fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Dobra zmiana jest potrzebna

materiały prasowe
Sytuacja demograficzna Polski sprawia, że sposoby działania z przeszłości nie są już gwarancją sukcesu gospodarczego w przyszłości – pisze ekonomista.

Wyłonienie nowego rządu sprowokowało na nowo dyskusję o polityce gospodarczej w naszym kraju. Na łamach „Rzeczpospolitej" w artykułach pojawia się m.in. pytanie/teza – silnie wyartykułowana np. przez prof. Andrzeja Wojtynę („Czy gospodarka potrzebuje dobrej zmiany", 13 grudnia 2015 r.) – że być może nie warto nic zmieniać w polityce, która w ostatnich 25 latach przyniosła nam niewątpliwy sukces.

Takie podejście zakłada, że mechanizmy i sposoby działania z przeszłości są gwarancją sukcesu w przyszłości. Biorąc pod uwagę zmiany zachodzące w polskiej gospodarce, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że tak nie będzie. W tej sytuacji dobra zmiana jest potrzebna, ale nie będzie o nią łatwo. Każda zmiana rodzi bowiem napięcia związane z definiowaniem na nowo wygranych i przegranych. W Polsce dobra zmiana będzie możliwa dopiero wówczas, gdy zmieni się podejście do polityki gospodarczej – nastąpi odejście od tego, by płynąć z prądem tych czy innych grup interesu, a rządzący będą mieć spójną wizję i strategię gospodarczą, która pozwoli się im koncentrować na wyjaśnianiu (i przekonywaniu społeczeństwa), dlaczego coś warto, a czegoś nie warto robić, oraz na wspomaganiu potencjalnych przegranych, tak by także oni mogli odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Demografia ma znaczenie

Pytanie, czy rzeczywiście musimy coś zmieniać i dlaczego akurat teraz jest bardzo istotne? Prosta odpowiedź jest moim zdaniem taka: tak musimy ze względu na trendy demograficzne – proces starzenia się społeczeństwa i wywołanej tym zmiany równowagi na rynku pracy. Dlaczego te zmiany miałyby być aż tak istotne? By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sięgnąć do wniosków z najnowszych badań nad rozwojem gospodarczym. Wskazują one, że kraj maksymalizuje dostępną na danym etapie rozwoju tzw. nadwyżkę ekonomiczną (zyski i płace w gospodarce, a tym samym dochód), jeśli spełnione są trzy warunki:

i) rynek jest głównym mechanizmem wyznaczania cen w gospodarce,

ii) struktura branżowa odpowiada posiadanym przez kraj tzw. przewagom komparatywnym, wynikającym z wyposażenia w różnorakie zasoby;

iii) koszty transakcyjne nie są na tyle wysokie, by uniemożliwiać osiąganie korzyści z przewag komparatywnych.

Oznacza to, że np. kraj zasobny w tanią niewykwalifikowaną siłę roboczą będzie się rozwijał najlepiej, jeśli będzie się specjalizował w produkcji dóbr wymagających dużego zaangażowania pracy, a słabości infrastruktury (zły stan dróg, uciążliwe procedury) nie będą na tyle duże, by niweczyć korzyści z przewagi komparatywnej.

Generowana w takiej sytuacji nadwyżka może być następnie wykorzystana do modernizacji gospodarki, co z kolei prowadzi do zmiany relatywnego wyposażenia danego kraju w zasoby (stopniowo rośnie znaczenie kapitału rzeczowego i ludzkiego), pociągając za sobą zmiany struktury gospodarki w kierunku większej złożoności i zaawansowania, czemu towarzyszy wyższy dostępny poziom nadwyżki (dochodu).

Jak ta teoria ma się do polskich uwarunkowań? Otóż przez ostatnie 25 lat nasze przewagi komparatywne związane były z posiadaniem dużych zasobów pracy. To przy ich wykorzystaniu nie kształtowała się struktura gospodarki (specjalizacja w sektorach/procesach wymagających dużych nakładów pracy). Obecnie zaczynamy wchodzić w nową rzeczywistość; na skutek procesów demograficznych (w tym także emigracji) równowaga na rynku pracy w szybkim tempie się zmienia. Na zmiany trzeba patrzeć w kontekście całej palety czynników produkcji – ich relatywna struktura się zmienia, co rodzi potrzebę poszukiwania nowych przewag komparatywnych, za czym powinny pójść zmiany w sposobach wytwarzania dóbr i w strukturze tego, co jest wytwarzane.

Można nic nie robić, ale...

To bardzo wrażliwy moment dla każdej gospodarki i różne strategie mogą być tej sytuacji przyjmowane. Jedna z nich to strategia pasywnego wyczekiwania, aż gospodarka (podmioty w niej działające) sama się dostosuje, aż samoistnie wykształci się nowa struktura gospodarki. Taka strategia charakteryzowała Hiszpanię. Skończyło się to tym, że kraj znalazł się w swego rodzaju próżni: utracił przewagi wynikające z tanich zasobów pracy, a nie wykształcił nowych.

Przyjmowanie pasywnej strategii jest o tyle łatwe, że paradoksalnie pierwotny sygnał wynikający ze zmiany w strukturze dostępnych czynników produkcji jest dla wzrostu gospodarczego pozytywny – wzrost płac (wynikający ze zmiany równowagi na rynku pracy) pobudza konsumpcję i wzrost gospodarczy, stwarzając wrażenie, że wszystko idzie we właściwym kierunku. Dopiero z czasem pojawiają się problemy wynikające ze spadku międzynarodowej konkurencyjności. Wtedy aplikuje się „szybkie rozwiązania" sprowadzające się do stymulowania gospodarki poprzez ekspansję monetarną lub fiskalną. Stąd prosta droga do pułapki zadłużenia.

Oczywiście można powiedzieć, że tak się u nas nie musi stać. Są jednak mocne przesłanki, by zakładać, że może. Pierwsza istotna kwestia to słabość znacznej części naszego sektora małych i średnich firm. Różnorakie badania wskazują, że duża część firm z tego segmentu nie ma w zasadzie strategii rozwoju, wegetuje „podwieszona" na konkurencji kosztowej i nieustannie lamentuje na wysokie koszty pracy w kraju, gdzie należą one do najniższych w UE. Duża część z tych firm się prawdopodobnie nie dostosuje, w optymistycznym wariancie zostanie przejęta, w pesymistycznym z czasem upadnie. Uwolni zasoby, które będzie można wykorzystać gdzie indziej. Pytanie gdzie? Czy pozostała część lokalnych firm dokona na tyle skutecznej transformacji, by je „zassać"? A może da się je na nowo połączyć z pomysłami/kapitałem zagranicznym? Tu dotykamy jednak kolejnego ważnego problemu. Ok. 50 proc. przetwórstwa przemysłowego jest dziś w rękach kapitału zagranicznego, którego inwestycje w naszym kraju są z reguły związane z realizowanymi przez lata przewagami (wynikającymi z dużych i tanich zasobów pracy). Pytanie, czy inwestorzy zagraniczni będą chcieli się zaangażować w proces „odkrywania" naszych nowych przewag, czy też stopniowo będą ograniczać obecność w naszym kraju?

W tej sytuacji zdolność gospodarki do samoprzekształcenia, dostosowania się do nowych przewag komparatywnych, może okazać się niewystarczająca, gospodarka może nie osiągnąć nowego pozycjonowania na globalnym rynku z negatywnymi konsekwencjami dla równowagi płatniczej i wzrostu.

Nie ma w tym artykule miejsca na szczegółowe opisanie roli państwa w takiej sytuacji. Warto jednak podkreślić, że nie chodzi – jak utożsamiają to niektórzy – o interwencjonizm, jaki pamiętamy z czasów socjalizmu ani nawet zaaplikowany w Korei Południowej. Chodzi o działania, które wesprą proces przekształceń struktury gospodarki głównie poprzez:

i) wyeliminowanie działań prowadzących do deformacji cen na rynkach czynników produkcji,

ii) minimalizowanie kosztów transakcyjnych w gospodarce (m.in. poprzez jej odbiurokratyzowanie),

iii) odejście od kultywowania „starej" gospodarki i przełamywanie barier utrudniających odkrywanie i wprowadzanie nowych specjalizacji. To wszystko wymaga znacznie bardziej strategicznego niż dziś podejścia do gospodarki oraz wielu nowych rozwiązań instytucjonalnych (lub przeformułowania istniejących).

Napięcia już się pojawiają

Wydaje się, że napięcia związane z opisanymi wyżej procesami już się w naszym kraju zaczynają pojawiać. W ostatnich latach inwestycje firm kształtują się permanentnie poniżej generowanych przez nie oszczędności (w praktyce oznacza to, że firmy odpożyczają swoje środki innym sektorom gospodarki). Ze względu na zjawiska kryzysowe nie jest to dziś w świecie sytuacja wyjątkowa, ale może dziwić w kraju, który przez ostatnie lata pozostawał zieloną wyspą wzrostu gospodarczego. Nie można wykluczyć, że część firm coraz bardziej odczuwa, że działając na podstawie „starych" przewag zaczyna osiągać granice rozwoju, co dodatkowo może być związane z globalnymi procesami (np. rosnącą automatyzacją produkcji opartej do tej pory na taniej pracy). Sytuacja wyglądałaby jeszcze gorzej, gdyby nie relatywnie słaby złoty, co jednak w krótkim czasie może się zmienić. Ta nadwyżka oszczędności w sektorze firm wskazuje też, że to nie brak środków jest powodem niskiego poziomu inwestycji przedsiębiorstw. Powodem tym jest brak czy też raczej nieumiejętność rozpoznania atrakcyjnych projektów inwestycyjnych.

Ważne, co zrobimy

W tej sytuacji ważne jest to, jaką ścieżką pójdziemy. Czy za wszelką cenę będziemy się starali przedłużać „żywotność" obecnego modelu, zwiększając poziom subsydiowania pracy (np. poprzez tzw. programy wsparcia małych i średnich firm) i utrzymując słaby kurs. Czy też będziemy wspomagać proces przekształceń gospodarki do nowych przewag komparatywnych.

W tym kontekście warto nawiązać do najnowszego raportu prof. Jerzego Hausnera, który stawia diagnozę, że w Polsce występuje deficyt wyobraźni strategicznej i suwerennej myśli rozwojowej i że w efekcie większość działań kolejnych rządów ma charakter reaktywny, rzadko jest odpowiedzią na dysfunkcje czy rozpoznane wyzwania. Wskazywałoby to, że jesteśmy niejako skazani na pójście pierwszą drogą. W tej sytuacji dobra zmiana musi być zapoczątkowana zmianą w podejściu do prowadzenia polityki gospodarczej. Zrezygnowaniem z tego, by płynąć z prądem tych czy innych grup interesu i skoncentrowaniem się na wyjaśnianiu (i przekonywaniu społeczeństwa), dlaczego coś warto, a czegoś nie warto robić. Na razie nic tego typu zmiany nie zapowiada.

Autor jest dyrektorem w Biurze Analiz Makroekonomicznych Pekao, członkiem Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA