fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Andrzej Juskowiak: Papier wszystko przyjmie

shutterstock
Były reprezentacyjny napastnik, a dziś telewizyjny ekspert Andrzej Juskowiak ocenia Ekstraklasę po długiej koronawirusowej przerwie.

Jakie ma pan wrażenia po pierwszej ligowej kolejce?

Obejrzałem sześć meczów w całości, z dwóch pozostałych widziałem fragmenty i wrażenia mam zaskakująco dobre. Zarówno jeśli chodzi o grę, jak i o wyniki. Duży powiew optymizmu wniosło zwłaszcza Zagłębie Lubin. Zwykle po takiej przerwie trzeba czekać, aż zespół będzie w stanie tak zdominować rywala i wygrać na jego terenie. Dotąd drużyny z rezerwą podchodziły do ofensywy na wyjazdach, a to spotkanie pokazało, że jak jesteś dobrze przygotowany, możesz zagrać koncertowo na boisku przeciwnika. Przynajmniej w pierwszych 45 minutach.

Skoro jesteśmy przy meczu w Szczecinie, to Pogoni znów uciekają europejskie puchary…

Nasuwa się pytanie, czy to, co zrobiła wcześniej, awansując na pozycję lidera, nie było na wyrost. Może trzeba patrzeć na to w ten sposób. W Szczecinie nikt nie mówił otwarcie, że chcą walczyć o mistrzostwo Polski. Wyniki były bardzo dobre, ale zdawali sobie sprawę, że nie wszystko wyglądało idealnie. Nie potrzebowali dużo bramek, żeby wygrywać. Wystarczyła dyscyplina taktyczna w defensywie i dobra postawa Stipicy w bramce. Teraz nawet z tym jest problem.

Szlagier w Poznaniu był dobrą reklamą Ekstraklasy?

Dostałem wiele wiadomości od znajomych z Portugalii. Patrząc na tabelę, spodziewali się trochę więcej emocji. Oczekiwali, że Lech będzie mocniej dążył do zwycięstwa, że bardziej zaryzykuje. Legia przyjechała po remis, z takim nastawieniem grała, a zwyciężyła po błędzie Lecha.

Na razie wszyscy grają dla Legii. W ten weekend z grupy pościgowej wyłamał się tylko Piast, który rozbił Wisłę Kraków.

Wiele się jeszcze może wydarzyć, ale wszystko jest w rękach Legii. Cały zespół prezentuje się stabilnie w defensywie, nie ma tam słabego ogniwa. Kiedy nastąpiła ta wymuszona przerwa, miałem wrażenie, że wiele drużyn trochę się odgraża, że gdyby można było grać, walczyłyby o europejskie puchary albo nawet o coś więcej. Po powrocie na boiska tej determinacji u niektórych jednak nie było widać. Brakowało mi gonitwy za zwycięstwem. Chyba wszystkim wydaje się, że epidemia już minęła, nie biorą pod uwagę scenariusza, że każda następna kolejka może być ostatnią. Oczywiście liczę, że dokończymy rozgrywki i nic się nie wydarzy, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że stąpamy po cienkim lodzie i w każdej chwili sytuacja może się odwrócić. Powtarzają to też w Bundeslidze. Piłkarze spotykają się z rodzinami, znoszone są kolejne restrykcje. Później ktoś może żałować, że swojej szansy nie wykorzystał, że zabrakło punktów.

Szansę wykorzystuje bez wątpienia Piast i jego trener Waldemar Fornalik…

Fornalik to fachowiec, który wie, co robi. Nie był to normalny okres przygotowawczy, nie było wcześniej przypadku, by piłkarze mieli tak długą przerwę w grze. Jedni poradzili sobie z tym lepiej, inni trochę gorzej. Ale średni poziom i tak jest w porządku. Nie ma drużyny, która by całkiem nie nadążała. Nie zauważyłem w Ekstraklasie takiego dystansu jak w pierwszych meczach Bundesligi. W Niemczech nie było tyle bezpośrednich kontaktów na boisku. Potwierdzają to statystyki. Firma, która na bieżąco dostarcza dane dla Bundesligi, opublikowała raport, z którego wynika, że jesienią w odległości dwóch metrów i mniejszej od siebie zawodnicy znajdowali się średnio przez siedem minut, a w pierwszej kolejce po wznowieniu sezonu już tylko sześć. Gołym okiem widać było, że jest mniej starć i spięć, a u nas piłkarze zachowywali się właściwie tak, jakby nie było różnicy.

Co się stało z Wisłą – do soboty najlepiej punktującym zespołem w 2020 roku?

Szybkie bramki po błędach defensywy podcięły jej skrzydła. Mógł to być wypadek przy pracy. W wielu meczach Wisła potrafiła grać szybko, ofensywnie. Piast błyskawicznie te atuty zneutralizował. Ani Błaszczykowski, ani Tupta nie byli w stanie przebić się pod bramkę gospodarzy. Młody Buksa jest utalentowany, ale dopiero uczy się piłki seniorskiej. Dość szybko zszedł z boiska, a po ruchach Pawła Brożka widać, że trochę jeszcze mu brakuje do optymalnej formy. Trenerzy i piłkarze powtarzają często, że lepiej przegrać jeden mecz wysoko niż dwa czy trzy po 0:1.

Już w niedzielę do Krakowa przyjeżdża Legia…

Nie wiem, czy w głowach piłkarzy Wisły nie był już ten mecz... Może stąd tak wysoka porażka?

Od porażki zaczęła też Cracovia. Po meczu z Jagiellonią uwagę wszystkich przykuły słowa Michała Probierza: „patrzę tak z boku i się zastanawiam, czy jestem jeszcze w stanie nauczyć czegoś tych piłkarzy i ich zmotywować”.

Mocna wypowiedź i moim zdaniem nieadekwatna do sytuacji, bo Cracovia wciąż jest wysoko w tabeli. Chyba że wewnętrznie były już jakieś ustalenia, że to sezon, w którym drużyna powinna walczyć o najwyższe cele, liczyć się w grze o europejskie puchary. A może rozgoryczenie wywołały po prostu okoliczności, stracona bramka w końcówce.

Może o czymś nie wiemy, coś dzieje się w szatni, może odebranie opaski kapitańskiej Januszowi Golowi, który nie zgodził się na obniżkę pensji, odbija się na atmosferze?

W całym tym zamieszaniu brak było spójnych komunikatów. Najpierw pojawiła się informacja, że Gol odchodzi, potem zawodnik sam ją prostował. To trochę dziwna sytuacja dla trenera. Może na wypowiedź Probierza wpłynęło rzeczywiście kilka czynników. Gdyby przegrali 0:4, to jego słowa byłyby pewnie bardziej zrozumiałe. Każda porażka boli, zwłaszcza na własnym boisku, ale nie wiem, czy taka reakcja podziała mobilizująco na piłkarzy, czy nie spowoduje odwrotnego efektu.

W derbach Trójmiasta były cztery rzuty karne. Przypomina pan sobie taki mecz?

Nie, tym bardziej że nie było to ostatnie spotkanie w sezonie, już bez wpływu na tabelę. Wtedy piłkarze puszczają często wodze fantazji. Obie drużyny łatwo przechodziły do ofensywy, jednak nie wyciągały wniosków ze swoich błędów. Wydawało się, że Arka będzie w stanie odnieść zwycięstwo, ale gra się do końca. Ostatniego karnego sprokurowała w zasadzie sama. Nie potrafiła wybić piłki, rozumiem, że zawodnicy byli już bardzo zmęczeni, ale w takim momencie trzeba wykrzesać z siebie resztki sił. I jeszcze ten niesamowity Flavio Paixao, który w derbach strzelił już tyle goli, że kibicom Arki może się śnić po nocach.

Arka jeszcze walczy, ale ŁKS przed spadkiem może uratować już chyba tylko cud…

Przyszedł nowy trener, jednak w Łodzi dużo się nie zmieniło. ŁKS jako beniaminek pokazał, że potrafi grać ofensywnie, przyjemnie dla oka, konstruować akcje, ale to nie przekładało się na punkty. Przechodząc do ataku, zostawiają przeciwnikowi dużo miejsca do kontr. Już po pierwszym ich meczu z Lechią Gdańsk mówiłem, że grają odważnie, jakby byli w Ekstraklasie od wielu sezonów. Przypominają mi trochę Miedź Legnica. Myślę, że zamieniliby kilka ładnych porażek na brzydkie zwycięstwa.

Co pan sądzi o częściowym powrocie kibiców na stadiony już 19 czerwca?

Szczerze mówiąc, dziwię się, że próbujemy zrobić to tak szybko. W Bundeslidze, która wystartowała pierwsza i była dla innych wzorem, na razie nikt o tym nie myśli. Obawiam się, że może być ciężko zapanować nad publicznością. 25 procent kibiców to sporo przy stadionach na 30–40 tys. osób.

Trudno mi sobie wyobrazić, żeby przez trzy tygodnie można było to przygotować. Chyba że prace nad tym zaczęły się już wcześniej. Sytuacja cały czas się jednak zmienia, nie wiadomo, co wydarzy się za chwilę. Protokół odmrożenia można zrobić, papier wszystko przyjmie, pytanie tylko, czy będzie to później respektowane. Bardzo bym chciał, żeby kibice wrócili na trybuny, bo to zupełnie zmienia odbiór meczu, ale w tym momencie mam spore wątpliwości.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA