fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Zmarł Jan Liberda

stock.adobe.com
Zmarł Jan Liberda, legendarny napastnik Polonii Bytom. Jedyny polski piłkarz, który strzelił Brazylii bramkę na Maracanie.

Grał w czasach, gdy Polonia była jedną z najlepszych drużyn w Polsce. W sezonie 1964/1965 wywalczyła Puchar Rappana, nazywany też Pucharem Lata lub Intertoto. W nagrodę została zaproszona do Nowego Jorku na turniej American Challenge Cup i wygrała, pokonując w finale Duklę Praga.

Trofeum nazywane w naszym kraju Pucharem Ameryki zdobyła drużyna o nazwie Polonia, nosząca klubowe barwy Pogoni Lwów i trenowana przez byłego zawodnika tego klubu Michała Matyasa. To miało ogromne znaczenie dla Polonii amerykańskiej, która nagrodziła piłkarzy swoim własnym pucharem, gościła ich w swoich domach. Wszyscy wracali do Polski w kowbojskich kapeluszach. W stolicy prezentowali trofeum przy brawach warszawiaków. W Bytomiu witało ich kilkanaście tysięcy ludzi.

Liberda był dwukrotnie (w latach 1959 i 1962) królem strzelców ligi. – Kiedy pierwszy raz wszedłem do szatni Polonii, najpierw wzrokiem poszukałem Liberdy, żeby mu się ukłonić. Bo to on w tej szatni rządził – wspomina Zygmunt Anczok, legendarny obrońca, mistrz olimpijski z Monachium.

Nie minęło wiele czasu, a byli już kolegami z reprezentacji Polski. Liberda wystąpił w niej 35 razy. Podczas tournée kadry po Ameryce Południowej roku 1966 strzelił wszystkie trzy bramki dla Polski w dwóch meczach z Brazylią (1:4, 1:2) i jednym z Argentyną (1:1).

Mecz z Brazylią odbywał się Maracanie w Rio. 130 tysięcy ludzi usiadło na trybunach. Przyszli głównie dla Pelego i Garrinchy, Polacy mieli być łatwym sparingpartnerem. I rzeczywiście, do przerwy Brazylia prowadziła 2:0. Kibice spodziewali się w drugiej połowie kolejnych goli, ale padł tylko jeden: strzelił go Liberda. Garrinchy bardzo dobrze pilnował Zygmunt Anczok, a Pelego, 23-letni Walter Winkler, debiutujący w reprezentacji w takich stresujących okolicznościach. Wszyscy trzej byli zawodnikami Polonii Bytom.

Kiedy miesiąc później na Stadionie Śląskim Polska grała z Anglią, proporzec z jej kapitanem Bobbym Moore'em wymieniał właśnie Liberda. Jednak rok później pożegnał się z reprezentacją. Z komory celnej na granicy z NRD miał odebrać kupione w RFN auto – Forda Taunusa. Był rok 1967, inne czasy. Samochodu nie dostarczono w terminie i Liberda musiał na niego czekać na granicy. A ponieważ w Warszawie zaczynało się zgrupowanie kadry przed wyjazdem na mecz z ZSRR, piłkarz usiłował telefonicznie się usprawiedliwić, zapewniając, że dotrze, ale w ostatniej chwili. Nikt się jego telefonem nie przejął, a potem PZPN ukarał go dyskwalifikacją. On też ujął się honorem i już więcej w drużynie narodowej nie wystąpił. Miał wtedy zaledwie 31 lat.

Opowiadał mi to na początku lat 80. w Paderborn. Był wówczas trenerem drużyny TuS Schloss Neuhaus, z którą kontrolny mecz rozgrywała reprezentacja Polski Antoniego Piechniczka. Liberda pomagał zorganizować pobyt kadry w Niemczech, bo Piechniczek był jego kolegą. Z innym kolegą z boiska Jackiem Gmochem pracował w połowie lat 70. w Zagłębiu Sosnowiec.

Liberda miał 168 cm wzrostu, więc na Śląsku nazywano go Napoleonem. Fizycznie był podobny do niemieckiego środkowego napastnika Uwe Seelera. Bardzo szybki w polu karnym, świetnie panował nad piłką i trudno go było przewrócić, bo miał nogi jak Schwarzenegger. Był też bardzo sympatyczny, zawsze uśmiechnięty i miał duże poczucie humoru.

W połowie lat 80. największy na świecie kolekcjoner odznak piłkarskich dr Janusz Kukulski zorganizował w rodzinnym Krakowie spotkanie zaprzyjaźnionych kolekcjonerów, kilku dziennikarzy i ekspiłkarzy. Nim poszliśmy do jego mieszkania przy Poselskiej, w Barbakanie mieliśmy oficjalne spotkanie, po którym ktoś rzucił piłkę Liberdzie z prośbą: „Panie Janku, pan pokaże, jak to się dawniej robiło". Liberda, ubrany w garnitur, wziął piłkę, a ponieważ ja prosiłem się o podanie, zaczęliśmy żonglować. Przez dwie–trzy minuty piłka nie spadała na ziemię, chyba że odbijaliśmy ją o średniowieczny mur. Aż przyszedł jakiś konserwator zabytków z miotłą i nas wyrzucił. To było jedno z moich najprzyjemniejszych piłkarskich przeżyć. Mogłem kopać piłkę z kimś, w kogo przed laty cała piłkarska Polska była wpatrzona jak w obraz.

Jan Liberda zmarł w wieku 83 lat, chorował od dawna.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA