fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Puchar Polski dla Lechii Gdańsk

Piotr Stokowiec, trener Lechii Gdańsk
Fotorzepa/ Grzegorz Rutkowski
Finał stał na bardzo niskim poziomie, ale fanów z Gdańska z całą pewnością nie będzie to dziś martwić.

Pięć minut przed końcem kibice zasiadający na sektorze kibiców Lechii Gdańsk krzyknęli z radości. Równocześnie z ulgą odetchnęli fani neutralni, bo gol Flavio Paixao oznaczał, że nie będę musieli oglądać dogrywki w tym stojącym na zatrważająco niskim poziomie finale. Radość okazała się jednak przedwczesna –sędzia Bartosz Frankowski po konsultacji z VAR-em gola nie uznał.

Gdy wszyscy pogodzili się z tym, że będą musieli oglądać jeszcze pół godziny tego wyrobu piłkarsko-podobnego, prawidłowego gola  – w ostatniej akcji meczu, w siódmej minucie doliczonego czasu – zdobył Artur Sobiech, Chociaż bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że byłemu reprezentantowi Polski tę bramkę podarował bramkarz Jagiellonii Marian Kelemen. Słowak został na linii i nie zrobił kilku kroków, by złapać dośrodkowanie Paixao. Czekał aż piłka wpadnie mu do rąk, ale Sobiech zdążył go ubiec i wepchnął piłkę do siatki.

Tym samym Lechia zdobyła swój drugi Puchar Polski w historii. Po pierwsze trofeum sięgnęła 36 lat temu, w 1983 roku, gdy sprawiła wielką sensację pokonując w finale Piasta Gliwice. Klub z Gdańska grał wtedy na trzecim poziomie rozgrywek (awansował do drugiej ligi), a w nagrodę los przydzielił mu pierwszej rundzie nieistniejącego już dziś Pucharu Zdobywców Pucharów wielki Juventus.

Rozgrywany w trakcie stanu wojennego mecz z Włochami na stadionie przy ulicy Traugutta przeszedł do historii. Zmienił się w wielką manifestację Solidarności, a spotkanie z trybun oglądał przemycony na obiekt Lech Wałęsa. Zdjęcia z tamtego spotkania obiegły świat. Gdy kilka miesięcy później Wałęsa dostał pokojową Nagrodę Nobla wiele zagranicznych gazet ilustrowało artykuły, zdjęciami z trybun  - gdy Wałęsa stoi i z uniesionymi w geście wiktorii palcami i pozdrawia wiwatujące wokół tłumy.

Dziś trudno się spodziewać, by trofeum dla Lechii oznaczało równie piękną historię. Znając polską rzeczywistość piłkarska należy się spodziewać raczej męczarni w rundach przedwstępnych z rywalami o egzotycznych i nic nie mówiących przeciętnemu kibicowi nazwach. Prawdopodobnie Puchar będzie dla Piotra Stokowca i jego zawodników pocieszeniem po przegranym mistrzostwie Polski. W zeszły weekend Lechia przegrała bowiem u siebie z Legią i cztery kolejki przed końcem traci trzy punkty do seryjnego w ostatnich latach mistrza.

Trudno było spodziewać się fajerwerków (oczywiście tych na murawie, te na trybunach były gwarantowane) znając skład finalistów. Ani Lechia ani Jagiellonia nie słyną z ofensywnej piłi. Poziom spotkania był jednak bardzo słaby i kibicom, którzy nie byli emocjonalnie zaangażowani po żadnej ze stron bardzo trudno było go oglądać.

Niestety po raz kolejny finał pucharu był organizacyjną klapą. W zeszłym roku kibice Arki ostrzeliwali z rakietnic sąsiednie trybuny i boisko, dwa la temu raca eksplodowała niemal przy twarzy bramkarza Legii Arkadiusza Malarza, a dymy powodowały przerwanie spotkania na wiele minut. Także i teraz obie grupy kibiców wniosły na Stadion Narodowy pirotechnikę i mecz także został przerwany.

Powtórzył się więc doskonale znany scenariusz, gdy na spowitym dymem stadionie słychać tylko wybuchy kolejnych petard i spikera, który z wielką częstotliwością czyta komunikat o zakazie używania środków pirotechnicznych, a także przypomina kibicom, że utrudnianie identyfikacji  jest zabronione, a szczególnie zakrywanie twarzy.

Jeszcze wcześniej kibic Lechii przez większą część pierwszej połowy stali pod stadionem i nie mogli wejść. Media społecznościowe pełne były zdjęć spod Narodowego, na których widać było wielką kolejkę do bram. Mecz już dawno trwał, gdy PZPN wydał komunikat dotyczący problemów kibiców z wejściem. Można było w nim przeczytać, że „większa część kibiców, nie chcąc poddać się kontroli wejścia polegającej na sprawdzeniu odzieży wierzchniej i bagażu, zaprzestała wchodzenia na obiekt, grupując się przed bramą wejściową. Zebrany tłum dopiero na około godzinę przed rozpoczęciem meczu zaczął napierać na bramę wejściową stadionu (nr 10), podejmując próbę siłowego wtargnięcia na teren obiektu, celem wniesienia środków pirotechnicznych”.

Komunikat nie tłumaczył jednak dlaczego tak wielkie problemy z wejściem mieli też kibice na sektory neutralne, którzy wciąż wchodzili na stadion około 30 minuty spotkania, a wcześniej tłoczyli się pod bramami, pozbawieni jakichkolwiek informacji. W komunikacie federacji można było też przeczytać, że kibice Jagiellonii zastosowali się do wytycznych, zostali przeszukani, i bez problemów weszli na swój sektor. Cóż, jak można było zobaczyć w trakcie meczu te przeszukania na wiele się nie zdały, bo pirotechnika – jak co roku – była jednym z głównych tematów finału Pucharu Polski.

Zdobycie przez Lechię Gdańsk Pucharu Polski oznacza, że czwarte miejsce w tabeli na koniec sezonu, będzie dawało przepustkę do pucharów.

Finał Pucharu Polski

Jagiellonia Białystok – Lechia Gdańsk 0:1

Bramka: Artur Sobiech 90+7

Żółte kartki: Zoran Arsenić (Jagiellonia), Błażej Augustyn (Lechia)

Sędziował: Bartosz Frankowski (Toruń)

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA