fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Hiszpański futbol: podatkiem w gwiazdy

Luis Suarez
AFP
W niedzielę El Clasico, jakiego nie było od 11 lat. Bez kontuzjowanego Leo Messiego i bez Cristiano Ronaldo, który wybrał większe zarobki w Juventusie. Planowana reforma skarbowa może sprawić, że wkrótce z Hiszpanii wyjadą kolejne gwiazdy.

Projekt budżetu hiszpańskiego rządu na 2019 rok zakłada podwyżki podatków o dwa procent dla osób zarabiających ponad 130 tys. euro rocznie i o cztery dla tych, których pensje przekraczają 300 tys.

Proponowane zmiany dotkną więc większość piłkarzy i trenerów. A koszty spadną na pracodawców, bo kontrakty w Hiszpanii są negocjowane zwykle po opodatkowaniu. Prezes ligi Javier Tebas twierdzi, że kasy 20 klubów zostaną w sumie uszczuplone o 80 mln. Ostrzega też, że konsekwencją będzie odejście największych gwiazd, na których konta wpływa rocznie po kilkanaście milionów.

Ronaldo mówi "dość"

Podatki dochodowe dla najbogatszych są obliczane w Hiszpanii z uwzględnieniem stałej maksymalnej stawki 22,5 proc. oraz stawki zmiennej ustalonej przez poszczególne regiony - w przypadku Katalonii jest to 25,5 proc., w Kastylii - 21 proc. I tak Leo Messi, najlepiej zarabiający gracz La Liga, oddaje dziś fiskusowi 48 proc. swojej pensji, Gareth Bale znajdujący się na czele listy płac Realu - 43,5 proc.

A jeszcze nie tak dawno Hiszpania była jednym z najbardziej przyjaznych miejsc dla piłkarzy. Zwłaszcza dla tych z zagranicy. W 2005 roku wprowadzono tzw. prawo Beckhama, czyli rozwiązania podatkowe, mające spowodować napływ na Półwysep Iberyjski wysoko wykwalifikowanych specjalistów z obcych krajów, m.in. badaczy, naukowców i menedżerów. Przez pierwsze pięć lat pobytu osoby zarabiające powyżej 600 tys. euro rocznie mogły korzystać z 20-procentowej ulgi. Celem było napędzenie gospodarki, ale przepisy przysłużyły się głównie gwiazdom futbolu (pierwszym był właśnie David Beckham, stąd nazwa) i w 2010 roku budzące duże emocje wśród zwykłych obywateli prawo zniesiono.   

Ronaldo długo cierpliwie dzielił się swoją pensją z hiszpańskim urzędem skarbowym. Ale kiedy prokuratura oskarżyła go o zatajenie 15 mln euro dochodów z tytułu praw do wizerunku w rajach podatkowych (przystał na karę dwóch lat w zawieszeniu i blisko 19 mln grzywny), nie wytrzymał, spakował walizki i wyjechał do Włoch, gdzie może korzystać z podobnych ulg, jakie niegdyś oferowała Hiszpania. Chętnych na grę w Barcelonie czy Realu nigdy nie zabraknie, ale gwiazdy pokroju Cristiano i Messiego pewnie zastanowią się dwa razy, zanim złożą podpis pod umową.

Kłótnia o Amerykę

Jeśli śladem Ronaldo pójdą inni bohaterowie kibicowskich dusz, nic nie dadzą akcje promocyjne. Niedzielne El Clasico zacznie się o godzinie 16:15, by dotrzeć do jak najszerszej widowni, nie tylko w Europie. Niedawno władze La Liga podpisały 15-letni kontrakt z międzynarodową firmą producencką Relevent, należącą do Stephena Rossa, właściciela klubu Miami Dolphins (futbol amerykański) i stadionu Hard Rock, na którym 26 stycznia miałyby się spotkać Girona i Barcelona.

Umowa zakłada, że w USA mógłby się odbywać przynajmniej jeden mecz ligi hiszpańskiej w sezonie. Stowarzyszenie piłkarzy początkowo przyjęło ten pomysł krytycznie, nie kryjąc złości, że cała transakcja została zrealizowana za plecami głównych zainteresowanych. We wrześniu obydwa kluby wystąpiły jednak do federacji o wydanie zgody na przeniesienie swojego spotkania za ocean - 7 tys. km od domu. Kibicom Girony, która pełniłaby rolę gospodarza, zaoferowano nawet 1,5 tys. darmowych biletów na mecz w Miami, a także 5 tys. wejściówek na rewanż na Camp Nou. Posiadacze karnetów, którzy nie skorzystaliby z żadnej propozycji, mogliby liczyć na zwrot pieniędzy.    

- Skoro NBA czy NFL gra w Europie, dlaczego my nie mielibyśmy zagrać w Ameryce? - pyta Tebas. - On rozmawia ze wszystkimi, tylko nie z tymi, z którymi powinien. To kompletny brak szacunku. Nie miałem ani jednego telefonu w tej sprawie - odpowiada prezes hiszpańskiego związku Luis Rubiales. I przypomina, że czym innym jest organizowanie poza granicami letnich sparingów czy spotkań o Superpuchar (w tym roku Barcelona i Sevilla zmierzyły się w Maroku), a czym innym walka o ligowe punkty. - Prezes FIFA stoi na stanowisku, że taki mecz jest inwazją na obce terytorium - zaznacza Rubiales. 

Do dyskusji włączyły się władze Realu, uważając, że godzi to w integralność i równość rozgrywek.

„Zaskakujące jest, że La Liga próbuje usprawiedliwić swoje działania pozyskiwaniem fanów. Ciekawe, że nie myślała o tym, gdy komercjalizowała prawa do transmisji” – można przeczytać we fragmencie listu do Tebasa.
Prawda jest taka, że Real nie chce dopuścić, by Barcelona uniknęła meczu na trudnym terenie, gdzie rok temu sami ponieśli porażkę. Sugerują, że w Miami trzy punkty będzie jej zdobyć dużo łatwiej niż w Gironie, bo na trybunach w większości zasiądą jej kibice. Premier Hiszpanii Pedro Sanchez zwraca natomiast uwagę na inny problem. Obawia się, że spotkanie między katalońskimi drużynami może przerodzić się w niepodległościową manifestację na oczach całego świata.

Zjawa, dzieciak i kurczak

Ta debata podgrzała jeszcze bardziej atmosferę przed El Clasico. Barcelona do niedzielnego szlagieru przystępuje jako lider, Real ma cztery punkty mniej i jest dopiero siódmy. W Madrycie ważą się losy trenera.
Pod wodzą Julena Lopeteguiego Królewscy odnieśli tylko sześć zwycięstw w 13 meczach (licząc wszystkie rozgrywki). We wtorek pokonał w Lidze Mistrzów Viktorię Pilzno (2:1), ale widok gospodarzy broniących się na Santiago Bernabeu przed atakami mistrzów Czech musiał niepokoić. Jeśli Królewscy przegrają z Barcą, raczej nic już Lopeteguiego nie uratuje.

Giełda nazwisk już ruszyła, u bukmacherów najwyżej stoją akcje Antonio Contego, Arsene’a Wengera i Jose Mourinho oraz byłych zawodników Królewskich Santiago Solariego i Gutiego. Faworytem Florentino Pereza jest jednak Mauricio Pochettino. Niewykluczone, że prezes powierzy więc zespół komuś, kto doprowadziłby bezpiecznie Real do końca sezonu, a potem spróbuje zatrudnić Argentyńczyka, który dopiero co przedłużył kontrakt z Tottenhamem.  

Wywieźć punkty z Camp Nou ma pomóć Realowi brak Leo Messiego, który w ostatnim ligowym meczu z Sevillą upadł nieszczęśliwie na murawę i uszkodził kość przedramienia. Barcelona wygrała 4:2, ale po zejściu Argentyńczyka (zdążył strzelić bramkę i wypracować drugiego gola) zrobiło się nerwowo. Nie pierwszy raz w tym sezonie. Największym problemem Katalończyków jest brak człowieka, który wziąłby odpowiedzialność na swoje barki.

"Gdy nie ma Leo, coś się zacina. Philippe Coutinho zamienia się w zjawę, Ousmane Dembele - w dzieciaka mającego pełno wątpliwości, a Luis Suarez biega jak kurczak bez głowy" - napisał niedawno w jednym ze swoich felietonów w "El Pais" Jorge Valdano. Były piłkarz i trener Realu nie wiedział jeszcze wtedy, że Messi wypadnie z gry na kilka tygodni i opuści jedno z najważniejszych spotkań w sezonie.

Mimo nieobecności argentyńskiego geniusza, próbę generalną przed El Clasico Barca zdała pozytywnie. Pokonała 2:0 Inter w Lidze Mistrzów. Ale starcie z Realem - nawet tak słabym jak ostatnio - to jednak inny ciężar gatunkowy.

Transmisja El Clasico w niedzielę o 16:15 w Canal+, Canal+ 4K i Eleven Sports 1

Źródło: PARKIET
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA