fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Puchar Narodów Afryki: Szantaż jak zwykle

AFP
Puchar Narodów Afryki bez kłótni o pieniądze, strajków piłkarzy i groźby bojkotu turnieju? Niemożliwe. To już niechlubna tradycja, sprawiająca że zakulisowe gry są często bardziej emocjonujące niż wydarzenia na boisku.

Zmienił się termin mistrzostw (po raz pierwszy rozgrywane są latem), zmienił gospodarz (Kamerun został zastąpiony przez Egipt), ale jedno od lat pozostaje niezmienne: przepychanki piłkarzy z władzami federacji. Ich powód też jest doskonale znany: walka o wyższe premie.

Nagrody w turnieju prezentują się następująco: każdy uczestnik dostaje do podziału co najmniej 475 tys. dolarów, awans do ćwierćfinału wyceniono na 800 tys., a do półfinału na 2 mln. Wicemistrz zarobi 2,5 mln, a mistrz - 4,5 mln.

Nie są to wielkie pieniądze. Więcej można zgarnąć chociażby w trwającym Copa America, którego triumfator wzbogaci się o 6,5 mln dolarów. Nie mówiąc już o mistrzostwach Europy, gdzie za sam udział w przyszłorocznym turnieju każda z 24 drużyn otrzyma do podziału 9,25 mln euro, a zwycięzca może zainkasować łącznie nawet 34 mln.

Różnica jest więc wyraźna, ale też i turniej o mistrzostwo Europy - mimo rosnącej liczby uczestników (już 24 - zresztą podobnie jak tegoroczny PNA) - cieszy się nieporównywalnie większym prestiżem, co przekłada się na zainteresowanie kibiców, sponsorów i mediów. W Polsce żadna z telewizji nie kupiła praw do transmisji PNA. 

Negocjacje pod osłoną nocy

Rozpieszczone kontraktami w europejskich klubach afrykańskie gwiazdy próbują jednak ugrać dla siebie jak najwięcej, szantażując władze rodzimych federacji. Stąd powtarzający się za każdym razem scenariusz, w którym piłkarze straszą, że nie wyjdą na boisko, licząc, że prezesi sięgną głębiej do kieszeni.

Wyspecjalizowali się w tym m.in. Kameruńczycy. Obrońcy tytułu zagrozili, że w ogóle nie polecą do Egiptu, jeśli premia od związku za uczestnictwo w turnieju nie zostanie podwojona. Domagali się 40 mln franków afrykańskich (61 tys. euro) do podziału, choć przed dwoma laty dostali tylko 15 mln.

W dniu planowanej podróży odmówili wyjazdu na lotnisko i pozostali w hotelu. Wystosowali oświadczenie, w którym opisali, jak miały wyglądać ich przygotowania. Jeśli im wierzyć, większość z nich całkowicie lub częściowo opłaciła swoje bilety lotnicze na obóz w Dausze. Sam pobyt sponsorowany był przez Katar, podobnie jak ich podróż powrotna do ojczyzny. Żaden z piłkarzy nie otrzymał premii za udział w Pucharze Narodów Afryki, choć prezydencki dekret z 2014 roku mówi jasno, że wszystkie bonusy, wynagrodzenia za mecze towarzyskie i zgrupowania muszą zostać uregulowane przed startem dużych turniejów. Tak lekceważące – ich zdaniem – traktowanie przez działaczy miało doprowadzić do rezygnacji z gry w kadrze takich zawodników jak Joel Matip (Liverpool), Stephane M’Bia (Wuhan Zall) i Nicolas Nkoulou (Torino).

W negocjacje między kadrowiczami a związkiem włączył się były gwiazdor reprezentacji Samuel Eto’o. Całonocne spotkanie z przedstawicielami rządu przyniosło oczekiwane rezultaty. Federacja przystała na dodatkową premię (równowartość 7,6 tys. euro na głowę), a władze Kamerunu przelały na konta graczy kolejne 30 tys.

Pożyczka w banku

Kamerun i afery finansowe to nierozłączna para. W 1990 roku Nieposkromione Lwy zostały pierwszą drużyną, która awansowała do ćwierćfinału mundialu. Mało jednak brakowało, by do Włoch w ogóle nie pojechały. Człowiek odpowiedzialny za dystrybucję premii uciekł z pieniędzmi. Zapanował chaos, ale jak to często bywa problemy zjednoczyły piłkarzy. Na otwarcie pokonali broniących trofeum Argentyńczyków, później uporali się z Rumunią, porażka z ZSRR nie przeszkodziła im wyjść z pierwszego miejsca w grupie. W 1/8 finału wygrali z Kolumbią po dogrywce i dwóch bramkach 38-letniego Rogera Milli, który na prośbę prezydenta przerwał sportową emeryturę. Zatrzymała ich dopiero Anglia.

Sukcesu nie udało się powtórzyć 14 lat później, choć kameruńska federacja, by spełnić finansowe żądania zespołu, zaciągnęła pożyczkę w banku. Reprezentacja na wysokości zadania jednak nie stanęła. Trzy porażki, jeden strzelony gol i szybki powrót do domu - daleka wyprawa do Brazylii przypominała raczej wycieczkę krajoznawczą niż wyjazd na poważny turniej.

Obawy, że występ w tegorocznym Pucharze Narodów Afryki będzie wyglądał podobnie, miały więc solidne podstawy. Na strachu się jednak skończyło. Trener Clarence Seedorf zapewniał, że późniejszy przylot nie wpłynie na postawę zawodników. Kamerun zaczął od zwycięstwa 2:0 nad Gwineą-Bissau, ale z oceną jego szans trzeba się jeszcze wstrzymać. Przynajmniej do sobotniego spotkania z Ghaną.

Ciekawe, czy gdyby powinęła się im noga, ktoś wpadnie na pomysł, by domagać się od nich zwrotu premii. Dwa lata temu w ten sposób swoich piłkarzy za kompromitujący występ chcieli ukarać politycy z Zimbabwe. Pojawiły się nawet postulaty, by umieścić ich w koszarach - w 2000 roku taki los spotkał zawodników Wybrzeża Kości Słoniowej. 

Zniszczone buty

Wiele wskazuje, że w tym roku postulaty te wrócą niczym bumerang. Zimbabwe rozpoczęło od porażki z Egiptem (0:1), potem zremisowało z Ugandą (1:1) i ma nóż na gardle. W meczu z Demokratyczną Republiką Konga reprezentanci jednego z najbiedniejszych krajów świata mają szansę udowodnić, że na boisku potrafią się rozpychać łokciami równie skutecznie jak przy negocjacyjnym stole. Może wezmą przykład z Nigeryjczyków, którzy mimo walki o należne im premie oraz zemsty faraona (przed inauguracyjnym spotkaniem z Burundi pół zespołu miało kłopoty żołądkowe), jako pierwsi zapewnili sobie awans do 1/8 finału.

Drogowskazem powinna być dla wszystkich postawa Sadio Mane. Gwiazdor Senegalu w niedawnym wywiadzie dla magazynu "France Football" powiedział, że triumf z Liverpoolem w Lidze Mistrzów zamieniłby na sukces w Pucharze Narodów Afryki. Jego reprezentacja od lat jest czołową drużyną Czarnego Lądu, ale w mistrzostwach jeszcze nigdy nie triumfowała. Tylko raz była w finale – w 2002 roku przegrała po rzutach karnych z Kamerunem.

– Powrót do Dakaru z trofeum byłby niezwykłym doświadczeniem. To moje największe i najbardziej szalone marzenie – podkreśla Mane, który piłkarzem chciał zostać tak bardzo, że w tajemnicy przed rodzicami udał się na testy. – Przyjechało 200 czy 300 młodych chłopaków. Kiedy się przedstawiłem, zostałem wyśmiany. Miałem na sobie spodnie, które nie przypominały piłkarskich szortów. A moje buty były całkowicie poszarpane po bokach – naprawiłem je drutem najlepiej, jak mogłem – wspomina napastnik Liverpoolu.

Futbol daje szansę wyrwać się z biedy, ale pamięć o tym, skąd wyszedłeś, często bywa krótsza niż droga na szczyt. Postawa Mane tym bardziej zasługuje na szacunek i naśladowanie. 

Źródło: Parkiet
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA