fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Piłkarski rok 2018: Niech odejdą czarne moce

AFP
Reprezentacja szybko pożegnała się z mundialem, a kluby z rozgrywkami europejskimi. Mijający rok był dla polskiej piłki słaby, a kolejny może nie być lepszy.

Jest w nas niczym nieuzasadniona wiara w polską drużynę narodową nawet wtedy, kiedy logika nakazuje zaledwie ostrożny optymizm. Tak było również przed mistrzostwami świata w Rosji.

Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz wielu kibiców czekało na turniej z nadziejami rozbudzonymi przez sportowych, a zwłaszcza niesportowych, dziennikarzy. Złudną wielkość potwierdzało miejsce w pierwszej dziesiątce rankingu Światowej Federacji Piłkarskiej (FIFA), osiągnięte tyleż przez dobrą postawę reprezentacji w eliminacjach, ile przez sprytną politykę Polskiego Związku Piłki Nożnej (PZPN).

Obrazu dopełniał tajemniczy uśmiech Adama Nawałki, mający sprawić wrażenie, że trener jest dobrej myśli, wie wszystko, tylko nie zamierza się swoją wiedzą i przemyśleniami dzielić. Nawałka nie udzielał wywiadów, a kiedy już musiał robić to dla telewizji lub wypowiadał się na konferencjach prasowych, byliśmy pod wrażeniem jego dyplomatycznej sprawności.

Selekcjoner nigdy nie wychodził poza sztampowe stwierdzenia, unikał odpowiedzi na trudne pytania, więc tak naprawdę my, dziennikarze, a za naszym pośrednictwem kibice, mieliśmy niepełny obraz tego, co dzieje się wewnątrz kadry.

Samobójcze decyzje

Ale nawet ta niepełna wiedza, bo przecież każdy z nas ma oczy, uszy i swoje źródła informacji, kazała patrzeć na zbliżający się mundial z ostrożnością. To, co stało się w Rosji, przeszło jednak wyobrażenia największych pesymistów i prześmiewców.

Każdy, kto do tej pory skłonny był uznać Adama Nawałkę za drugiego Kazimierza Górskiego, musiał się zdobyć na refleksję: Górski na najważniejszym turnieju życia swojego i zawodników z jego drużyny (mistrzostwa świata 1974) wzniósł się na wyżyny zarezerwowane dotychczas dla najlepszych trenerów świata. Nawałka w najważniejszym momencie całkowicie zawiódł. Podejmował decyzje samobójcze, przeczące jego dotychczasowym dokonaniom.

Od kiedy jesienią 2017 roku – po zwycięstwie nad Czarnogórą – Polska zapewniła sobie awans do finałów mistrzostw świata, do pierwszego spotkania w Rosji rozegrała sześć meczów, z których wygrała tylko dwa: z Koreą 3:2, dzięki bramce Piotra Zielińskiego w ostatniej minucie, i z Litwą 4:0. Litwini na Stadionie Narodowym zrobili wszystko, aby Polacy udający się nazajutrz do Rosji jechali na mundial w dobrych humorach.

Ciąg dalszy wszyscy znamy. 1:2 z Senegalem, 0:3 z Kolumbią, 1:0 w smutnym meczu z Japonią. Adam Nawałka powinien być mądrzejszy o doświadczenia poprzedników, a mimo to powtórzył scenariusz pisany w przeszłości przez Jerzego Engela i Pawła Janasa: pierwszy mecz o trzy punkty, drugi o wszystko, trzeci o honor.

Tym razem, mimo zwycięstwa nad Japonią, nawet o honorze trudno mówić. Końcówka tego spotkania, gdy Polacy byli zadowoleni ze zwycięstwa, a Japończykom porażka jedną bramką nie przeszkadzała w awansie, przeszła do historii mundiali jako parodia futbolu.

Japończycy podawali sobie piłkę na swojej połowie, Polacy im w tym nie przeszkadzali i kiedy trener chciał dokonać zmiany, okazało się, że jest to niemożliwe, bo piłka nie opuszcza boiska. Polecił więc Kamilowi Grosickiemu, aby położył się na trawie, co dałoby sędziemu powód do przerwania gry, by na boisko mógł wejść Jakub Błaszczykowski.

Nawet to się nie powiodło. Wciąż nie rozumiem, jakie czarne moce zawładnęły Adamem Nawałką, że tkwił w swoich koncepcjach, choć nie sprawdziły się w grach towarzyskich. Wybierał niewłaściwe ustawienie, nieodpowiednich zawodników, co zapowiadało nieszczęście, do którego ostatecznie doszło.

Często nawet po przegranych meczach czy całych turniejach można znaleźć coś pozytywnego, co daje nadzieję: jakiś zawodnik się wyróżnił, ktoś w trudnej sytuacji wziął sprawy w swoje ręce. Tym razem niczego takiego nie było. Nie ma po mundialu w Rosji niczego, za co można by reprezentację Polski pochwalić.

Nawałka tego wszystkiego nie ogarnął. Jak gdyby nie brał pod uwagę wszystkich danych, obliczeń, statystyk, kontuzji, minut spędzonych w meczach ligowych w ligach silnych czy słabych, cech psychofizycznych poszczególnych zawodników.

To, czy reprezentacja ma grać trzema czy czterema obrońcami, z pomocnikami w roli skrzydłowych czy bez, jest ważne. Ale równie ważne jest to, kogo na jaką grę w konkretnym ustawieniu ze względu na umiejętności i cechy psychofizyczne stać, kto z kim dobrze się rozumie i współpracuje, kto kogo lubi, a kto jest zadufany w sobie lub milczy, jakby niczego nie rozumiał.

Nie wyobrażam sobie, aby Nawałka ze swoim sztabem (choć chyba w większości też milczącym i potakującym) o tym wszystkim nie wiedział. Ale nic dla drużyny z tej wiedzy nie wynikało.

Trudna rekonstrukcja

Podziękowanie selekcjonerowi za pięć lat pracy nastąpiło w odpowiednim momencie. Za porażki na mundialach czy mistrzostwach Europy zazwyczaj pierwsi płacą trenerzy. Jacek Gmoch, Antoni Piechniczek, Jerzy Engel, Paweł Janas, Franciszek Smuda też odchodzili w podobnych okolicznościach, mimo że przecież byli dobrymi trenerami. Wrócił tylko jeden z nich – Piechniczek, jednak wejście drugi raz do tej samej rzeki okazało się nieudane. Nawałka z tą reprezentacją osiągnął chyba wszystko, co mógł, a apogeum nastąpiło dwa lata temu: na mistrzostwach Europy we Francji.

Jerzy Brzęczek przejął reprezentację przegraną. Nie mógł zrobić rewolucji, bo w Rosji grali wszyscy najlepsi polscy piłkarze. Ci sami, którzy dawali nam radość przez ostatnie cztery lata. Ale właśnie o te kilka lat starsi, a dodatkowo większość z nich miała kłopoty w swoich klubach. Tylko Robert Lewandowski (Bayern) i obydwaj bramkarze: Łukasz Fabiański (West Ham) i Wojciech Szczęsny (Juventus), nie spuścili z tonu. Prawie wszyscy pozostali mieli, a niektórzy wciąż mają, mniejsze lub większe problemy. Łukasz Piszczek po mundialu w Borussii Dortmund odbudował się wspaniale, lecz zrezygnował z gry w kadrze, mimo że wciąż jest najlepszym polskim prawym obrońcą.

Jakub Błaszczykowski ogląda mecze Wolfsburga z trybun (wkrótce pewnie odejdzie z tego klubu), Grzegorz Krychowiak wreszcie gra systematycznie (Lokomotiw Moskwa), ale gwiazdą reprezentacji był ostatni raz w spotkaniu z Irlandią Północną w Nicei (Euro 2016).

Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik (Napoli) od czasu do czasu potwierdzają swoje talenty, ale nadal czekamy, kiedy będą grać na europejskim poziomie przez 90 minut, a nie przez pięć.

Kamil Glik grał z AS Monaco w Lidze Mistrzów, ale teraz jego klub jest w ogromnym kryzysie, broni się przed spadkiem z Ligue 1, a Glik był kontuzjowany.

Kamil Grosicki spędził część wakacji na poszukiwaniu nowego pracodawcy, ale ostatecznie pozostał w Hull.

Rekonstrukcja kadry jest więc konieczna i Brzęczek się tego podjął. Jak kilku poprzedników zaczął od zaciągu ze swego podwórka. Współpracują z nim trenerzy z Płocka, bo im ufa. Dla zawodników powoływanych z zagranicy, pracujących na co dzień ze znanymi szkoleniowcami, ludzie ze sztabu Brzęczka są anonimowi.

Pierwsze powołania świadczyły o tym, że selekcjoner chciałby dać szansę piłkarzom z ekstraklasy lub takim, którzy ledwo ją opuścili i jeszcze nie zaaklimatyzowali się w nowych, zagranicznych klubach. Powszechną uwagę zwróciło natomiast to, że Brzęczek nie zaufał Krzysztofowi Piątkowi, który w Genoi zaaklimatyzował się znakomicie.

Droga jest słuszna, tyle że kurczy się pole obserwacji potencjalnych reprezentantów. Już nawet w drużynach młodzieżowych występują zawodnicy broniący barw klubów zagranicznych. Praca selekcjonera (i jego sztabu) nie polega dziś na szkoleniu, tylko na podróżach, oglądaniu meczów w całej Europie i rozmowach z zawodnikami oraz ich trenerami.

Zdarza się, że w pierwszej jedenastce reprezentacji Polski nie ma ani jednego piłkarza z ekstraklasy. To nic złego, ale warto pamiętać, że poza wspomnianymi wyżej kilkoma zawodnikami Polacy rzadko bywają gwiazdami swoich zagranicznych zespołów. Są w większości dodatkami do gwiazd.

Woda z mózgu

Niestety, może być jeszcze gorzej. Pierwszy raz od lat nie bardzo widać młodych zawodników, którzy mogliby zastąpić odchodzących reprezentantów. Nie ma ich w drużynie młodzieżowej, która awansowała do finałów mistrzostw Europy U-21, a to jest naturalne zaplecze pierwszej reprezentacji. Temu zespołowi należy się uznanie za to, że po porażce w Zabrzu z Portugalią potem zaskoczył ją na jej terenie. To się chwali. Ale ta sama drużyna nie potrafiła wcześniej pokonać piłkarzy z Wysp Owczych. My zlekceważyliśmy ich, Portugalczycy nas.

Niedługo Brzęczek – a na pewno jego następcy – w ogóle nie będzie oglądał kandydatów do reprezentacji w meczach ekstraklasy. Każdy, kto jako tako kopie piłkę, ma opinię talentu i może liczyć na obrotnego agenta, jeszcze przed maturą trafi do klubu zagranicznego. Przebije się tam jeden na dwudziestu.

Wciąż będziemy czytać o niezwykłych wyczynach młodych Polaków, zainteresowaniu nimi znanych klubów. Niekompetentni lub bezkrytycznie ufający agentom zawodników dziennikarze robią ludziom wodę z mózgów, pisząc o jakichś niezwykłych strzałach, zagraniach Polaków, które po obejrzeniu w telewizji okazują się czymś normalnym.

Gdyby dawać wiarę tekstom wielu dziennikarzy, zwłaszcza internetowych, trzeba by uwierzyć, że Polska jest jednym z największych w świecie eksporterów piłkarskich talentów. W rzeczywistości jest krajem, w którym marnuje się ich wyjątkowo dużo. To wina trenerów, agentów, właścicieli klubów, ich prezesów i dyrektorów sportowych.

Pieniądz robi swoje, a pokusa zarobienia (nie zawsze legalnego) przy okazji transferów jest większa niż dobro młodego chłopaka. Niski poziom ekstraklasy będzie jeszcze niższy, bo po zniesieniu przez PZPN ograniczeń w zatrudnianiu zawodników spoza Unii Europejskiej zapewne zaleje Polskę fala miernot.

Rok 2018 był z tych i wcześniej podanych powodów rozczarowujący. Z trzynastu meczów Polska wygrała tylko trzy. Robert Lewandowski strzelił cztery bramki wiosną, a od tamtej pory żadnej.

Po sześciu meczach bez zwycięstwa reprezentacja pojedzie w marcu do Wiednia, żeby w pierwszym meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy 2020 zagrać z Austrią. Wiele wskazuje na to, że znowu będziemy musieli wierzyć w husarskie szarże, takie jak tamta, którą z Kahlenbergu pod Wiedniem dowodził Jan III Sobieski.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA