fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Marek Papszun: Praca z przyjemnością

Marek Papszun
shutterstock
Trener Rakowa Częstochowa Marek Papszun o miejscu na podium Ekstraklasy, niedzielnym finale Pucharu Polski z Arką i swojej drodze do poważnego futbolu.

Jak pan to zrobił?

Normalnie. Pracujemy, nie ma w tym żadnej filozofii. Zebrało się kilka osób myślących podobnymi kategoriami i mających wspólne cele. Właściciel Rakowa Michał Świerczewski jest potentatem w branży komputerowej, mieszka w Częstochowie, chce coś zrobić dla tamtejszego środowiska, a fundamenty tworzy właściciel. Jeśli jest dobrym człowiekiem, nie traktuje ludzi z góry, tylko ich szanuje, to wspólna praca staje się przyjemnością.

Pan Świerczewski buduje klub, ale to pan zbudował drużynę z zawodników, wśród których nie ma gwiazd. To wynika z budżetu czy z waszej filozofii?

Jedno z drugim idzie w parze. Gwiazd nie kupujemy nie tylko dlatego, że nas na to nie stać. Jesteśmy w lidze nowi, nie mamy stadionu, z punktu widzenia znanych zawodników nie jesteśmy atrakcyjnym pracodawcą. Mamy jednak coś, co w wielu innych klubach nie jest oczywiste. W Rakowie wszystko jest poukładane. Każdy zawodnik to lubi, a etos pracy, jakkolwiek pompatycznie by to zabrzmiało, jest warunkiem rozwoju. Kiedy zawodnik widzi, że to, co ćwiczy na treningach, przynosi wyniki, jego zaufanie wzrasta. Zwycięstwo przekłada się na awans sportowy, pieniądze, transfer. Nie mam złudzeń, że Raków w obecnym składzie będzie wieczny. Piłkarz, który od nas odejdzie, dopisze sobie do CV, gdzie grał w sezonie 2020/2021. To podniesie jego wartość.

21-letni Kamil Piątkowski z Rakowa awansował do reprezentacji Polski, Marcin Cebula, Igor Sapała, Patryk Kun czy Andrzej Niewulis odbudowali się po przeprowadzce do Częstochowy...

Co mam panu powiedzieć? Znaleźli swoje miejsce, wiedzą, co mają robić, mogą liczyć na życzliwość. Trzeba było zapewnić im spokój, podtrzymać wiarę, bo grać potrafią. Mówi się, że Raków nie ma napastników, ale tylko Legia strzeliła więcej bramek. Napastnik nie jest tylko od zdobywania goli. Musi pracować dla dobra drużyny na każdym kawałku boiska. Bramki dla Rakowa zdobyło w tym sezonie ponad dziesięciu zawodników. W klubach, które z dobrym skutkiem prowadziłem, chyba tylko jeden napastnik był królem strzelców. Wolę, żeby pierwsza na mecie była drużyna, a nie jeden zawodnik. Grałem w piłkę do czterdziestki, wyciągam wnioski.

Pracuje pan w Rakowie od roku 2016. Dłużej niż ktokolwiek w ekstraklasie. W tym fachu stabilność jest podstawą?

Stabilność w przypadku trenera i cierpliwość jego przełożonych. 18 kwietnia minęło pięć lat, od kiedy pierwszy raz poprowadziłem Raków w I lidze w spotkaniu z Puszczą Niepołomice. W rocznicę pokonaliśmy Lecha Poznań 3:1. Nie mam trenera, o którym mógłbym powiedzieć, że jest dla mnie wzorem. Styl gry Rakowa to moje pomysły autorskie. Natomiast lubię czytać książki trenerów, żeby dowiedzieć się czegoś o sprawach szatni, komunikacji z mediami, władzami klubu, czyli o tym wszystkim, czego nie widać gołym okiem.

Odbył pan jakieś staże w zagranicznych klubach?

Tylko jeden. W Queen's Park Rangers, kiedy grał tam Paweł Wszołek. Jeździłem też na mecze do Niemiec i Anglii, ale tylko po to, żeby zobaczyć je z trybuny. Więcej widać niż w telewizji.

Jak na trenera ma pan niecodzienne wykształcenie...

Studiowałem historię w Wyższej Szkole Humanistycznej z siedzibą w Łowiczu, gdzie wykładali profesorowie z Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończyłem też podyplomowe studia na AWF, żeby uzyskać tytuł trenera II klasy.

Pamięta pan temat swojej pracy magisterskiej?

No, jakżeby nie. „Historia piłkarstwa warszawskiego po II wojnie światowej. Lata 1945–1946". Pisałem na podstawie prasy z tamtych lat, więc Bibliotekę Publiczną na Koszykowej znam jak własną kieszeń. Spędziłem tam kilka miesięcy. Odbyłem też wiele rozmów ze świadkami tamtych czasów. Dotarłem m.in. do redaktora Mieczysława Szymkowiaka, niegdyś bardzo znanego dziennikarza, uczestnika rozgrywek okupacyjnych, a po wojnie nawet selekcjonera. Otworzył przede mną swoje archiwa.

Mnie pan to mówi? Redaktor Szymkowiak był sekretarzem tygodnika „Piłka Nożna", kiedy zaczynałem tam pracę w roku 1974. A kto był promotorem pracy?

I tu pana zaskoczę. Profesor Marian Orzechowski, były minister spraw zagranicznych w rządzie Zbigniewa Messnera. Członek Biura Politycznego KC PZPR.

Jakoś nie kojarzę go z piłką nożną.

Ja też nie. Ale był historykiem. Egzamin zdałem, grając w piłkę, a potem przez piętnaście lat pracowałem jako nauczyciel w szkole w Ząbkach, będąc jednocześnie trenerem w kilku klubach. Otwierałem gimnazjum i je zamykałem.

Pan jest warszawiakiem?

No a jak? Urodziłem się w szpitalu na Bródnie miesiąc po zdobyciu przez reprezentację Polski trzeciego miejsca na mistrzostwach świata w Niemczech. Czterdzieści lat życia spędziłem na grze lub pracy trenerskiej w stolicy i okolicach. Mieszkaliśmy z rodzicami na Tarchominie. Kiedy zaczynałem grać w Polfie, moim trenerem był Krzysztof Chrobak, po latach trener m.in. Polonii i Lecha. Zresztą matematyk z wykształcenia. Kończyłem w wieku czterdziestu lat w Wiśle Zakroczym, gdzie trenerem był mój przyjaciel Robert Jadczak, zresztą niezły piłkarz. Po drodze zaliczyłem Wicher Kobyłka i GKP Targówek.

Długa była droga do pierwszoligowego Rakowa...

Długa, ale rozwojowa, bo w każdym klubie kończyłem sezon w czołówce. Z Łomiankami awansowałem do IV ligi, z Legionovią do II, niewiele zabrakło do awansu z Targówkiem. Pracowałem w Świcie Nowy Dwór, kiedy dostałem propozycję z Rakowa. Tak daleko jeszcze nie wyjeżdżałem. No i w czterdziestym pierwszym roku życia przejechałem więcej kilometrów niż przez czterdzieści lat. Miałem poukładane życie, to musiałem je sobie zmienić. Na szczęście.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA