fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Nowe oblicze Roberta Lewandowskiego

Robert Lewandowski wróci na boisko dopiero za miesiąc
AFP
Robert Lewandowski zaczął wyścig po Złotą Piłkę. Był bohaterem Bayernu w meczu z Chelsea, ale w rewanżu nie zagra. Doznał kontuzji kolana.

Uraz wykluczy go z gry na miesiąc. Nie wiadomo, czy zdąży na zaplanowane na koniec marca mecze reprezentacji z Finlandią i Ukrainą. Polak po spotkaniu nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, choć to był wieczór, kiedy pokazał nowe oblicze.

Jeszcze rok temu były reprezentant Niemiec Dietmar Hamann grzmiał, że „Lewandowski staje się problemem Bayernu", a krytycy zarzucali Polakowi, że jest „bardziej samolubny niż Arjen Robben". Już w pierwszym ważnym tegorocznym meczu nasz napastnik pokazał jednak, że te zarzuty są bezpodstawne. Do bramki dołożył dwie efektowne asysty, a jego Bayern po 3:0 w Londynie awans do ćwierćfinału ma na wyciągnięcie ręki.

Polak najpierw dostał piłkę od Serge'a Gnabry'ego i błyskawicznie, bez spojrzenia, oddał ją koledze. Tak nie robi rasowy snajper, który w obrębie pola karnego widzi tylko bramkę. Chwilę później Lewandowski znowu wyszedł poza schemat. Wygrał pojedynek główkowy, wymienił piłkę z Gnabrym i niczym rozgrywający zaprosił go prostopadłym podaniem w pole karne. To były jego pierwsze asysty w tym sezonie Ligi Mistrzów.

– Wypracował mi gole, które mógł sam strzelić. Mogę oddać mu tytuł zawodnika meczu – oznajmił po ostatnim gwizdku Gnabry. „Bild" grę Polaka ocenił na „1" – klasa światowa. Takich występów, kiedy w walce o wielką stawkę trzeba wziąć grę drużyny na swoje barki, wymaga się od największych: Cristiano Ronaldo i Leo Messiego. Klubowy kolega Lewandowskiego David Alaba mówi, że Polak już dziś jest na tej samej półce co obaj giganci.

Meczem z Chelsea zaczął wyścig po przyznawaną przez „France Football" Złotą Piłkę. Rok temu był ósmy, czołówkę rankingu zdominowali zawodnicy Liverpoolu. To dowód, że dokonujący wyboru zdecydowanie wyżej cenią klasowe występy w europejskich pucharach niż snajperskie popisy w rozgrywkach krajowych. A Lewandowski na gola w fazie pucharowej Champions League czekał 672 minuty.

To była jego 11. bramka w tym sezonie Ligi Mistrzów. Nigdy nie zdobył więcej. Nawet kiedy dotarł z Borussią Dortmund do finału, strzelając po drodze cztery gole Realowi Madryt.

Lewandowski przeżywa fantastyczny czas. Już przed sezonem mówił, że pod względem fizycznym jest w życiowej formie.

Polak to sportowiec wybitnie świadomy: analizuje potrzeby organizmu, przygląda się diecie, modyfikuje intensywność zajęć, konsultuje się z trenerem snu. Szuka marginalnych przewag.

Jest piłkarzem totalnym, ciągle doskonali swoje rzemiosło. Kiedy doprowadził do perfekcji wykonywanie rzutów karnych, zabrał się do rzutów wolnych. Później wzbogacił swoją grę o elementy fantazji: zaczął zagrywać piłkę piętą, jego dryblingi pomogły Polakom pokonać Słoweńców. I jakby tego było mało, z piłkarza głodnego goli przeistoczył się w lidera, grającego przede wszystkim dla zespołu.

Lewandowski dziś już nie mówi o transferze do Realu, jesienią podpisał z Bayernem pięcioletni kontrakt. Zaczął się troszczyć o dobro wspólne, wziął odpowiedzialność za zespół na swoje barki. Po nieudanych zagraniach kolegów nie macha rękami, nie okazuje dezaprobaty. Raczej zachęca, daje pozytywną energię.

Niemieccy dziennikarze już jesienią donosili, że Polak po treningach przestał się gapić w telefon, raczej woli pokopać piłkę z 20-letnim Jannem-Fiete Arpem. To nie zachowanie najemnika, tylko kandydata na legendę klubu.

Takiego meczu jak z Chelsea potrzebował i Lewandowski, i trener Hansi Flick. – Zostaliśmy zdeklasowani – oznajmił po ostatnim gwizdku prowadzący rywali Frank Lampard. Bayern wyglądał jak dobrze naoliwiona maszyna. To był pokaz siły, jakiego w 1/8 finału wcześniej nie oglądaliśmy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA