fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Piotr Stokowiec: Bronię swojego zawodu

PAP
Trener Lechii Gdańsk Piotr Stokowiec o karuzeli zwolnień w ekstraklasie.

Na konferencji po ostatnim meczu wolał pan więcej mówić o zwolnieniu trenera Arki Zbigniewa Smółki niż o grze. A przecież powinien się pan już przyzwyczaić do takich sytuacji.

Wciąż nie mogę. Utrata pracy jest wpisana w nasz zawód, ale forma, w jakiej dziękuje się nam za pracę, jest zazwyczaj nie do zaakceptowania. Jeśli klub zwalnia trenera na godzinę przed ważnym meczem, to nie jest normalne.

Właściciel Arki ma dwadzieścia kilka lat. Dostał klub w prezencie od ojca. Skąd on ma wiedzieć, jak się zachować?

To jest właśnie problem naszych klubów, że trudno znaleźć w nich coś takiego jak ogłada, elegancja w postępowaniu. To wpływa na wizerunek piłki, który powinni budować wszyscy, począwszy od dziennikarzy. Jak można ocenić pracę trenera po kilkunastu meczach, które przepracował Adam Nawałka? On jeszcze nie zdążył w tym czasie poznać drużyny. W Anglii też się zwalnia trenerów. Ale tam przyjęto niepisaną zasadę, że można ich ocenić po rozegraniu co najmniej stu meczów.

W Polsce nikt nie ma na to czasu.

No właśnie. Bo u nas strategia klubów jest budowana na oczekiwaniach kibiców, a zawsze jest problem z oszacowaniem celu. A jeśli coś idzie nie tak, rodzą się rozczarowania, stresy, a ostatecznie konflikty. I wtedy w świetle kamer podejmuje się pochopne decyzje, za którymi kryją się już niewidoczne ludzkie dramaty.

Jako szef klubu zatrudniłbym takiego trenera, o którym wiem, że zrealizuje mój cel.

Zgoda, ale musiałby pan stworzyć mu po temu warunki. Trener jest tylko od przygotowania zespołu do gry, a obarcza się go winą za wszystkie bolączki. On świeci oczami, a przecież nie jest od kreowania filozofii klubu. Najłatwiej zrzucić winę na niego.

Ale to prezes wybiera trenera, a nie odwrotnie.

To się nie zmieni. Dlatego trzeba dobrać do realizacji swoich celów odpowiedniego trenera. Często kluby nie mają ani bazy do treningów, ani filozofii w głowach zarządzających, czekają, że przyjdzie trener i wszystko załatwi.

 

Ale w Lechii widać zmiany na lepsze. Do niedawna miałem wrażenie, że klub, którego prezesem jest były menedżer piłkarzy, jest nastawiony nie na wynik, ale właśnie na promocję tych piłkarzy. Teraz już nie.

W Gdańsku robię mniej więcej to samo co w Lubinie, realizuję strategię zaleconą przez zarząd i radę nadzorczą. Lechia obrała inny kierunek od jakiegoś czasu. Jako trener też staram się podpowiadać swoje przemyślenia i strategię. Obecnie, podczas przerwy na mecze reprezentacji, aż siedmiu zawodników pojechało na zgrupowania kadr młodzieżowych. Idziemy w dobrym kierunku.

Ale w styczniu zawodnicy Lechii domagali się zaległych pieniędzy.

Dziś sytuacja jest bardzo stabilna, nie ma zaległości.

Pan jako jeden z niewielu trenerów kończył stacjonarne studia AWF.

Nie ma wielu trenerów, którzy przeszli prawdziwe studia. Zastępują je szybkie kursy. Ja zrezygnowałem z gry w drugoligowej Koronie Kielce, żeby studiować na AWF w Warszawie. Grałem wtedy w czwartoligowym AZS. Ale miałem na studiach fizjologię, psychologię, do której zachęcił mnie doktor Marek Graczyk. Etyki zawodu uczyli mnie Jerzy Talaga i Rudolf Kapera. To były postacie. Widzi pan dzisiaj jakieś autorytety w środowisku piłkarskim?

Stawia mnie pan w trudnej sytuacji.

Moim mentorem był Paweł Janas, z którym pracowałem w Widzewie i Polonii. Człowiek o wysokiej etyce i czymś niezwykłym w naszym zawodzie: on koledze po fachu nie zazdrościł, nie był zawistny. Był rzetelny, kulturalny i uczciwy w swojej pracy. I umiał się zachować po porażce. To są moje wzory. Tylko że cechy prezentowane przez panów Talagę, Kaperę czy Janasa odeszły do przeszłości. Liczy się cwaniactwo, przebojowość, a łamanie zasad jest uznawanie za zaletę. Proszę pomyśleć o tym wszystkim, kiedy pan słyszy o zwolnieniu kolejnego trenera.

Pan jest jedynym sprawiedliwym?

Proszę nie żartować. Uczyłem się od fachowców i fachowcami staram się otaczać. Jako trener muszę umieć połączyć świat dwudziestoletniego piłkarza, skoncentrowanego na żelu, „furze i komórze” ze światem ludzi dorosłych: lekarzy, fizjoterapeutów, analityków. Muszę uświadomić zawodnikom, czym jest motywacja zewnętrzna, sprowadzająca się między innymi do warunków kontraktu, a czym wewnętrzna, polegająca na dążeniu do doskonałości. Dlatego jednym z moich najbliższych współpracowników jest Paweł Habrat. Prawdziwy psycholog, pracujący też z najlepszymi polskimi tenisistami czy piłkarzami ręcznymi, a nie jakiś „coach mentalny”, wyciągający pieniądze od naiwnych sportowców. W sztabie znajduje się około dziesięciu osób, a wydaje mi się, że to mało. Inaczej się piłki na miarę marzeń nie zbuduje. Dlatego kiedy widzę, jak się traktuje trenerów, coś się we mnie burzy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA