fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Liverpool mistrzem Anglii. Wątpiących natchnąć wiarą

Święto w Liverpoolu. Władze miasta musiały apelować do kibiców, by w czasach koronawirusa cieszyli się ostrożniej
Oli SCARFF/AFP
Po 30 latach Liverpool znów został mistrzem Anglii. Ojcem sukcesu jest niemiecki trener Juergen Klopp.

Dziewięciu trenerów, 239 piłkarzy, 1,47 mld funtów wydane na transfery – przytoczone przez telewizję BBC liczby obrazują, jak długą drogę musiał przejść zespół z Anfield, by sięgnąć po 19. mistrzostwo.

Ktoś powie, że Roman Abramowicz tylko w ciągu 17 lat zmienił więcej szkoleniowców w Chelsea, a arabscy właściciele Manchesteru City dokonali zakupów za ponad miliard funtów w ledwie dekadę. Faktem jest jednak, że nie ma drugiej tak zasłużonej dla futbolu drużyny jak Liverpool, która czekałaby tyle czasu na tytuł.

Facet ze Schwarzwaldu

Wygrywała Champions League i Puchar UEFA, a powstała w 1992 roku Premier League była dla niej niczym Święty Graal. Znalazły go i Blackburn, i Leicester, a Liverpoolowi ciągle stawało coś na przeszkodzie. Nie pomogło zaklinanie rzeczywistości i zatrudnienie Kenny’ego Dalglisha – trenera, który dał ostatnie mistrzostwo.

Trzeba było dopiero człowieka z zewnątrz, sympatycznego okularnika, normalnego faceta ze Schwarzwaldu – jak przedstawił się Brytanii na pierwszej konferencji, w październiku 2015 roku. – Możecie nazywać mnie „The Normal One” – zapunktował u kibiców, stawiając się w kontrze do José Mourinho, który po przyjściu do Chelsea mianował się „The Special One”.

Klopp poprosił o cierpliwość, otoczył się gronem specjalistów (w zespole analityków są m.in. matematyk, fizyk i astrofizyk), a potem zaczął lepić drużynę, w której – jak pisze „Guardian” – obrońcy są atakującymi, pomocnicy obrońcami, skrzydłowi strzelają gole, a napastnicy zakładają wysoki pressing. Drużynę poza wszelkimi schematami, która od trzech lat nie poniosła w lidze porażki na własnym boisku.

– On zmienił wszystko. To wielki przywódca. Zaufaliśmy mu i za nim poszliśmy – chwali Kloppa kapitan Liverpoolu Jordan Henderson.

Poszli, choć nie mydlił im oczu, że od razu podbiją świat. Mieli więcej biegać, więcej walczyć, więcej strzelać, znaleźć swój styl – sprawić, że nawet po porażkach kibice wyjdą ze stadionu w poczuciu dobrze spędzonego czasu. Takimi meczami jak ubiegłoroczny rewanż Ligi Mistrzów z Barceloną (odrobili cztery bramki) – wątpiących zmieniali w wierzących.

To miał być futbol dostarczający mnóstwa emocji. Niczym jego trener – niewstydzący się łez po zwycięstwach, biegający przy linii bocznej z piłkarzami, a po sukcesach pląsający z nimi na parkiecie. Traktujący wszystkich pracowników klubu – od sprzątaczki po prezesa – jak członków rodziny.

– Nie będziecie musieli czekać 20 lat na tytuł. Mam nadzieję, że wystarczą cztery – przekonywał. Po trzech sezonach wciąż nie mieli ani jednego trofeum, ale finały Ligi Europy i Ligi Mistrzów pozwalały wierzyć, że wyznaczony cel osiągną. W czwartym wygrali Champions League, w piątym – wreszcie zrealizowali zadanie, siedem kolejek przed końcem rozgrywek. W tempie, jakiego nie narzucił ani Manchester United Aleksa Fergusona, ani City Pepa Guardioli i Arsenal Arsene’a Wengera, który sezon 2003/2004 zakończył bez porażki. Wszystkie te drużyny zapisały się w historii, nie ma wątpliwości, że z Liverpoolem Kloppa będzie podobnie.

– Od początku grali tak, jakby każdy mecz był ich ostatnią szansą. Nam tej pasji być może zabrakło, zwłaszcza w pierwszej części sezonu – bije się w pierś Guardiola.

Piłkarze jak aktorzy

Ole Gunnar Solskjaer sukces Liverpoolu docenia, ale wątpi, by jego dominacja trwała długo. – Nie sądzę, by jakikolwiek zespół był w stanie powtórzyć serię, jaką zanotowaliśmy pod wodzą sir Aleksa Fergusona – mówi były piłkarz, a obecnie trener Manchesteru United. Czerwone Diabły w latach 1993–2013 sięgnęły po 13 tytułów, zrzucając – jak zapowiadał sir Alex – Liverpool z „pieprzonej grzędy”.

Klopp polemizować nie zamierza. – Ferguson miał oko do fantastycznych zawodników i wyczucie, ile powinni pozostać w jego drużynie – zaznacza.

Ale Kloppowi też trudno odmówić trenerskiego nosa. Martin Samuel, felietonista „Daily Mail”, wspomina swoją rozmowę z Niemcem, w której porównał on piłkarzy do aktorów. – Tom Hanks zagrał Forresta Gumpa, jest wyjątkowy, być może najlepszy na świecie. Ale są także inni wspaniali aktorzy, których nikt nie zna. I właśnie oni mnie interesują – tłumaczył trener.

Nie sprowadzał gwiazd, tylko je tworzył. Z Mohameda Salaha, Roberto Firmino i Sadio Mane zrobił najgroźniejsze ofensywne trio na świecie, z Trenta Alexandra-Arnolda i Andrew Robertsona nowoczesnych bocznych obrońców, Hendersona przekonał, że może być kapitanem i liderem. Virgil van Dijk stał się skałą nie do przejścia. Alisson dał spokój w bramce. Już drugi rok z rzędu jest kandydatem do zdobycia Złotych Rękawic. W 12 z 22 meczów ligowych zachował czyste konto.

Większość zawodników ma długoterminowe kontrakty, klub jest zabezpieczony finansowo, podpisał lukratywną umowę z Nike, ale amerykańscy właściciele nie zamierzają szastać pieniędzmi na wzmocnienia. Otwierają nowoczesny ośrodek treningowy, planują rozbudowę Anfield. A Klopp obiecał kiedyś, że zanim kupi nowego piłkarza, sprawdzi, czy nie ma lepszego w akademii. W ten sposób odkrył Alexandra-Arnolda – obrońcę, który jest dziś drugim najlepszym asystentem w lidze (12 kluczowych podań).

Transfery będą, ale co pokazał już przypadek wicekróla strzelców Bundesligi Timo Wernera, który trafił ostatecznie do Chelsea, nie za wszelką cenę. Wzmocnienia to jedno, ale w dłuższej perspektywie ważniejsze wydaje się zatrzymanie Kloppa. Niemiec przyznaje, że w Liverpoolu czuje się jak w domu, a mentalność i sposób postrzegania przez mieszkańców życia są mu bliskie. W grudniu przedłużył kontrakt do 2024 roku, ale nie ukrywał, że posada selekcjonera reprezentacji Niemiec byłaby kusząca.

Zdaniem byłego kapitana Liverpoolu Stevena Gerrarda Klopp już zasłużył, by być wymienianym jednym tchem z Billem Shanklym, Bobem Paisleyem i Dalglishem. I zaapelował, by rozpocząć prace nad budową jego pomnika.

Piąta armata Roberta Lewandowskiego, Dawid Kownacki spadł z Fortuną

W sobotę po raz piąty Lewandowski odebrał nagrodę dla najlepszego strzelca Bundesligi. W Wolfsburgu wykorzystał rzut karny (Bayern wygrał 4:0), dzięki czemu zakończył sezon z 34 bramkami, wyrównując wynik Dietera Muellera z 1977 roku.


Przed bezpośrednim spadkiem uratował się Werder. Rozbijając 6:1 FC Koeln, wyprzedził w tabeli Fortunę Duesseldorf, która w Berlinie przegrała 0:3 z Unionem (polski bramkarz berlińskiego klubu Rafał Gikiewicz podpisał kontrakt z Augsburgiem). Zespół z Bremy wystąpi w barażach.


Ostatnią drużyną, która zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów, została Borussia Moenchengladbach. Pokonała 2:1 Herthę, Krzysztof Piątek grał przez 90 minut, ale gola nie strzelił. Wydarzeniem weekendu były cztery bramki Chorwata Andreja Kramaricia dla Hoffenheim w wyjazdowym meczu z Borussią Dortmund (zwycięstwo 4:0).


Pierwszymi półfinalistami Pucharu Anglii zostały Manchester United (2:1 po dogrywce z Norwich) i Arsenal (2:1 z Sheffield United).


Tomasz Wacławek

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA