fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Wraca liga hiszpańska. Fiesta na okrągło

Luis Suárez to jeden z tych piłkarzy, którzy skorzystali na przerwie. W styczniu przeszedł operację kolana, teraz jest gotowy pomóc Barcelonie w drodze po kolejny tytuł
LLUIS GENE/AFP
11 kolejek w niecałe 40 dni: w czwartek wraca druga z wielkich lig - hiszpańska Primera Division. Do życia budzi się też futbol we Włoszech.

Javier Tebas był jednym z tych szefów europejskich lig, którzy swoją opinię w sprawie wznowienia sezonu wyrażali najgłośniej. Przekonywał, że stadion jest bezpieczniejszym miejscem od supermarketu, a biegając po murawie, zarazić się będzie trudniej, niż pracując w fabryce. Buntowników straszył walkowerami i degradacją.

– Powinniśmy brać przykład z Niemców, a nie z Francuzów – mówił Tebas.

Futbol to istotna część hiszpańskiej gospodarki, ale pełnić ma też rolę terapeutyczną, zmęczonemu pandemią koronawirusa społeczeństwu pomóc wyjść z narodowej żałoby i ekonomicznej zapaści. Bo choć wciąż nie będzie można się spotkać na trybunach, rywalizacja piłkarzy dostarczy tematów do dyskusji i stanie się namiastką normalności.

Barca sięga po pomoc

Straty i tak będą, ale nie tak ogromne jak w przypadku rezygnacji z zakończenia rozgrywek (szacowano, że wówczas byłoby to 700 mln euro). Koszty cięli wszyscy, także Barcelona i Real.

Według tegorocznego raportu „Deloitte Football Money League” przychody Katalończyków w sezonie 2018/2019 wyniosły 840,8 mln euro, drugiego w zestawieniu Realu – 757,3 mln. Wydawałoby się, że takie wyniki pozwalają spokojnie przejść przez kryzys. Nic bardziej mylnego. Zamknięcie stadionów, klubowych sklepów i muzeów, odwiedzanych przez klientów z całego świata, musiało się odbić na finansach.

Widać to najlepiej po broniącej tytułu Barcelonie, która szybko obniżyła swoim gwiazdom wynagrodzenia – i to aż o 70 proc. Tak ostre cięcia były niezbędne, ponieważ wydatki na pensje na Camp Nou stanowią dwie trzecie budżetu, czyli ponad 600 mln euro. To kwota niespotykana nawet w sponsorowanych przez szejków Manchesterze City i Paris Saint-Germain.

Katalończycy skorzystali nawet z programu pomocowego rządu. Każdy mecz bez publiczności to dla nich 6 mln euro straty tylko z powodu niesprzedanych biletów, do tego trzeba doliczyć wpływy z koszulek, pamiątek, gastronomii. Do końca rozgrywek pozostało im jeszcze pięć spotkań na własnym boisku, w tym hit z Atletico. Władze Barcy, wspierając się opiniami specjalistów, przekonują, że częściowy powrót kibiców będzie możliwy i bezpieczny już w tym sezonie.

Koronawirus pokrzyżował plany modernizacji Camp Nou. Rozbudowę stadionu zaczął już natomiast Real. Do końca roku ma podejmować rywali na 6-tys. obiekcie im. Alfredo Di Stéfano w ośrodku treningowym, gdzie gra zespół młodzieżowy. Dzięki temu poniesie mniejsze koszty.

Historię starego Santiago Bernabéu zakończyło więc marcowe El Clásico, wygrane przez Real 2:0. Tydzień później Królewscy przegrali jednak z Betisem 1:2 i znów tracą do Katalończyków dwa punkty. W wyścigu o tytuł liczy się już tylko ta dwójka. Dotrzymujące im w ostatnich latach kroku Atletico jest dziś na pozycji niegwarantującej nawet gry w Lidze Mistrzów (szósta), a trzecia w tabeli Sevilla traci do lidera aż 11 punktów.

Mała różnica punktowa między Barcą a Realem zwiastuje duże emocje na finiszu. Zwycięży ten, kto lepiej zniesie trudy nadchodzącego maratonu. Lekarze Barcelony obawiają się plagi urazów mięśniowych, a Quique Setién dysponuje krótką ławką rezerwowych.

Pod koniec ubiegłego tygodnia nie trenował m.in. Leo Messi, ale na sobotni wyjazdowy mecz z Mallorcą będzie gotowy. Świetną wiadomością dla trenera jest też powrót Luisa Suáreza, który w styczniu musiał przejść operację kolana i wyglądało, że sezon ma z głowy. Real liczy na innego rekonwalescenta Edena Hazarda.

Kalendarz w Hiszpanii ułożono tak, by walka o punkty toczyła się niemal bez przerwy. Wiele meczów, jak rozpoczynające maraton czwartkowe derby Sewilli, wyznaczono na godzinę 22.00 ze względu na panujące w dzień wysokie temperatury.

Późnym wieczorem trzeba będzie grać również we Włoszech. Pierwszym testem będą półfinały krajowego pucharu. W piątek o 21.45 Juventus podejmie Milan (pierwszy mecz 1:1), a dzień później o tej samej porze Napoli zmierzy się z Interem (1:0 dla drużyny Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego).

Włochy: najpierw Puchar

Włosi przyjęli inną strategię niż reszta Europy, postanowili najpierw wyłonić triumfatora Coppa Italia (finał w następną środę), a dopiero potem dokończyć Serie A (start 20 czerwca). Przygotowali się też na czarny scenariusz.

Jeśli koronawirus znów storpeduje rozgrywki, mistrza, pucharowiczów i spadkowiczów mają wyłonić play-offy. Gdyby jednak i to stało się niemożliwe, kolejność w tabeli zostanie ustalona na podstawie specjalnego algorytmu (średnia punktów z dotychczasowych spotkań pomnożona przez liczbę pozostałych meczów i dodana do obecnego dorobku) – bez przyznawania tytułu.

Do rozegrania pozostało 12 kolejek, Juventus wyprzedza o punkt Lazio.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA