fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Buffon: Bramkarz, który łączy

Gianluigi Buffon, 39 lat, mistrz świata (2006) i wicemistrz Europy (2012), siedmiokrotny mistrz Włoch z Juventusem, zdobywca Pucharu UEFA z Parmą (1999).
AFP
Do szczęścia brakuje mu tylko wygranej w Lidze Mistrzów. Czy za miesiąc wzniesie puchar w Cardiff? Pierwszy krok ku temu w środę: półfinał Monaco – Juventus.

– Nie wierzyłem, że nie stracimy gola na Camp Nou – przyznał po ćwierćfinałach Gianluigi Buffon. Jego Juventus Turyn w dwumeczu zwyciężył 3:0. To była słodka zemsta za porażkę sprzed dwóch lat. Porażkę, która znów stanęła Buffonowi na przeszkodzie do wygrania Champions League.

W finałach bronił dwa razy. W 2003 roku zabrakło niewiele, o triumfie Milanu przesądziły rzuty karne. Dwa lata temu Barcelona nie dała Starej Damie żadnych szans. Dziś Juve to już zupełnie inny zespół. Wciąż świetny w defensywie (tylko dwa stracone gole w LM!), ale równie solidny i groźny w ataku.

– Każdemu są w stanie narzucić własny styl. Upatruję w nich faworyta – mówi „Rzeczpospolitej" Andrzej Dawidziuk, były trener bramkarzy reprezentacji Polski (obecnie Lech Poznań). – Buffonowi życzę, żeby wreszcie zdobył i to trofeum. Nie wiem, czy to ma dla niego aż takie znaczenie, ale byłoby to fantastyczne zwieńczenie kariery, która może być przykładem nie tylko dla młodych zawodników.

Przy transferze z Parmy do Turynu zapłacono za niego ponad 50 mln euro – jak na bramkarza kwotę do dziś rekordową. – Szybko okazało się, że nie były to zmarnowane pieniądze – wspomina Dawidziuk.

Maradona bramki

Buffon, który w styczniu skończył 39 lat, związał się z Juventusem na dobre i na złe. Jako jeden z nielicznych nie opuścił drużyny po karnej relegacji do Serie B za korupcję (sam był w gronie podejrzanych, ale oczyszczono go z zarzutów), choć jako mistrz świata mógłby przebierać w ofertach. Został i budował swój pomnik. Koledzy z zespołu powiedzieli kiedyś, że jest Maradoną bramki. Andrea Pirlo twierdzi, że nie widzi u niego słabych punktów.

– Zawsze imponował sprawnością fizyczną, interwencjami na linii bramkowej, ale słabiej grał nogami – zauważa Dawidziuk. – Z czasem dostrzegłem, że robi postępy i w tym aspekcie. Potrafił się dostosować do zmian przepisów, taktyki, piłek. A to nie jest wcale takie łatwe. Znam wielu bramkarzy, którzy kończyli kariery, bo mimo że fizycznie nadal czuli się dobrze, nie umieli się w tym nowym świecie odnaleźć. Buffon to bramkarz, który połączył pokolenia.

Dawidziuk porównuje go do Dino Zoffa, który w wieku 40 lat w roku 1982 wygrał mundial. – Włosi mieli innych znakomitych zawodników na tej pozycji, jak Angelo Peruzzi czy Francesco Toldo, ale żaden z nich nie potrafił się utrzymać tak długo na najwyższym poziomie – zaznacza.

Czy to zasługa genów? Sportowe tradycje w rodzinie Buffonów są starannie pielęgnowane. Matka była dyskobolką, ojciec sztangistą, siostry grały w reprezentacji siatkarskiej, a wujek w koszykarskiej. Kuzyn dziadka, Lorenzo Buffon, po drugiej wojnie stał m.in. w bramce Milanu i Interu, rozegrał też 15 meczów w kadrze. – Genom trzeba pomóc. Bez zdrowego odżywiania, unikania używek, zachowania odpowiednich proporcji między wysiłkiem a regeneracją sukcesu się nie osiągnie – podkreśla Dawidziuk, który miał okazję poznać Buffona osobiście.

Skromny człowiek

– Pierwszy raz spotkaliśmy się podczas zgrupowania mojej szkoły MSP Szamotuły we Włoszech, drugi – w trakcie Euro 2012, kiedy Włosi rywalizowali z Irlandią w Poznaniu. Skromny człowiek. Nie daje odczuć, że jest gwiazdą futbolu. Nie stwarza dystansu, zachowuje się swobodnie. Sam fakt, że mogłem z nim zamienić kilka zdań, miał dla mnie wielkie znaczenie. Rozmowa sprowadzała się do ogólnych tematów. Interesowało mnie, co będzie robił po zakończeniu kariery. Nie miał jeszcze sprecyzowanych planów. Myślę, że niekoniecznie musimy go zobaczyć w roli trenera. Chciałbym, żeby pozostał na boisku jak najdłużej, bo oglądanie go w akcji to prawdziwa przyjemność – przekonuje Dawidziuk.

Buffon, który w marcu rozegrał tysięczny mecz o stawkę, przyzwyczaił się do pytań o sportową emeryturę. Żartuje, że nie czuje się jak staruszek i może grać do 65. roku życia. Ale przyznaje, że po przyszłorocznym mundialu w Rosji będzie musiał poważnie zastanowić się nad przyszłością.

Denerwuje go tylko, że każdy jego błąd zrzucany jest na karb wieku. Tak było, kiedy zawalił gola w spotkaniu eliminacji MŚ z Hiszpanią, wychodząc wślizgiem przed pole karne i mijając się z piłką. Koledzy śmiali się, że w końcu pokazał ludzką twarz, a kibice Juve na meczu ligowym wywiesili transparent: „Nawet Superman czasem jest tylko Clarkiem Kentem. Gigi, zawsze będziesz naszym superbohaterem".

Futbol, czyli cyrk

Opiniami tych, którzy „organizują mu pogrzeb", Buffon się nie przejmuje. Ale nie zawsze tak było. Po przegranym finale Ligi Mistrzów z Milanem popadł w depresję. Wychodząc na boisko trząsł się ze strachu. Trwało to ponad pół roku, uporać się z chorobą pozwolił mu dopiero udany mecz z Danią na Euro 2004, w którym nie puścił bramki. Dziś twierdzi, że porażki nauczyły go więcej niż zwycięstwa.

I choć raz na jakiś czas zdarzają mu się wpadki, wciąż pozostaje niedoścignionym wzorem. To do niego należy rekord Serie A – 974 minuty bez puszczonego gola. W marcu pobił rekord Europy pod względem rozegranych meczów w drużynie narodowej (168), a już wkrótce może się rozprawić z kolejnym świetnym wynikiem Ikera Casillasa, który zachował czyste konto w 54 spotkaniach Ligi Mistrzów (Buffon w 46).

Kibice kochają go nie tylko za efektowne parady, ale może nawet bardziej za jego postawę poza boiskiem: kopanie piłki z obcymi dziećmi na wakacjach, zabieranie głosu w ważnych sprawach, takich jak zagraniczni inwestorzy w Serie A. I za to, że kiedyś był jednym z nich – za swoimi ulubionymi zespołami jeździł nawet wtedy, gdy grał już w Parmie. Są też mu w stanie wiele wybaczyć – koszulkę z numerem 88 uznawanym za symbol neonazistów czy występ w telewizyjnym programie w swetrze z napisem „Śmierć tchórzom", kojarzonym we Włoszech z hasłem z czasów Benita Mussoliniego. Buffon tłumaczył, że nie miał o tym pojęcia, chciał tylko zmobilizować kolegów do lepszej gry.

Niektórych może drażnić jego nadmierna ekspresja po udanych interwencjach, ale sam mówi, że dawanie rozrywki ludziom jest częścią jego zawodu, a futbol to cyrk.

Kiedyś wolał strzelać niż bronić, o czym przypomniał rok temu w liście do strzeżonej przez siebie bramki. „25 lat temu złożyłem moją przysięgę: obiecałem Cię chronić. Dbać o Ciebie. Być tarczą przeciw wszystkim Twoim wrogom. Zawsze walczyłem o Twój dobrobyt, który był ważniejszy od mojego" – pisał, dając próbkę swoich literackich zdolności.

Do 12. roku życia grał jako napastnik. W bramce stanął z konieczności: przez kontuzje kolegów. – Dzisiaj powstaje wiele akademii, które szkolą bramkarzy już w wieku 7–8 lat. Nie jestem przeciwnikiem, ale też nie uważam, żeby trzeba było się tak spieszyć. Józek Młynarczyk w wieku 16 lat nie był jeszcze bramkarzem. A daj Boże, żeby ktoś osiągnął tyle co on. Łukasz Fabiański specjalistyczne treningi zaczął jako 14–15-latek. Im więcej umiejętności technicznych, chociażby sprowadzonych do dwóch elementów, podania i przyjęcia piłki, tym lepiej – wyjaśnia Dawidziuk.

Czas na Złotą Piłkę

Kiedy Buffon zdecyduje się już ze sceny zejść, nie zostawi po sobie spalonej ziemi. Pod jego bokiem wyrasta wielki talent, 18-letni Gianluigi Donnarumma, od dwóch sezonów broniący regularnie w Milanie. – Przy Buffonie to jeszcze żółtodziób, ale już dość mocno opierzony. Współpraca ze starszym kolegą na zgrupowaniach kadry z pewnością przyniesie efekty – nie ma wątpliwości Dawidziuk. I dodaje, że pogoń za triumfem w Lidze Mistrzów to jedno, ale kluczowym warunkiem kontynuowania kariery jest zdrowie i czerpanie radości z gry.

Buffon tonuje optymistyczne nastroje, powtarzając, że zwycięstwo nad Barcą nie oznacza, że Juve w czerwcu sięgnie po puchar.

– Jeśli jednak tak się stanie, moim zdaniem Buffon powinien być poważnym kandydatem do Złotej Piłki. Przez ponad 20 lat zasłużył na taką nagrodę. Ma ogromny wpływ na postawę całej linii obronnej. Swoją osobowością i doświadczeniem wprowadza dużo spokoju – kończy Dawidziuk.

W półfinale Champions League pracy Buffonowi nie zabraknie. Czeka tam już Monaco, które ofensywny futbol ma na sztandarach.

Derby Madrytu we wtorek w półfinale Ligi Mistrzów

Real i Atletico spotkają się w rozgrywkach już czwarty raz z rzędu. Dwa lata temu stawką był półfinał, a o awansie Królewskich zadecydował gol Javiera Hernandeza w 88. minucie rewanżu.


Jeszcze bardziej emocjonujące i zacięte były pozostałe spotkania, obydwa w finałach. W 2014 roku Atletico od pierwszego triumfu w Champions League dzieliły sekundy. W doliczonym czasie wyrównał jednak Sergio Ramos, a w dogrywce Real rozbił sąsiada zza miedzy, strzelając trzy kolejne bramki.


Przed rokiem (po 90 minutach znów był remis 1:1) do wyłonienia zwycięzcy potrzebne były rzuty karne. Lepiej wykonywali je Królewscy, wygrali 5:3 i dziś ponownie stoją przed szansą dokonania rzeczy, która dotąd nie udała się nikomu: obrony trofeum.


– Nie jesteśmy faworytem. Szanse oceniam pół na pół – mówi Zinedine Zidane, choć jego piłkarze są w LM niepokonani od 14 meczów. Francuz nie będzie mógł skorzystać z kontuzjowanych Garetha Bale'a i Pepe. Jego konkurentowi na trenerskiej ławce, Diego Simeone, wypadło ze składu aż trzech obrońców: Juanfran, Jose Gimenez i Sime Vrsaljko.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: t.waclawek@rp.pl

1/2 finału Ligi Mistrzów

Wtorek: Real – Atletico. Rewanż 10 maja.


Środa: Monaco – Juventus. Rewanż 9 maja.


Transmisje obu meczów o 20.45 w Canal+

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA