fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Atletico - Real: Sami pianiści

James Rodriguez (z lewej) oraz Isco strzelili dla Realu w tym sezonie 21 goli i zanotowali 20 asyst. Żaden nie jest podstawowym zawodnikiem.
AFP
Dziś rewanż Atletico – Real. Zagrają gwiazdy, ale także ławka rezerwowych w zespole Królewskich robi wrażenie. Równie mocnej nie ma nikt.

Zachwyty nad zespołem Zinedine'a Zidane'a zdają się nie mieć końca, Real jest na najlepszej drodze do mistrzostwa Hiszpanii, a po zwycięstwie w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów z Atletico Madryt 3:0 i hat-tricku Cristiano Ronaldo – jedną nogą w finale. Drużyna Zidane'a dla wielu ekspertów jest tym zespołem, który w końcu – po 25 latach – jako pierwszy obroni tytuł w Lidze Mistrzów.

Gdyby tak faktycznie się stało, głosy, że to najlepszy Real w historii, przybiorą na sile. Ale zespół Zidane'a z pewnością drużyną wszech czasów w przebogatej historii Królewskich nie jest. Natomiast można uznać, że francuski trener dysponuje najmocniejszą kadrą w historii tego klubu.

W czasach, gdy Real sięgał pięć razy z rzędu po Puchar Mistrzów (1956–1960), a w ataku spustoszenie siał Alfredo Di Stefano z Francisco Gento, do których później dołączył Raymond Kopa i przede wszystkim Ferenc Puskas, w klubie nie było tylu znakomitych zawodników. Podstawowy powód jest prozaiczny: zmian w trakcie spotkania można dokonywać w piłce nożnej dopiero od 1965 roku, gdy w ligach angielskiej i szkockiej wprowadzono taką regułę.

Przez pierwsze dwa lata obowiązywania nowego systemu można było zresztą dokonywać tylko jednej zmiany i to wyłącznie w przypadku, gdy zawodnik z pierwszej jedenastki doznał kontuzji. Zmiany taktyczne umożliwiono dopiero w sezonie 1967/1968, a na mistrzostwach świata w 1970 roku w Meksyku.

Siłą rzeczy, gdy Real stawał się pierwszą superpotęgą w historii futbolu, nie musiał mieć tak szerokiej kadry – grali piłkarze z podstawowej jedenastki, plus tych kilku zawodników, którzy pojawiali się w przypadku kontuzji gwiazd. Oprócz tego w tamtych czasach futbol nie był jeszcze skomercjalizowanym do granic rozsądku show biznesem. Real sprowadzał wielkie gwiazdy, jak Di Stefano, który przyszedł z ligi kolumbijskiej, czy Puskas, który uciekł z komunistycznych Węgier i musiał odcierpieć dwuletnią karę nałożoną przez UEFA, zanim założył białą koszulkę, ale pozostali zawodnicy to byli raczej lokalni chłopcy albo piłkarze pozyskani z innych ligowych drużyn – żadne gwiazdy.

Zwycięzca pięciu Pucharów Mistrzów, bramkarz Juan Alonso, zaledwie dwa razy wystąpił w reprezentacji Hiszpanii. Cztery triumfy ma na koncie skrzydłowy Jose Iglesias Fernandez znany jako Joselito – koszulkę kadry założył tylko raz. Tak samo jak Ramon Marsal Ribo, który musiał przedwcześnie skończyć karierę i zająć się normalną pracą.

Gdy na początku lat 60. mieszkańcy Madrytu wzywali hydraulika, istniała szansa, że zlew będzie im przetykał zdobywca pierwszego w historii Pucharu Mistrzów.

Bill Shankly – legendarny trener Liverpoolu – powiedział kiedyś: „W drużynie piłkarskiej potrzebujesz ośmiu facetów, którzy będą nosić pianino, i trzech, którzy potrafią na tym cholerstwie zagrać". I tak przez lata faktycznie budowano te drużyny. Do dziś, gdy najbogatsze kluby mogą sobie pozwolić na kadry naszpikowane gwiazdorami.

Kolejne tytuły zdobywał Real dopiero gdy ideę Galacticos wcielił w życie prezes Florentino Perez. Pomysł był prosty – kupować najwspanialszych piłkarzy, a do pomocy dorzucić im wychowanków. Tamtą taktykę ochrzczono mianem „Zidanes y Pavones" od nazwisk wielkiego Zidane'a i wychowanka Francisco Pavona, stopera, którego gablota z trofeami jest godna pozazdroszczenia: Liga Mistrzów, Puchar Interkontynentalny, dwa mistrzostwa Hiszpanii. Ale gdy musiał on odejść z Realu, nie zrobił oszałamiającej kariery ani w Realu Saragossa, ani we francuskim AC Arles, i już nigdy o podium nawet się nie otarł. W reprezentacji też nigdy nie zagrał.

Obok Pavona występowały takie tuzy, jak Ivan Campo (po Realu angielskie średniaki Bolton oraz Ipswich, a także AEK Larnaka z Cypru) czy Javier Portillo (m.in: Club Brugge, Osasuna czy Hercules Alicante).

Dziś Zidane ma do dyspozycji takich zawodników, że każdy trener, ze szkoleniowcem dzisiejszego rywala Atletico Diego Simeone na czele, może mu tylko zazdrościć.

Francuz oszczędzał podstawowych piłkarzy – w weekend z Granadą (4:0) zagrali zmiennicy. Po dwie bramki zdobyli reprezentant Hiszpanii Alvaro Morata oraz reprezentant Kolumbii, odkrycie mistrzostw świata 2014, za którego Real zapłacił 75 (!) milionów euro – James Rodriguez.

Isco ostatnio występuje w pierwszym składzie, ale tylko z powodu kontuzji Garetha Bale'a, co zresztą kibice polubili – na tle Walijczyka wychowanek Malagi wygląda jak zawodnik z innej galaktyki: drybling, wizja, fantazja. Z ławki wchodzą Marco Asensio (już jest po debiucie w reprezentacji Hiszpanii), chorwacki kadrowicz Mateo Kovacić, a w zależności od formy i urazów mistrz Europy Portugalczyk Pepe albo reprezentant Francji Raphael Varane.

Siła ławki Realu ma też potwierdzenie w liczbach – piłkarze, którzy wchodzili na boisko, strzelili dla Królewskich w tym sezonie 39 goli i zaliczyli 26 asyst. Dla porównania: liczby rezerwowych Barcelony to 18 bramek i 11 ostatnich podań. Nie ma takiej drugiej siły w Europie, jak Real. ©?

Transmisja Atletico – Real o 20.45 w Canal+

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA