fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Niemcy wyznaczają kierunek

AFP
Przez koronawirusa stracą wszyscy, wychodzenie z kryzysu może trwać latami. Ale dokończenie sezonu pozwoli choć w części ratować finanse, słabszych być może uchroni przed upadkiem. W sobotę wraca pierwsza z wielkich lig - niemiecka Bundesliga. W kolejce czeka już Ekstraklasa.
- Wznowienie Bundesligi to wynik konstruktywnego dialogu i starannego planowania między futbolowymi władzami a politykami. Jestem przekonany, że Niemcy będą dla wszystkich doskonałym przykładem - mówi szef UEFA Aleksander Ceferin.

Słoweniec odetchnął z ulgą, bo wcześniej rozgrywki zakończyli Holendrzy i Francuzi, a prezydent tego ostatniego kraju Emmanuel Macron miał podobno naciskać na niemieckich polityków, by postąpili tak samo. Kanclerz Angela Merkel posłuchała jednak przywódców landów i dała piłkarzom zielone światło.
Szybciej sezon wznowiono tylko na Wyspach Owczych, ale tamtejszym futbolem  emocjonować się trudno. Nawet w czasach posuchy. Co innego Bundesligą, w której gra Robert Lewandowski i kilku innych reprezentantów Polski.

Według magazynu "Kicker", mecze przy pustych trybunach to dla 36 klubów 1. i 2. Bundesligi 90 mln euro straty, ale dokończenie sezonu pozwoli im zyskać 300 mln z tytułu praw telewizyjnych. Niektórym ta finansowa kroplówka uratuje życie. Podjęto decyzję, że w razie konieczności spotkania odbędą się na neutralnych stadionach, a widzowie będą mogli wybrać transmisję z nagranym dopingiem z trybun.

- To będzie jedyne sportowe wydarzenie pokazywane obecnie na żywo na całym świecie. Spodziewam się, że przed telewizorami zasiądzie miliard kibiców - mówi Karl-Heinz Rummenigge, szef broniącego tytułu Bayernu.

- Gdy byłem młodym chłopakiem, "Made in Germany" było marką samą w sobie. W ostatnich latach trochę straciliśmy, ale teraz mamy okazję to reaktywować.


Polska: szansa na promocję

Dwa tygodnie po Bundeslidze, 29 maja, ma wrócić Ekstraklasa. W tym samym czasie co rozgrywki w Serbii, na Węgrzech czy na Ukrainie, kilkanaście dni przed ligami hiszpańską, włoską i angielską.

To wszystko sprawiło, że transmisjami meczów Ekstraklasy zainteresowały się telewizje z kilku krajów Europy (m.in. Portugalia, Włochy, Rumunia, Grecja, Izrael) oraz Azji. Wpływy z praw międzynarodowych za ten sezon mają wynieść 7 mln zł. Ale ważniejsza od zysków jest promocja na nowych rynkach i poszerzenie bazy kibiców. Od strony realizacji telewizyjnej produkt jest najwyższej jakości. Stadiony, nawet puste, nie wstyd pokazać światu. Gdyby jeszcze do poziomu dostosowali się piłkarze, możnaby liczyć na sukces.

To jednak lokata długoterminowa. Dla klubów dziś celem numer jeden - poza walką o mistrzostwo, puchary i utrzymanie - jest ostatnia, czwarta transza pieniędzy z tytułu praw telewizyjnych. To około 67 mln zł.
Umowa skonstruowana jest tak, że premiuje drużyny z czołówki. Szacuje się, że prowadząca obecnie Legia uzyskałaby 19 mln, drugi Piast - 13 mln, a trzecia Cracovia - 10 mln. Ale już zajmująca 13. miejsce Wisła Kraków otrzymałaby tylko 150 tys., choć w tym roku jest najlepiej punktującym zespołem. Nic dziwnego, że nie wszyscy powrót na boiska przyjęli z równym entuzjazmem. Drużyny z dołu tabeli od telewizji dostaną mało, wpływów z biletów nie będzie, a w dodatku można spaść do pierwszej ligi.

Włochy: jeden zakażony, wszyscy na kwarantannę

W poniedziałek włoskie kluby mają rozpocząć treningi w grupach, ale wznowienie sezonu 13 czerwca wciąż stoi pod znakiem zapytania.

W Serie A wykryto dotąd najwięcej przypadków koronawirusa u piłkarzy. Tylko w ostatnim czasie tamtejsze media informowały o zakażonych w Torino, Fiorentinie, Sampdorii i Milanie. Wcześniej chorował m.in. obrońca reprezentacji Polski Bartosz Bereszyński oraz trzech graczy Juventusu, w którym bramkarzem jest Wojciech Szczęsny. Jeden z nich Paulo Dybala leczył się ponad miesiąc. Dlatego też we Włoszech obowiązywać miały surowsze zasady niż w innych krajach. Jeden pozytywny wynik testu miał skutkować objęciem dwutygodniową kwarantanną całego zespołu, co spotkało się ze sprzeciwem klubów.

Powrót Serie A dzieli opinię publiczną. - Nie rozumiem, skąd ten pośpiech. Moglibyśmy poczekać, sprawdzić, czy model niemiecki działa i ewentualnie wziąć z nich przykład - uważa były selekcjoner reprezentacji Włoch Cesare Prandelli. Fabio Capello bardziej niż wirusa obawia się jednak plagi kontuzji. - Zawodnicy nie mogli trenować optymalnie, pracowali w domach, a teraz chcą szybko odzyskać formę. Ryzyko urazów mięśniowych będzie bardzo duże - ostrzega były piłkarz i trener Milanu i Juve.

Kluby czekają na ostatnią ratę z praw telewizyjnych (220 mln euro), ale nadciągający kryzys nie przeszkadza niektórym planować ogromnych inwestycji. Milan i Inter chcą wybudować nowy stadion, a właściwie cały kompleks sportowo-rekreacyjny, którego koszt szacowany jest na ponad miliard euro.

Hiszpania: bezpieczniej niż na rybach

Modernizacja stadionu, a także wielkie transfery z Kylianem Mbappe na czele marzą się również prezesowi Realu Madryt Florentino Perezowi.

Królewscy co roku znajdują się w czołówce rankingu klubów z największymi przychodami, na razie nie musieli dokonywać ostrych cięć, piłkarzom obniżono pensje tylko o dziesięć procent (dla porównania w Barcelonie aż o 70 proc.). Ale zarówno w Madrycie, jak i w Katalonii sporą część budżetów stanowią wpływy ze sprzedaży biletów i pamiątek, więc dalsze oszczędności będą nieuniknione. Straty z powodu pustych trybun oblicza się na ponad 100 mln euro.

Nic dziwnego, że dominuje chęć powrotu na boiska. Niezdecydowanych szef ligi Javier Tebas przekonuje, że gra w piłkę może być bezpieczniejsza niż praca w fabryce czy łowienie ryb na pełnym morzu, nie mówiąc o zakupach w supermarkecie. Grozi też walkowerami i degradacją. Przypomina, że futbol to ważna część hiszpańskiej gospodarki, a niedokończenie rozgrywek kosztowałoby kluby 700 mln euro.

- Spodziewaliśmy się 25-30 pozytywnych testów wśród zawodników. Mamy tylko kilka. To dobry znak - twierdzi Tebas, który chce, by sezon został wznowiony 12 czerwca. Mecze mają się odbywać codziennie o 19.30 i 21.30, w weekendy także we wczesnych godzinach, by mogli je obejrzeć kibice w Azji.


Anglia: spór o stadiony

Od tygodni trwają wideokonferencje i narady w sprawie przyszłości Premier League, ale "Projekt Restart" - jak nazwano wznowienie rozgrywek - utknął na mieliźnie. Liga miała ruszyć 12 czerwca, jednak wciąż brak porozumienia między klubami. Dziś kością niezgody jest gra na wybranych, neutralnych arenach.
Zdaniem władz ligi to jedyne rozwiązanie gwarantujące stuprocentowe bezpieczeństwo. Żaden zespół nie podejmowałby rywali w swoim mieście, co w założeniu miałoby zapobiec gromadzeniu się kibiców przed stadionami. Ale takie tłumaczenia nie wszystkich przekonują.

Premier Boris Johnson dał zielone światło do powrotu na boiska, jednak coraz głośniej obawy wyrażają sami piłkarze. Niektórzy podobno już zapowiedzieli, że nie stawią się w poniedziałek na pierwszych wspólnych treningach.

- Rząd mówi, że chce poprawić morale narodu, ale mnie to kompletnie nie obchodzi. Życie ludzi nadal jest zagrożone. Nie powinniśmy rozmawiać o futbolu, dopóki liczba zakażeń gwałtownie nie spadnie - denerwuje się obrońca reprezentacji Anglii Danny Rose.

Dążenie do wznowienia rozgrywek jest jednak silne, wizja strat sięgających prawie miliard funtów działa na wyobraźnię. Trzy czwarte to pieniądze z tytułu praw telewizyjnych. "Guardian" informuje, że nawet w przypadku dokończenia sezonu wypłata za transmisje może zostać pomniejszona o 300-350 mln ze względu na dodatkowe koszty nadawców związane ze zmianą terminarza czy wycofanie się reklamodawców.

Źródło: Parkiet
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA