fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Tottenham Hotspur: Nie powinno ich tu być

Mauricio Pochettino – człowiek, który odmienił Tottenham
AFP
We wtorek Tottenham gra w Londynie z Ajaxem w półfinale Ligi Mistrzów. To wydawało się niemożliwe, ale takiego słowa nie zna trener Mauricio Pochettino.

Kiedy przed pięcioma laty po kolejnym rozczarowującym sezonie prezes Tottenhamu Daniel Levy decydował się na zatrudnienie młodego, wciąż kiepsko mówiącego po angielsku i niezbyt doświadczonego w Premier League szkoleniowca, ustalił z nim, że gra w Lidze Mistrzów będzie strategicznym celem drużyny, ale dopiero gdy Tottenham przeprowadzi się na nowy stadion, wówczas pozostający jeszcze w planach.

Kiedy nazwisko argentyńskiego trenera stało się jednym z najgorętszych w Europie, a możliwość jego zatrudnienia rozważały Manchester United i Real Madryt, Pochettino przypominał dziennikarzom, że Tottenham po prostu zrealizował scenariusz przed czasem: ten sezon jest już trzecim z rzędu, kiedy występuje w Champions League, z roku na rok osiągając coraz więcej.

Awans do półfinału to największe osiągnięcie klubu w dziejach tych rozgrywek, dorównujące jedynie występowi w półfinale Pucharu Europy z Benficą Eusebio sprzed 57 lat, zresztą w sezonie pamiętnym także z wcześniejszych bojów z Górnikiem Zabrze.

Zaciskając pasa

Do pierwszych dni lipca aż dziewięciu graczy pierwszej drużyny – Anglicy, Belgowie i Francuz – uczestniczyło w walce o mistrzostwo świata w Rosji, wracali więc do ligowych zmagań z marszu, niemal bez okresu przygotowawczego, później płacąc za to kontuzjami i – w przypadku kapitana drużyny, wypalonego po zwycięskim mundialu bramkarza Hugo Llorisa – alkoholowym skandalem.

Fazę grupową Champions League zaczęli fatalnie (tylko punkt po pierwszych trzech kolejkach) i awans wywalczyli dopiero w ostatnich minutach ostatniego meczu. Przez wiele tygodni, także w dramatycznym ćwierćfinale z Manchesterem City, podczas którego o sukcesie Tottenhamu przesądziły aż dwie interwencje VAR, musieli grać bez najlepszego napastnika, leczącego uraz kostki Harry'ego Kane'a. Wcześniej ściskali kciuki, by drugi snajper, Koreańczyk Heung Min Son, zakończył sukcesem rywalizację o Puchar Azji i za zasługi dla ojczyzny uzyskał zwolnienie od obowiązkowej w tym kraju blisko dwuletniej służby wojskowej.

Przez wiele miesięcy, w związku z opóźnionym aż o trzy kwartały oddaniem nowego stadionu, musieli grać de facto na wyjeździe: kibice Tottenhamu domowe mecze oglądali na wynajmowanym Wembley, gdzie ich doping słabł proporcjonalnie do wzrostu frustracji związanej z męczącymi wyprawami na drugi koniec miasta. Kiedy przed pierwszym ćwierćfinałem LM z Manchesterem City zawodnik gości Kevin de Bruyne mówił, że nie sądzi, by ukończony dopiero w pierwszych dniach kwietnia tego roku stadion mógł być atutem Tottenhamu, gracze tej drużyny odpowiadali, że Belg nie ma pojęcia, co to znaczy przez półtora sezonu tułać się po obcych szatniach.

Koszt budowy nowej siedziby, w związku z brexitem i osłabieniem funta, rósł w tym czasie dramatycznie: kiedy rozpoczynano budowę, mowa była o kilkuset milionach, teraz wiadomo, że trzeba było wydać ponad miliard funtów.

Ciułający na dokończenie budowy prezes Levy oświadczył trenerowi, że będzie mógł wzmocnić drużynę nowymi zawodnikami jedynie w przypadku, gdy wcześniej kogoś sprzeda, a że ta sztuka się nie udała, mamy do czynienia z jedynym z czołowych klubów Europy, który w ciągu kolejnych dwóch okienek transferowych nie zainwestował w nowych graczy ani jednego euro. Inna sprawa, że nawet gdyby to zrobił, nie kupowałby supergwiazd, choć w ostatnich latach dzięki występom w Lidze Mistrzów awansował na dziesiąte miejsce na liście najbogatszych klubów świata, to od piątki angielskich potentatów, Manchesteru United, Manchesteru City, Liverpoolu, Arsenalu i Chelsea, dzieli go finansowa przepaść. W Tottenhamie nie bije się transferowych rekordów i nie zatrudnia piłkarzy na oszałamiająco wysokich kontraktach.

Wielokrotnie w trakcie obecnych rozgrywek wydawało się, że podopieczni Pochettino pracują ze sobą zbyt długo, że zaczynają być sobą zmęczeni, że cykl tej drużyny już się dopełnił zgodnie z teorią legendarnego szkoleniowca Manchesteru United sir Aleksa Fergusona, który co trzy lata dokonywał bezwzględnego czyszczenia szatni, sprowadzając nowych zawodników i powodując, że tym, którzy ocaleli po czystce, znów chciało się chcieć.

Miły i fajny

Nade wszystko jednak nie powinno ich tu być, bo to przecież Tottenham – drużyna, której charakter najlepiej zdefiniował w autobiografii Roy Keane. Irlandzki twardziel wspominał, jak podczas jednej z odpraw przed meczem z londyńczykami z niechęcią oczekiwał na mające zmotywować piłkarzy wystąpienie trenera. „Przecież wszyscy wiemy, jaki jest Tottenham – myślał sobie. – Miły i fajny, ale i tak mu wp...my".

Do tego właśnie wizerunku rywali odwoływał się również obrońca Juventusu Giorgio Chiellini, tłumacząc, dlaczego w ubiegłorocznym ćwierćfinale Champions League, mimo iż w Turynie piłkarze z Londynu zremisowali 2:2, a u siebie objęli prowadzenie jeszcze w pierwszej połowie, to on i jego koledzy ani przez chwilę nie zwątpili w awans i faktycznie – po godzinie gry szybko strzelili dwa gole, podcinając tym samym skrzydła Kogutów. „Taka jest właśnie historia Tottenhamu – mówił potem reprezentant Włoch. – Niby stwarzają mnóstwo sytuacji i strzelają wiele bramek, ale ostatecznie zawsze im czegoś brakuje".

Lista nieszczęść dopadających ten klub jest naprawdę długa, a pech nie ogranicza się do sytuacji boiskowych. W pamięci zranionych kibiców są nieuznane gole – jak ten Miguela Pedro Mendesa na Old Trafford, gdy Portugalczyk popisał się pięknym lobem z połowy boiska, a sędzia nie zauważył, że w trakcie spóźnionej interwencji golkiper Manchesteru United wygarnął z bramki piłkę znajdującą się już dobry metr poza linią. Albo gole uznane, tyle że dla przeciwników – jak ten Juana Maty w meczu z Chelsea, gdy pomocnik rywali trafił piłką w kłębiący się przed linią gąszcz zawodników i uniósł ręce w geście triumfu, a sędzia wziął to za dobrą monetę.

O meczach takich jak z Manchesterem United w lidze czy z Manchesterem City w Pucharze Anglii, gdy prowadząca 3:0 do przerwy drużyna Tottenhamu traciła w drugiej połowie pięć lub cztery bramki, można nawet nie wspominać. Albo o takich golach jak zdobyty przez Newcastle w ligowym spotkaniu natychmiast po rozpoczęciu gry: rywale trafiali do siatki w momencie, gdy zawodnicy Tottenhamu sznurowali jeszcze buty. W jednym z prestiżowych angielskich słowników znaczenie słowa „lackadaisical" (bujający w obłokach, żałośnie słaby) jest objaśnione opisem zachowania obrońców Tottenhamu. Przymiotnikiem „spursy" z kolei określa się cieniasów, którzy w drodze do celu wywracają się na prostej drodze.

Bodaj czy nie najwięcej bólu fanom Kogutów sprawiają jednak wspomnienia takie jak z ostatniej kolejki sezonu 2005/2006, kiedy upragniony awans do Champions League był na wyciągnięcie ręki, ale większość zawodników w przeddzień rozstrzygającego meczu zatruła się w hotelu nieświeżą lazanią i po nocy torsji i rozwolnienia nie byli w stanie nawiązać walki z West Hamem. Albo z sezonu 2011/2012, który udało się skończyć na czwartym miejscu w Premier League, dającym prawo gry w Lidze Mistrzów, ale potem trzeba było patrzeć, jak w finale tejże Chelsea (w tabeli angielskiej ekstraklasy daleko za Tottenhamem) wygrywa z Bayernem i w związku z tym odbiera rywalom z północnego Londynu ciężko wywalczone miejsce w europejskiej elicie

A do tego wypadałoby jeszcze dodać transfery: tyle razy w Tottenhamie rozkwitał jakiś talent – weźmy na przykład Lukę Modricia czy Garetha Bale'a, o Dymitarze Berbatowie czy Solu Campbellu, który przeszedł do znienawidzonego Arsenalu, nie wspominając. No i pochopne zachowania prezesa, który przed zatrudnieniem Pochettino tyle razy zwalniał trenerów, wpadając zwykle z deszczu pod rynnę, że kiedy opisywałem tę historię w książce „Futbol jest okrutny", na kibicowskie motto wybierałem zdanie: „Jakby dobrze podsumować, moje życie składa się niemal wyłącznie z nietrafionych decyzji klubowego zarządu".

Pusta gablota

Afera z nieświeżą lazanią dotknęła klubu za czasów Martina Jola. Jego następca Juande Ramos wygrał wprawdzie Puchar Ligi, ale piłkarze narzekali na serwowane im przez Hiszpana dietetyczne papki kojarzące się raczej z jedzeniem dla niemowląt. Pod koniec jego pracy Tottenham był pewnym kandydatem do spadku z Premier League. Uratował go Harry Redknapp, którego nie obchodziło, ile keczupu leją na pizzę zawodnicy, i który po raz pierwszy w dziejach Tottenhamu awansował do Champions League, ale został zwolniony w kolejnym sezonie – właśnie po monachijskim sukcesie Chelsea.

Następcą Redknappa został młodszy o dwa pokolenia i z pewnością myślący o piłce nowocześniej od Anglika Portugalczyk Andre Villas-Boas. Jednak także on nie przebił szklanego sufitu, a po odejściu Bale'a i zmarnowaniu pieniędzy z jego rekordowego transferu na w większości nieudane zakupy podzielił los poprzedników.

Pochettino (przed nim, a po Villasie-Boasu pracował jeszcze w Tottenhamie Tim Sherwood) obejmował więc klub z tradycjami, ale którego gablota z trofeami od lat pozostawała pusta. Klub, w którym zamiłowanie do błyskotliwych rozgrywających, bajecznych skrzydłowych, eleganckich napastników (o Modriciu czy Bale'u była już mowa, ale nie wypada w tekście o tej drużynie nie wymienić nazwisk takich jak: Glenn Hoddle, Paul Gascoigne, David Ginola, Gary Lineker czy Juergen Klinsmann) zwykle nie szło w parze z dyscypliną taktyczną, ostrożnością w defensywie, a nade wszystko: odpornością psychiczną. Kiedy Tottenham tracił bramkę, zwłaszcza w pierwszej fazie meczu, spuszczenie głów było normą.

Jako piłkarz Pochettino był twardym środkowym obrońcą, a trenerskiego fachu uczył się od argentyńskiego arcykapłana pressingu Marcelo Bielsy. Obdarzony przez niemającego już nic do stracenia prezesa pełnym zaufaniem, pozbył się przepłacanych i zdemoralizowanych gwiazdek w rodzaju Emmanuela Adebayora, dając szanse młodym wychowankom. Już w Southampton zaczął seryjnie dostarczać zawodników reprezentacji Anglii, w Tottenhamie ich liczba dobiła do piętnastu. Największymi talentami okazali się Harry Kane i Dele Alli, ale oprócz nich Gareth Southgate powołuje także Erica Diera, Danny'ego Rose'a, Kierana Trippiera i Harry'ego Winksa.

Co jednak ważniejsze od talentu, to charakter tych graczy. Alli, chłopak z rozbitej rodziny, czasem fotografowany z efektownymi partnerkami w nocnych klubach, pod okiem Pochettino przestał nurkować w polu karnym i wdawać się w bójki z rywalami, ale nie przestał być – jak go nazywa trener – „dzikim koniem". Maksyma Roya Keane'a od dawna nie znajduje tu zastosowania. „Miła i fajna" niegdyś ekipa należy do biegających najwięcej i walczących najbardziej zażarcie.

Pytany o transfery Pochettino przez ostatnie lata mówił, że woli inwestować w pracę z tymi, których ma do dyspozycji, i pilnować, by jakaś zmanierowana gwiazda nie zepsuła mu budowanej atmosfery. Pracując nad nią, sięga zresztą po metody niekojarzące się z futbolem. Podczas jednego z okresów przygotowawczych piłkarzom zaaplikowano ćwiczenie oparte ponoć na starym rytuale z Oceanii: stawali naprzeciwko siebie, przykładając sobie do gardeł łucznicze strzały i przyciskając tak długo, aż się łamały. Miało ich to nauczyć wzajemnego zaufania. Jego czas w Tottenhamie znaczą zmiany ról poszczególnych graczy, zmiany przypisanych im pozycji, a także zmiany formacji. Kiedyś ustawiani w nieco sztywnym 4-2-3-1, teraz bez problemu, nawet kilka razy w ciągu meczu, przechodzą np. na grę trójką obrońców i dwójką napastników.

Budowanie związków

Argentyńczyk mówi, że taktyka jest niczym innym jak tylko relacją między kolegami z drużyny: że tak jak odnoszą się do siebie w klubowej kantynie, szatni czy podczas podróży – tak będą razem działać podczas meczu. Korzysta więc z danych o przeciwnikach, komputery jego współpracowników puchną od statystyk. Piłkarze trenują opakowani w aparatury analizujące poziom zmęczenia i prawdopodobieństwo kontuzji. Pochettino uważa jednak, że kluczem do trenerskiego sukcesu jest samo bycie z zawodnikami i dla nich. W jego wywiadach nie brakuje zdań o empatii jako metodzie skutecznego przywództwa. „Dzieciaki także mogą odczuwać pasję, ale musisz im pomóc ją odkryć, pomóc odnaleźć inspirację – tłumaczy swój częsty udział w gierkach treningowych. – Bardziej niż ich motywować, powinieneś o nich zadbać. Zamiast oglądać w kółko mecze rywali, poświęcić czas swoim zawodnikom: zrozumieć, jak myślą, jak żyją i czego potrzebują".

Takie zdania nie kojarzą się raczej z trenerską nowomową. „W dzisiejszych czasach wszystko sprawia, że relacje między ludźmi są chłodniejsze – mówi Pochettino. – Budowanie związków, spojrzenie w oczy, dotyk sprawiają coraz większą trudność, a wszystko próbuje się załatwić za pośrednictwem esemesów, WhatsAppa czy Skype'a. To nasza odpowiedzialność – ludzi starszej generacji – pokazywać młodym, jak ze sobą rozmawiać, jak być w relacji. A piękno piłki nożnej wynika właśnie z tych rzeczy".

Bycie w relacji zakłada oczywiście prawo do błędu: kiedy w meczu fazy grupowej z Barceloną młody obrońca Kyle Walker-Peters stracił piłkę, co skończyło się bramką dla rywali, a przez następne minuty przypominał tykającą bombę, Pochettino nie zdjął go z boiska i tak długo zachęcał do dalszej gry, aż młodzian zebrał się w sobie i wkrótce fantastyczną interwencją uratował drużynę przed stratą kolejnego gola. Jak to ujął jeden z biografów Argentyńczyka, nawet po upływie dziesięcioleci opisujący ten etap dziejów Tottenhamu badacze dziwić się będą, że przebudowa całego klubu opierała się w gruncie rzeczy na jednym człowieku, niestrudzenie przekonującym wszystkich, jacy są i mogą być świetni.

Energia wszechświata

Wygląda więc na to, że aby zmienić klubowe DNA, niepotrzebne jest ani zatrudnienie trenera z mnóstwem tytułów, ani naruszenie budżetowej równowagi. Pochettino mówi wprawdzie, że aby zrobić ostatni krok dzielący Tottenham od europejskiej elity, potrzebna będzie także korekta klubowej polityki finansowej, ale i bez niej zdecydował się przedłużyć umowę o kolejne pięć lat. Pucharu żadnego wciąż nie zdobył, ale nikt nie ma wątpliwości: na stadionach Anglii i kontynentu zrobił więcej, niż się po nim spodziewano. W jakimś sensie jest nawet ofiarą własnego sukcesu. Wciąż nie mając takich środków jak najwięksi rywale – i nie mając takiej jak w ich klubach wieloletniej kultury wygrywania – jest oceniany wedle tych samych kryteriów co Pep Guardiola, Jose Mourinho czy Juergen Klopp.

Może najdziwniejsze w wywiadach trenera Tottenhamu są uwagi na temat zjawiska, które określa mianem „energii wszechświata". „Wierzę, że wszystko jest połączone i nic nie dzieje się bez przyczyny" – mówił dziennikarzom, zresztą w kontekście pytania, dlaczego najwięcej bramek Harry Kane strzela w meczach derbowych. Energię mają ludzie, miejsca, chwile i sytuacje, a coś, co właśnie robimy w Krakowie czy Warszawie, ma wpływ na wydarzenia w Londynie czy Buenos Aires – uważa trener Tottenhamu. „Nasze wybory, nasze relacje – wszystko jest kwestią energii" – tłumaczy w mającej wkrótce ukazać się po polsku książce Guillema Ballague'a.

Kiedy przeczytałem te słowa, przypomniało mi się jeszcze jedno zdarzenie z kategorii: „nie powinno ich tu być". Otóż w pierwszych dniach stycznia tego roku Tottenham grał wyjazdowy mecz Pucharu Anglii z czwartoligowym Tranmere. Był faworytem, łatwo zdobywał bramki – doprawdy wydawało się, że w decyzji o wpuszczeniu na boisko w końcówce Harry'ego Kane'a nie ma żadnego sensu. Kapitan reprezentacji Anglii zakończył właśnie rok, w którym zagrał aż 62 spotkania, i nawet w fakcie, że w ogóle Pochettino zabrał go na spotkanie ze słabeuszami, na kiepskie boisko kilkaset kilometrów od Londynu, było coś urągającego logice. „Chodziło o szacunek dla widzów i dla rywali – tłumaczył jednak na pomeczowej konferencji trener Tottenhamu. – Oni nie będą mieli zbyt wielu okazji do obejrzenia Kane'a na żywo. Atmosfera na stadionie była wspaniała, po prostu wypadało dać tym ludziom możliwość popatrzenia, jak gra angielska ikona".

Jeśli wszystko jest połączone, takie decyzje muszą być kiedyś wynagradzane. W sumie to już się nie dziwię, że Tottenham zagra w półfinale Ligi Mistrzów.

Michał Okoński jest dziennikarzem „Tygodnika Powszechnego", autorem książki i bloga „Futbol jest okrutny". Tottenhamowi kibicuje od 1987 r.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA