fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Mali się boją

Dariusz Mioduski, właściciel Legii Warszawa i wiceprezes Europejskiego Stowarzyszenia Klubów
Shutterstock
Klubowy futbol w Europie czeka rewolucja i trzeba zadbać, by nie zyskali tylko ci, którzy już dziś są najbogatsi. A to może być trudne.

Musimy pogodzić się z tym, że naszym celem nie jest elita globalna, tylko europejska – uważa właściciel Legii Dariusz Mioduski. – Takie marki, jak Real, Barcelona czy Juventus, to już dziś brandy światowe.

Właściciel mistrza Polski jest jednocześnie wiceprezesem Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA) – partnera UEFA przy okazji rozmów o nowym kształcie Ligi Mistrzów i pozostałych europejskich pucharów, czy też raczej lig, bo w tę stronę zmierzają zmiany. Champions League zapewne będzie niemal zamkniętą Superligą dla najbogatszych i najpotężniejszych.

I chociaż kibice są w większości oburzeni, Mioduski uważa, że wcale nie jest to zły pomysł. – Polskie kluby powinny mieć łatwiejszą ścieżkę do drugiego z europejskich pucharów, tego, który zastąpi Ligę Europy. Skupić się na rywalizowaniu z Benfiką, Celtikiem czy Anderlechtem, a nie marzyć o elicie. Szczególnie, że w drugim europejskim pucharze będą pieniądze porównywalne z tymi, które dziś są w Lidze Mistrzów – mówi Mioduski, który dużo energii poświęca sprawie reformy europejskich rozgrywek. We wtorek wieczorem wrócił z Nyonu, gdzie debatowano w gronie przedstawicieli klubów.

Nowa Liga Mistrzów

W tej chwili kluby rozmawiają o jedynej propozycji, która leży na stole. Jej autorem jest UEFA, to projekt przedstawiony już jakiś czas temu przez Andreę Agnellego, szefa ECA i zarazem właściciela Juventusu Turyn. Szczegóły nie zostały podane do wiadomości publicznej, ale kilka z nich już zdążyło przeciec do mediów. Pisaliśmy również o tym w „Rzeczpospolitej". W najważniejszych rozgrywkach – Lidze Mistrzów – mają brać udział 32 kluby, podzielone na cztery ośmiozespołowe grupy (każdy uczestnik miałby więc gwarantowane 14 meczów zamiast jak dotychczas sześciu). Z Ligi Mistrzów spadałyby po dwie najgorsze drużyny z każdej grupy.

Cztery zespoły (półfinaliści) awansowałyby do elity poprzez drugi europejski puchar, ten, który według Mioduskiego, ma być miejscem docelowym dla polskich klubów, a tylko o cztery miejsca mistrzowie krajów nam podobnych rywalizowaliby w eliminacjach.

List otwarty Mioduskiego

Kilka dni temu w Madrycie odbyło się spotkanie klubów, które zwołało Stowarzyszenie Lig Europejskich. Szefem jest prezes hiszpańskiej La Liga Javier Tebas, a organizacja, jak sama nazwa wskazuje, skupia przedstawicieli lig, a nie jak ECA – klubów. Przekaz płynący z Madrytu był jednoznacznie negatywny wobec planów reformy.

Tebas i jemu podobni boją się marginalizacji i tak też zmiany w Lidze Mistrzów zazwyczaj są przedstawiane. Jeśli faktycznie każdy klub w Champions League będzie miał do rozegrania 14, a nie sześć meczów, to znaczy, że napakowany do granic możliwości kalendarz piłkarski należy powiększyć o kolejnych osiem terminów. Z UEFA i ECA płynie jasny przekaz, że międzynarodowe klubowe mecze mogą być rozgrywane także w weekendy. A przecież od ponad 100 lat w sobotę i niedzielę grają ligi krajowe.

W mediach pojawiły się alarmujące artykuły wieszczące koniec rozgrywek ligowych w krajach europejskich albo przewidujące, że największe kluby – te skupione na walce w pozbawionej niemal spadków Lidze Mistrzów – będą w domu wystawiać drugą drużynę.

Mioduski tymczasem twierdzi, że dodatkowe terminy na Champions League i europejskie rozgrywki nie muszą oznaczać marginalizacji lig.

– Możliwy jest scenariusz zakładający, że dodatkowe terminy zostaną wykrojone z meczów reprezentacyjnych. Tymczasem przedstawiane jest to jak zagłada rozgrywek krajowych – mówi prezes i właściciel Legii.

Mioduski w środę opublikował list otwarty, w którym atakuje Tebasa, a spotkanie w Madrycie nazywa „show", a nie merytoryczną dyskusją. W liście pisze, że Tebas i European Leagues nie reprezentują małych i średnich klubów i że w interesie klubów pokroju Legii, Lecha czy Anderlechtu lub Sportingu leży reforma rozgrywek mniej więcej na zasadach nakreślonych przez UEFA i ECA.

W skrócie argumentacja właściciela Legii jest następująca: pięć najsilniejszych lig z angielską Premier League na czele dostaje dziś olbrzymie pieniądze z tytułu praw telewizyjnych. Kluby z takich krajów, jak: Polska, Holandia, Grecja czy Czechy, nie mają szans na podobne sumy. Jeśli więc pieniądze w europejskiej piłce zamiast trafiać niemal wyłącznie do pięciu najsilniejszych lig (na straży tego status quo stoi Tebas, według Mioduskiego), zaczną płynąć szerszym strumieniem do europejskich pucharów, skorzystają na tym wszyscy. Najbogatsi będą zarabiać w swojej zacementowanej Lidze Mistrzów, a kluby z: Czech, Polski, Holandii czy Portugalii, w drugim (i trzecim, startującym w 2021 roku) pucharze.

Są białe plamy

Zarówno w liście, jak i na spotkaniu z dziennikarzami Mioduski podkreśla, że propozycje UEFA i ECA nie są idealne. Jako główne zadanie na najbliższe tury rozmów uważa wprowadzenie czegoś, co nazywa „country cap", czyli ograniczenie liczby klubów z każdego kraju, które mogą uczestniczyć w pucharach. Tak, aby za kilka lat (przy systemie awansów i spadków poprzez europejskie rozgrywki) Liga Mistrzów nie była w połowie złożona z klubów angielskich.

W projekcie reformy europejskich rozgrywek straszą jednak białe plamy i mnóstwo niedopowiedzianych detali. Wciąż nie wiadomo, chociażby na jakiej zasadzie ustalony zostanie skład pierwszej edycji nowej Ligi Mistrzów (2024/2025). Czy po prostu będzie decydować sezon w ligach domowych, czy może czteroletni ranking z europejskich pucharów (bardzo prawdopodobna opcja). – Do końca tego roku muszą zostać podjęte decyzje – mówi Mioduski.

Pewne jest tylko jedno: nadchodzi czas zmian i trzeba zrobić wszystko, by czołowe kluby z krajów takich jak Polska nie znalazły się na definitywnym aucie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA