fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Biała Gwiazda od stu lat. Henryk Reyman przewraca się w grobie

Henryk Reyman – legenda Wisły
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Powstała za czasów Franciszka Józefa, kwitła w międzywojniu, PRL przerobił ją na klub milicyjny, biznesmen Bogusław Cupiał już w wolnej Polsce wpompował w nią miliony i przywrócił jej blask, a krakowscy bandyci ją zniszczyli.

Krakowskie Błonia i ich okolice to matecznik polskiej piłki nożnej. Kiedy idzie się przez wielką zieloną łąkę lub jej obrzeżami – Alejami 3 Maja, Focha czy ulicą Na Błoniach wzdłuż rzeczki Rudawy, widać nowoczesne stadiony Cracovii, Wisły, budynki klubowe Zwierzynieckiego i Juvenii, korty tenisowe, ale ktoś o przedwojennej wrażliwości zobaczy i usłyszy coś więcej. Może dźwięk odbijanej skórzanej piłki, zawodników w butach z wysoką cholewką i w śmiesznych strojach, biegających po rozsianych na Błoniach boiskach, między zrobionymi z drewna bramkami, w których nie było siatek.

Tam się wszystko zaczęło. W roku 1888 dr Henryk Jordan, ginekolog, położnik, profesor Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego (UJ) i krakowski społecznik kupił siedem hektarów terenów na Błoniach i założył istniejący do dziś park. Jordan był jednym z pierwszych Polaków, którzy doceniali znaczenie sportu i „zabaw ruchowych" dla zdrowego trybu życia. Z jego inicjatywy zaczęto na UJ kształcić nauczycieli wychowania fizycznego i wprowadzać do szkół gimnastykę.

W parku jego imienia (a w całej Polsce będą powstawać ogródki jordanowskie) zbudował boiska, korty tenisowe, urządzenia do zabaw dla dzieci. Żeby przy zabawie nie zapominano o ojczyźnie, kazał ustawić około 30 popiersi wybitnych Polaków. Większość stoi tam nadal, a bohaterowie patrzą na ustawiony w centrum na wysokim cokole pomnik patrona parku.

Na tych boiskach grała młodzież szkolna, akademicy, rzemieślnicy. Wprawdzie historycy przyjęli, że pierwszy udokumentowany mecz na ziemiach polskich odbył się w roku 1894 we Lwowie, ale wiadomo, że na krakowskich Błoniach grano już trzy lata wcześniej. Pierwszy polski klub sportowy – Lechia – został założony we Lwowie, w roku 1903. Trzy lata później w Krakowie powstały Cracovia i Wisła.

Tak się zaczęła historia

Ich historia jest związana z losami miasta i kraju. Rywalizowały ze sobą zawsze, chociaż korzenie miały podobne. Ojcem duchowym Wisły był Tadeusz Łopuszański, profesor matematyki i fizyki w II Szkole Realnej. Chcąc wyrobić wśród uczniów poczucie karności, przywiązanie do barw, a jednocześnie – zgodnie z ideą dr. Jordana – dbałość o zdrowy tryb życia, założył drużynę szkolną.

Była wczesna jesień roku 1906. Od kilku tygodni istniała już Cracovia, złożona ze studentów i gimnazjalistów. W październiku krakowski literat dr Tadeusz Konczyński zorganizował turniej piłkarski na Błoniach. Wzięły w nim udział cztery drużyny, wszystkie otrzymały od Konczyńskiego stroje sportowe. Zespołowi profesora Łopuszańskiego przypadły koszulki w kolorze niebieskim, więc przyjął nazwę od tej barwy, ale szybko zmienił ją na – Wisła. W następnym roku, w efekcie połączeń kilku drużyn, które w tamtych czasach szybko się tworzyły i równie szybko rozpadały, powstało Towarzystwo Sportowe Wisła. Koszulki niebieskie zamieniono na czerwone, na które naszyto białą gwiazdę, symbol sukcesów. Tak się zaczęła historia.

Początkowa lepsza była Cracovia. To ona w roku 1921 została pierwszym mistrzem Polski, a Wisła nie zakwalifikowała się do finałów, bo prawo to mieli tylko mistrzowie pięciu okręgów. W tym samym roku reprezentacja Polski rozegrała swój pierwszy mecz międzypaństwowy, z Węgrami w Budapeszcie. Znalazło się w niej aż siedmiu zawodników Cracovii, z Wisły nie było ani jednego. Prowadził reprezentację węgierski trener Cracovii Imre Pozsonyi, ale skład ustalał Józef Szkolnikowski. W roku 1921 był wiceprezesem PZPN, to on 15 lat wcześniej, wspólnie z prof. Łopuszańskim, zakładał Wisłę i bronił jej bramki. Pierwszy selekcjoner reprezentacji Polski był więc wiślakiem.

Pierwszy kapitan reprezentacji olimpijskiej również. W roku 1924 w Paryżu był nim legendarny napastnik Wisły Henryk Reyman. Selekcjonerem, czyli kapitanem związkowym, był wówczas Adam Obrubański. Też wiślak, wcześniej zawodnik, potem trener, pierwszy polski sędzia międzynarodowy, a także dziennikarz sportowy, publikujący w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym", czyli słynnym „IKaCu". Obrubański był pracownikiem kontrwywiadu wojskowego, zginął w Katyniu.

Cracovia miała Józefa Kałużę, a Wisła Henryka Reymana. Stadion „Pasów" znajduje się pod adresem Kałuży 1. Kałuża był nie tylko genialnym napastnikiem, o skuteczności średnio większej niż jedna bramka na mecz, ale i pierwszym wielkim selekcjonerem reprezentacji, sprawującym swoją funkcję od roku 1932 aż do wybuchu wojny. Z nim Polska zajęła czwarte miejsce na igrzyskach olimpijskich w Berlinie, pierwszy raz wystąpiła na mundialu (1938) i pokonała po porywającym meczu wicemistrzów świata – Węgrów 4:2, na cztery dni przed wybuchem wojny.

Pierwszy mistrz ligi

Reyman miał zasługi innego rodzaju. Przez ponad 20 lat grał z białą gwiazdą na koszulce, zdobywał w niej dwukrotnie mistrzostwo Polski i tytuł króla strzelców. W pierwszym roku istnienia ligi (1927) Wisła zajęła pierwsze miejsce w rozgrywkach po wzbudzającym emocje w całym kraju meczu z 1.FC Katowice. To był klub finansowany przez mniejszość niemiecką Górnego Śląska. Kiedy pojawiło się niebezpieczeństwo, że pierwszym mistrzem ligi polskiej mogą zostać Niemcy, cały kraj stanął po stronie krakusów.

Wisła pokonała Katowice na ich boisku 2:0, ale w okolicznościach, które rozpaliły ponad 20 tysięcy ludzi na trybunach i kibiców w całej Polsce. Po przerwie Reyman strzelił drugiego gola dla gości, a potem sędzia Zygmunt Hanke z Łodzi nie uznał bramki dla katowiczan. Ich zdaniem prawidłowej, a ponieważ już wcześniej mieli poczucie, że arbiter ich krzywdzi, zaczęli protestować. Do końca meczu pozostawał niecały kwadrans, Hanke być może w tym bałaganie był przekonany, że 90 minut upłynęło, a może rzeczywiście pilnował interesów Wisły i zakończył grę.

Wzburzeni piłkarze Katowic zeszli do szatni. Tumult na trybunach świadczył, że coś jest nie tak. Ktoś poinformował sędziego, że popełnił błąd. Hanke wznowił więc grę, ale napastnik Katowic Ernst Joschke zwrócił mu uwagę, że jego drużyna jest niekompletna. Ponieważ rozmawiał z arbitrem w polu karnym i wziął piłkę w rękę, Hanke odgwizdał jedenastkę na korzyść Wisły.

Tego już było za dużo. Pozostali jeszcze na boisku piłkarze Katowic też z niego zeszli, a Henryk Reyman strzelił karnego do pustej bramki. Hanke opuszczał stadion pod eskortą policji, która pilnowała też, aby starcia między kibicami polskimi i niemieckimi nie przerodziły się w regularną bitwę. „Kattowitzer Zeitung" zamieścił relację z meczu pod tytułem „Schiebung, Schiebung, Schiebung!!!", czyli „Przekręt, przekręt, przekręt".

Jak było w rzeczywistości, już się nie dowiemy. Wiślacy wracali do Krakowa salonką, a na dworcu czekały na nich tysiące kibiców z kwiatami. Mimo że czekały ich jeszcze trzy mecze, ten był najważniejszy i w ten sposób wywalczyli swój pierwszy z 13 tytułów mistrza Polski. Reyman zdobył 37 goli w 23 meczach – nikt tego rekordu nie pobił, mimo że upłynęło już 91 lat.

To były wspaniałe czasy. Rok wcześniej Wisła zdobyła Puchar Polski, w jedynych rozgrywkach tego rodzaju przed wojną. W roku 1928 znów triumfowała w lidze.

Na mecze Cracovii i Wisły przychodziła inteligencja. Kornel Makuszyński, autor „Koziołka Matołka" i „Szatana z siódmej klasy", był nawet członkiem honorowym jubileuszowych uroczystości klubu w roku 1936, kiedy na towarzyski mecz do Krakowa przyjechała Chelsea, a w komitecie honorowym znalazł się gen. Edward Rydz-Śmigły. Po wojnie Makuszyński reaktywował sekcję narciarską Wisły w Zakopanem. Napisał też wiersz „Na chwałę Wisły".

Jednak wyjątkową postacią ze świata kultury stał się dla klubu malarz Vlastimil Hofman. Nie tylko przychodził na każdy mecz, ale jeździł nawet za Wisłą po kraju. A kiedy nie mógł, prosto z dworca piłkarze jechali fiakrami do jego willi pod kopcem Kościuszki na ulicy Spadzistej (po wojnie przemianowanej na Hofmana), gdzie do rana opowiadali o meczu. Hofman sportretował większość zawodników Wisły, nadając im cechy idealnie zbudowanych herosów.

Po wywalczeniu przez Wisłę Pucharu Polski namalował dużych rozmiarów alegoryczny obraz, przedstawiający piłkarzy z boginią zwycięstwa, otaczającą ich swoimi skrzydłami. Spoczywa on w zbiorach Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. Ma zbyt duże rozmiary, by go wyeksponować. Większość pozostałych znalazła się w siedzibie Towarzystwa Sportowego Wisła, gdzie dbał o nie Ludwik Miętta-Mikołajewicz. Jest nadzieja, że nie stały się łupem złodziei, którzy władali ostatnio Wisłą.

Stadion Wisły w obecnym miejscu znajduje się od roku 1953, a od 2008 nosi imię Henryka Reymana. Nowy stadion budowano już w XXI wieku przez kilka lat i w kategoriach finansowych i wizualnych to jest porażka.

Życie jak scenariusz

Reyman był nie tylko świetnym napastnikiem. Jego życie to scenariusz filmowy, którego podstawą mogłaby być świetna monografia Pawła Pierzchały „Z Białą Gwiazdą w sercu. Wiślacka legenda: Henryk Reyman, 1897 – 1963".

Podczas I wojny światowej walczył w mundurze armii austriackiej na froncie włoskim i został tam dwukrotnie ranny. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w oficerskim mundurze brał udział w wojnie z bolszewikami oraz w powstaniach śląskich. We wrześniu 1939 roku w stopniu majora dowodził batalionem 37. Pułku Piechoty z Kutna (tam też jest stadion jego imienia). Został ranny w bitwie nad Bzurą, trafił do szpitala w Rawie Mazowieckiej, ale musiał stamtąd uciekać, ponieważ Niemcy poszukiwali go w związku z rozkazami strzelania do niemieckich cywilów, wydawanymi rzekomo w jego pułku. Tyle że nie wiedzieli dobrze, jak się nazywa: Reyman, Rejman, Rajman, Reimann czy Raimann. Zresztą kiedy w roku 1972 Rada Miasta Krakowa postanowiła nadać uliczce obok stadionu Wisły imię Reymana, na tabliczce pojawiła się jedna z tych wersji „niemieckich".

Reyman ukrywał się najpierw w klasztorze w Łagiewnikach, a potem w majątku Tarnowskich w Dzikowie.

Jego drugie życie zaczęło się po zakończeniu wojny. W roku 1945 został kapitanem związkowym, czyli selekcjonerem. Ale kiedy w roku 1947 reprezentacja leciała do Oslo na swój pierwszy powojenny mecz międzypaństwowy, selekcjoner został w domu, bo Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego nie wydało mu paszportu. Ponieważ sytuacja powtórzyła się przy wyjeździe do Czechosłowacji, Reyman zrezygnował ze stanowiska. Jako przedwojenny oficer, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej był dla komunistycznych władz postacią niepewną ideologicznie.

Wrócił po dziewięciu latach. 24 października 1956 roku na placu Defilad w Warszawie odbywał się słynny wiec z udziałem wypuszczonego z więzienia Władysława Gomułki, a cztery dni później, w pierwszym międzypaństwowym meczu na Stadionie Dziesięciolecia Henryk Reyman znów zajął miejsce na ławce trenerskiej reprezentacji Polski, obok Czesława Kruga i Ryszarda Koncewicza.

Rok później już w roli selekcjonera poprowadził Polskę do jednego z najważniejszych jej zwycięstw: nad Związkiem Radzieckim w Chorzowie.

– Mobilizował nas, nie mówiąc dużo o taktyce. Ograniczał się do niezbędnych informacji i zadań dla każdego zawodnika. Głównym motywem jego wszystkich przedmeczowych odpraw było odwoływanie się do patriotyzmu: białego orła, biało-czerwonej flagi, milionów Polaków czekających na zwycięstwa reprezentacji. To on jest autorem hasła, które weszło do kibicowskiego słownika: „Orły do boju!". Kończył nim każdą odprawę – wspominał wielokrotny reprezentant Polski i jej kapitan Edmund Zientara.

Echo Moskwy w Krakowie

Kiedy Polska pokonywała ZSRR, Henryk Reyman wciąż był związany z Wisłą, ale to już nie była dawna Wisła. Po wojnie nowa władza stworzyła w Polsce strukturę sportową na wzór radzieckiego zrzeszenia Dynamo. To była sieć klubów związanych ze Służbą Bezpieczeństwa i milicją. U nas nosiły one nazwę Zrzeszenie Sportowe Gwardia. Powstały więc kluby o tej nazwie w Warszawie, Wrocławiu, Koszalinie, Katowicach...

W Krakowie też. Wisła stała się Gwardią na pięć lat (1950–1955). Potem do nazwy Towarzystwo Sportowe Wisła dodano przymiotnik „Gwardyjskie" i tak powstało GTS Wisła, istniejące do końca PRL.

Jednocześnie utrącono Cracovię, żeby nie stanowiła konkurencji, a nawet wycofano z rozgrywek OWKS (Okręgowy Wojskowy Klub Sportowy) Wawel po tym, jak w roku 1953 odważył się zająć drugie miejsce w lidze nie tylko przed Wisłą, ale przede wszystkim przed CWKS (Centralny Wojskowy Klub Sportowy) Legia.

Kibice nie odsunęli się od Wisły, bo na poziomie pierwszej ligi tylko ona im w Krakowie została (poza epizodami Cracovii i Garbarni).

Po ciemnym w historii Polski okresie lat 40. i 50. dekada później stała się okresem małej stabilizacji także w futbolu. „Milicja jest dobra na ulicach, a my na boiskach" – mówiono na Śląsku, bo finansowa potęga kopalń i hut była większa niż ideologiczna milicji i reprezentowanego przez Legię czy Śląsk Wrocław wojska.

Wisła wiodła więc spokojny żywot ligowego przeciętniaka, a w roku 1964 nawet na rok pożegnała się z ekstraklasą.

Dzieci Dziadka Grabki

Jednak klub nie spał. Kiedy kariery pokończyli bohaterowie lat 50.: Mieczysław „Messu" Gracz, Józef Kohut, Leszek Snopkowski, Władysław Kawula, Zdzisław Mordarski, Włodzimierz i Kazimierz Kościelni, Stanisław Flanek czy Fryderyk Monica, ich miejsca zajęła następna generacja, w większości chłopaków z Krakowa, wychowanych w klubowej szkółce, cieszącej się opinią najlepszej w kraju. Wrócił termin „szkoła krakowska", przed wojną określający sposób gry oparty na krótkich podaniach.

Symbolem tych lat był Adam Grabka, zwany „Dziadkiem", bo nikt go nie pamiętał z czasów młodości, która przypadała chyba jeszcze na czasy CK. W latach 70. był jedną z najpopularniejszych postaci w Krakowie. Chodził po szkolnych boiskach, placykach, pełnych chłopców ganiających za piłką, i patrzył. Miał oko lepsze od dzisiejszych komputerów i programów informatycznych. Najbardziej utalentowani chłopcy trafiali do Wisły.

Tam przejmowali ich trenerzy, tacy jak Marian Kurdziel czy Lucjan Franczak. Właśnie Franczak był trenerem drużyn juniorów Wisły, które w latach 1975 i 1976 zdobywały tytuł mistrza Polski. Grali w nich m.in.: bramkarz Marek Holocher, środkowy obrońca Krzysztof Budka, boczny Jan Jałocha, pomocnicy Adam Nawałka, Leszek Lipka, Andrzej Targosz, napastnicy Michał Wróbel, Andrzej Iwan, Janusz Krupiński. Większość z nich dotarła do pierwszej reprezentacji Polski.

Wraz z nieco starszymi: Stanisławem Gonetem, Henrykiem Maculewiczem, Antonim Szymanowskim, Adamem Musiałem, Kazimierzem Kmiecikiem, Zdzisławem Kapką i Markiem Kustą, stworzyli legendarną Wisłę lat 70.

W roku 1972 Szymanowski i Kmiecik jako pierwsi sportowcy Wisły zdobyli złoty medal olimpijski. Dwa lata później w 22-osobowej kadrze Polski na mistrzostwa świata znalazło się aż pięciu wiślaków: oprócz Szymanowskiego i Kmiecika także Musiał, Kapka i Kusto. A jednym z trzech obserwatorów pomagających Kazimierzowi Górskiemu był trener Wisły Jerzy Steckiw.

Na mundial w Argentynie Jacek Gmoch zabrał Szymanowskiego, Maculewicza, Nawałkę i Iwana. Nawałka zrobił wtedy furorę, wybrano go do najlepszej jedenastki świata zawodników poniżej 21. roku życia. 18-letni Iwan był najmłodszym piłkarzem na mundialu.

Tak ładnie grali

Ten mundial rozgrywano w czerwcu 1978 roku. Tuż przed jego rozpoczęciem Wisła, z 35-letnim trenerem Orestem Lenczykiem, zdobyła pierwszy od roku 1950 tytuł mistrza Polski. I cała Polska, niezależnie od sympatii klubowych, była dumna z tych młodych ludzi. Tych wymienionych wyżej oraz Marka Motyki, Zbigniewa Płaszewskiego, drugiego z braci Szymanowskich – Henryka. Nikogo nie obchodziło, że to klub milicyjny. Najważniejsze było to, że chłopcy ładnie grali. Ich pucharowe mecze z Club Brugge, Zbrojovką Brno i Malmoe FF wzbudzały takie zainteresowanie jak wcześniej wyczyny Górnika i Legii.

Ale to już był łabędzi śpiew. Kiedy jeszcze milicja była mocna, zdarzało się, że Wisła chroniła młodych piłkarzy w aresztach, gdzie nie miały wstępu patrole WSW, czyli żandarmerii wojskowej, tropiące ukrywających się poborowych, aby przekazać ich Legii. Dobrze w pamięci Wisły zapisał się jej prezes z lat 1972–1981 płk Zbigniew Jabłoński, który później został prezesem PZPN, a pracował w Komendzie Głównej MO. Ale jeden z jego następców na stanowisku prezesa Wisły generał Jerzy Gruba wsławił się pacyfikacją kopalni Wujek, zacieraniem śladów zabójstwa Grzegorza Przemyka, a mówiono też, że żądał zaprzestania odgrywania w nocy hejnału z wieży Mariackiej, bo zakłócał mu sen. Tacy też tam byli.

To za jego rządów (ale raczej bez jego wiedzy) Wisła, szukając pieniędzy, jako pierwszy polski klub w lidze zaczęła grać (1983) z reklamą na koszulkach. Była to reklama „Alvorada Cafe", kawiarni na rogu Rynku Głównego i Szewskiej, a zapłaciła za to polsko-austriacka firma polonijna Austropol. Kiedy w roku 1984 Wisła wybiegła w koszulkach z reklamą na finałowy mecz Pucharu Polski z Lechem, komuś spośród milicyjnych lub partyjnych władz to się nie podobało (bo to pachniało kapitalizmem) i drugą połowę piłkarze zaczęli już w innych koszulkach, bez reklamy. Gdy kilka lat później reklamowali na koszulkach prezerwatywy Unimil, już nikt się nie czepiał.

Po wspomnianym finale PP z Lechem, przegranym w żenującym stylu 0:3, rozgoryczony trener Edmund Zientara powiedział, że większość zawodników Wisły nie jest godna nosić jej koszulki. Podał się do dymisji, ale nie było chętnych na jego miejsce i trener pozostał na stanowisku.

Potem było jeszcze gorzej. W decydującej o tytule kolejce sezonu 1992/1993 Wisła przegrała w Krakowie z Legią 0:6, co dało gościom mistrzowski tytuł (PZPN potem Legii go odebrał, bo przekręt był ewidentny). To wtedy kibice śpiewali „Wisełka Kraków k...wą warszawiaków" i odwrócili się od swojej drużyny.

Maciej Żurawski, gwiazdor Wisły w latach 1999–2005
Fororzepa/ Piotr Guzik

Było miło

Kiedy w roku 1997 Wisłę kupił Bogusław Cupiał i jego Tele-Fonika, wszystko nagle się zmieniło. Nowy właściciel nie znał słowa „porażka", sprowadzał takich zawodników, jakich trenerzy chcieli. Nawet z zagranicy. Płacił jak na Zachodzie. Zepsuł rynek, obyczaje, ale dał kibicom to, na co czekali od dziesięcioleci: pasmo sukcesów.

Ale ostatecznie i on przegrał. Dopóki trenerami byli Polacy, Maciej Żurawski z Tomaszem Frankowskim strzelali bramki, o sile decydowali reprezentanci Polski, a cudzoziemcy stanowili mniejszość – wszystko było w porządku. Z Wisłą, jak w przeszłości, związani byli ludzie kultury i nauki: aktorzy Jan Nowicki, Jerzy Fedorowicz, Leszek Piskorz, twórca grupy Pod Budą piosenkarz Andrzej Sikorowski, profesorowie Józef Lipiec i nieżyjący Andrzej Gaberle, dzisiejszy poseł Nowoczesnej Jerzy Meysztowicz. Ale w pewnym momencie większość przestała przychodzić, bo kibolstwo zabijało przyjemność oglądania piłki. Pojawiła się też rysa na wizerunku legendarnego prezesa Ludwika Miętty-Mikołajewicza, idącego na rękę kibicowskiej mafii.

Żal Wisły. Henryk Reyman przewraca się w grobie na Cmentarzu Rakowickim.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA