dla polskiego futbolu i zaczną się zmiany na lepsze?

Sam główkuję nad tym, co w tym kryzysie zrobić, szukam szansy na zabezpieczenie swojej emerytury. Ale wracając do Ekstraklasy, mam nadzieję, że dla prezesów i dyrektorów sportowych klubów, dla prezesa PZPN i ludzi z Ekstraklasy te dwa miesiące były czasem owocnych przemyśleń. Być może sprawdziłby się u nas model holenderski. Pisałem już o tym w swoich felietonach. Może powinno grać więcej młodych Polaków, może wprowadzić minimalne wynagrodzenie dla obcokrajowców, by kluby same się zastanowiły, czy lepiej opłacać drogiego cudzoziemca, czy przeznaczyć tę kwotę na kilku perspektywicznych chłopaków. Jestem pewny, że taka myśl przewinęła się przez głowę każdemu szefowi klubu Ekstraklasy.

Koronawirus zweryfikuje, jak kluby były zarządzane?

Takie analizy i porównania byłyby wymierne, gdyby wszystkie kluby były wspierane przez miasta albo gdyby wszystkie miały prywatnych właścicieli. Sam mam znajomego, który jest kibicem Wisły i w pewnym momencie chciał się mocno zaangażować w pomoc klubowi. Rozmowa była jednak krótka: „Kamil, dam 50 mln, to w Zabrzu ktoś da 100, a w Lubinie – 200. Piłkarza skusi trzy razy większą pensją, bo nie finansowaną z prywatnych pieniędzy, tylko z budżetu miasta czy spółki Skarbu Państwa. Jak mam z takimi ludźmi rywalizować?". To temat rzeka. Każdy z klubów, niezależnie od źródła finansowania, powinien mieć określoną strategię i konkretne cele: piąte miejsce, trzecie, gra w europejskich pucharach. A u nas większość mówi, że interesuje ją utrzymanie.

Piłkarze muszą zejść na ziemię i się przyzwyczaić, że kluby nie będą im już tak hojnie płacić?

Ciężko mi o tym mówić, bo sam grałem w piłkę. Nie lubię zaglądać nikomu do portfela. Nie chciałbym opowiadać, że zawodnicy są przepłacani. Jeżeli ktoś jest w stanie spełnić ich oczekiwania, to podpisują umowę. Nasze kluby – zaczynając od Legii, a kończąc na ŁKS – płacą bardzo dużo w porównaniu z innymi europejskimi ligami na podobnym poziomie. Nie wiem, co by było, gdyby zawodnikom zaproponowano nagle niższe kontrakty i oni nie zgodziliby się ich zaakceptować. Jestem ciekawy, gdzie znaleźliby pracę. Za granicą musieliby się natrudzić, by kogoś przekonać, że zasługują na zarobki na poziomie 100 czy 200 tys. euro.

Nie wszyscy piłkarze Ekstraklasy byli gotowi przystać na obniżkę pensji na czas zawieszenia rozgrywek...

To sprawa wielowątkowa. W tle przewijały się zaległości w wypłatach i podobne historie, każdy przypadek trzeba traktować indywidualnie. Szefowie klubów mieli jednak okazję, by zdobyć większą wiedzę na temat ludzi, których zatrudniają. W kryzysowej sytuacji mogli zobaczyć, jak identyfikują się z klubem oraz drużyną. I na pewno wyciągną z tego wnioski.

Legia ma osiem punktów przewagi nad Piastem. Może już świętować odzyskanie tytułu?

Zostały 33 punkty do zdobycia, więc to nie będzie taka kaszka z mleczkiem. Wydawało mi się, że Legia zdemoluje konkurencję. Tak się nie stało, ale w pewnym momencie rzeczywiście złapała rytm i jest głównym kandydatem do mistrzostwa. Ma największe pieniądze, ale też największe potrzeby. Buduje akademię, inwestuje. Kolejny rok bez europejskich pucharów byłby dla niej bardzo ciężki. Tym bardziej że do końca sezonu nie będzie kibiców i nie wiemy, kiedy wrócą na stadiony. Przed pandemią i Piast, i Lech prezentowały poziom, który mógł gwarantować skuteczny pościg. Legii zdarzają się wpadki, ale ma znakomitego trenera od przygotowania fizycznego Łukasza Bortnika.

Wszystkim klubom powinno zależeć na tym, by pokazać się z dobrej strony, bo Ekstraklasa szuka nowych kibiców i chce się promować za granicą.

Na bezrybiu i rak ryba. Liga białoruska też się sprzedawała. Moim zdaniem, pomijając to, co się dzieje na boisku, nasza Ekstraklasa na tle podobnych nam lig wypada o wiele lepiej. To zdecydowanie inny produkt, świetnie opakowany i pokazany, z superstadionami. Już się nie mogę doczekać, kiedy znów będę komentować mecze. Pracy będzie sporo, bo do powrotu szykują się również inne ligi. Bardzo się z tego cieszę. Jako piłkarz Wisły przez dwa, trzy sezony z rzędu grałem praktycznie co trzy dni. I był to piękny czas.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA