fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Stefan Szczepłek: Za wcześnie na spokój

Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek
Shutterstock
W czwartek Polacy grają w Rydze z reprezentacją Łotwy. Łotysze przegrali wszystkie eliminacyjne mecze, stracili w nich 21 goli, a zdobyli tylko jednego.

Ściślej rzecz biorąc, ten jedyny padł po samobójczym strzale macedońskiego obrońcy. Z wszystkich 55 reprezentacji, które przystąpiły do eliminacji mistrzostw Europy, tylko San Marino ma gorszy bilans.

Z kolei Polska z czterema zwycięstwami, remisem i jedną porażką jest w luksusowej sytuacji. Powinniśmy więc niespiesznie przygotować sobie herbatę, usiąść przed telewizorem i spokojnie czekać na gole Roberta Lewandowskiego i jego kolegów w Rydze.

Teoretycznie tak. Tyle że trudno mieć do naszej drużyny zaufanie. Należą się jej pochwały za cztery zwycięstwa z rzędu, niektóre wyszarpane po przeciętnej, ale przecież skutecznej grze. Nabraliśmy wiary, bo te zwycięstwa przyszły wtedy, kiedy były najbardziej potrzebne: po serii sześciu spotkań bez wygranej.

I kiedy wydawało się, że zawodnicy dogadali się między sobą, a trener z nimi, i będzie jeszcze lepiej, zaczęły się problemy. Najpierw w Lublanie, potem w Warszawie. W ostatnim meczu z Austrią Polacy zagrali wyjątkowo słabo, zostali stłamszeni, przez długie minuty ograniczali się do panicznego wybijania piłki jak najdalej od naszego pola karnego. To nie wynikało z przyjętej taktyki, tylko z niemożności.

W tej sytuacji Jerzy Brzęczek stał się łatwym celem ataków. Przed nim przeżywali to wszyscy trenerzy reprezentacji. Wojciech Szczęsny dał na Twitterze wyraz swojej frustracji z powodu zajęcia miejsca na ławce rezerwowych, mimo że Łukasz Fabiański, na którego selekcjoner postawił, był w meczu z Austrią najlepszym zawodnikiem naszej drużyny.

Zaczęły się normalne po porażkach pytania, które padały i kilka lat temu: dlaczego Robert Lewandowski strzela w Bayernie, a w reprezentacji przestał? I jakoś odpowiedź, że w Bayernie ma lepszych partnerów, nie do wszystkich trafia. Lepiej wytłumaczyć to brakiem chemii, bo na to nie trzeba żadnych dowodów.

Krzysztof Piątek przestał zdobywać bramki w Milanie i ci, którzy widzieli już w nim drugiego Lewandowskiego, nie bardzo wiedzą, co mówić i pisać. Arkadiusz Milik, fakt, że po kontuzji, jest już rezerwowym w Napoli, a Piotr Zieliński wciąż jest i tam, i w kadrze na etapie rozgrzewki. Jana Bednarka już nie kreuje się na nowego Władysława Żmudę, bo w Canal+ można zobaczyć, jak daje (a raczej nie daje) sobie radę w Premier League. Kamil Glik w ostatnim, przegranym, meczu AS Monaco z Montpellier uznany został za najsłabszego w swojej drużynie. Nie pierwszy raz.

Najlepsi łotewscy piłkarze również pracują w zachodnich drużynach, ale nie odgrywają w nich znaczących ról. Wśród powołanych jest aż 11 zawodników, którzy występowali w polskich klubach, jednak poza Denissem Rakelsem żaden nie zapadł nam w pamięć.

Z anonimową piłkarską reprezentacją 2-milionowego kraju, gdzie kiedyś były polskie Inflanty, Polacy powinni się uporać. Tyle że Łotysze kiedyś wygrają, tak jak wygrali już przed laty w Warszawie. Oby nie w czwartek.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA