fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Stefan Szczepłek podsumowuje kolejkę Ekstraklasy: Ciężkie życie na ławce

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Obydwa niedzielne mecze w grupie mistrzowskiej zakończyły się bezbramkowymi remisami. Na dwie kolejki przed końcem rozgrywek ekstraklasy Legia ma dwa punkty przewagi nad Lechem, Jagiellonią i Lechią.

Lech z Lechią grał jakby żadnej z drużyn nie zależało na zwycięstwie, mimo że obydwie wciąż mają szanse na tytuł mistrzowski. Lech, który jeszcze kilka tygodni temu miał szanse na podwójną koronę, może zakończyć sezon bez sukcesu. Puchar Polski już przegrał, przed tygodniem uległ Legii w Warszawie i powietrze z niego uszło.

Mecz Jagiellonii z Legią był prawdziwym pojedynkiem, w którym piłkarze obydwu drużyn dawali z siebie wszystko. Przynajmniej ta walka mogła się podobać, bo samych ofensywnych akcji godnych zapamiętania było niewiele. Dość powiedzieć, że Legia nie oddała na bramkę Mariana Kelemena ani jednego groźnego strzału. Można było odnieść wrażenie, że obydwu drużynom zależało głównie na tym, żeby nie przegrać. Tyle, że taka taktyka bardziej odpowiadała Legii, bo remis oznaczała status quo w tabeli, a do końca każdego czekają już tylko dwa mecze.

Michał Probierz dobrze wiedział, że jeśli zostanie wyłączony z gry Vadis Odjidja-Ofoe, to Legię będzie pokonać łatwiej. Zadanie powierzył Jackowi Góralskiemu, ale bywały momenty, w których Belga atakowało jednocześnie trzech przeciwników, niemających pokojowych zamiarów. Sędzia Bartosz Frankowski (młodszy od Miroslava Radovicia), jeden z najlepszych w ekstraklasie prowadził mecz bardzo dobrze, ale powinien wczuć się w sytuację Odjidji-Ofoe. Bo to trochę ironia losu, że najlepszy piłkarz ligi, poniewierany przez przeciwników kończy mecz z czerwoną kartką, a Góralski który jest specjalistą od przeszkadzania nie dostaje nawet żółtej.  Jakkolwiek by było Jagiellonia zagrała jak jej przeciwnik pozwalała, a Legia poniżej możliwości.

Im bliżej końca rozgrywek, tym większe nerwy wśród trenerów. Najbardziej gwałtownie zareagował trener GKS Katowice Jerzy Brzęczek. Do soboty GKS miał realne szanse powrotu do ekstraklasy. Po kwadransie gry na swoim boisku ze zdegradowanym już MKS Kluczbork prowadził 2:0. Wszystko szło tak, jak miało iść. Tyle, że od tej pory zaczęli strzelać goście. W doliczonym czasie trafili po raz trzeci, wygrali 3:2 i Brzęczek, który był świetnym piłkarzem, a jest dobrym trenerem podał się do dymisji.

Niedawno, po porażce z Łęczną 0:3, trener Cracovii Jacek Zieliński użył w stosunku do swoich zawodników słowa „sabotaż”. W piątek suchej nitki na swoich zawodnikach nie zostawił Leszek Ojrzyński. Arka prowadziła we Wrocławiu od 15. minuty, ale potem straciła cztery bramki. „Wstyd” - tak określił trener postawę Arki. - Prowadzimy 1:0, presja jest na drużynie gospodarzy, a my sobie gramy w poprzek zamiast zdobywać teren. Zamiast wybić piłkę, chcemy ją przyjmować i nakręcaliśmy gospodarzy. Rozdawaliśmy prezenty... Tak się nie gra w ekstraklasie - powiedział Ojrzyński.

Miał rację. Toteż za dwa tygodnie może się okazać, że w Gdyni już nie ma ekstraklasy. Klub, który jak najbardziej zasłużenie, w porywającym stylu pokonał w finale rozgrywek o Puchar Polski Lecha, jest bardzo poważnie zagrożony spadkiem, ponieważ nie daje sobie rady ze słabszymi przeciwnikami.

Irytacja trenerów jest zrozumiała. Mam czasami wrażenie, że zależy im na wynikach bardziej, niż ich graczom. Zawodnicy mają kontrakty, są świadomi, że spadek drużyny to tylko sportowy wymiar ich pracy. Czasami opuszczają więc tonący statek, kiedy już zatonie zaokrętują się na inny i teraz, po zdobyciu bramki będą całować jego godło. Znam przypadki, w których agenci zawodników wręcz namawiają ich żeby się oszczędzali, bo mają dla nich lepszy klub. Lepszy, to znaczy z większymi pieniędzmi. Wyniki są sprawą drugorzędną. Denerwują się trenerzy na ławkach, kibice na trybunach, a po wielu piłkarzach to spływa.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA