fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Pożółkła wyspa?

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Najpoważniejszym zagrożeniem dla Polski nie jest dziś ani zbyt wolny wzrost gospodarczy, ani pułapka średniego dochodu, tylko sytuacja demograficzna – ocenia główny ekonomista na region Europy Środkowej Citi Handlowy.

Może trudno w to uwierzyć, wsłuchując się w dotychczasową publiczną dyskusję, ale największym zagrożeniem dla Polski nie jest ani zbyt wolny wzrost gospodarczy, ani pułapka średniego dochodu. Najpoważniejsze zagrożenie ma zupełnie inny charakter i na razie nawet nie dostrzegamy jego oznak. Jest nim sytuacja demograficzna, a konkretnie fakt, że w najbliższych latach bardzo szybko będzie przybywać emerytów, a ubywać osób pracujących. Zła wiadomość jest taka, że w przypadku Polski proces ten będzie zachodził w znacznie szybszym tempie niż w większości innych krajów europejskich.

To nieprawda, że problem dotyczy odległej przyszłości. Zazwyczaj kwestie demograficzne nie spotykają się ze zbyt dużym zainteresowaniem mediów. Starzenie się społeczeństwa to proces, którego konsekwencje są zauważalne dopiero w długim okresie, sięgającym kilku dekad. Większość z nas jest zbyt przejęta wyzwaniami krótkookresowymi, aby poświęcić chociaż trochę czasu kwestiom wychodzącym poza wąskie ramy czasowe.

Miliony znikają z rynku pracy

Okazuje się jednak, że to, co było odległą przyszłością jeszcze w latach 90., teraz staje się niemal teraźniejszością. Otóż jeżeli wierzyć prognozom GUS, w ciągu zaledwie pięciu lat liczba osób w wieku 15–64 lata spadnie o około 1,5 mln, a w ciągu kolejnych pięciu lat z rynku pracy zniknie dodatkowy milion osób. To już jest perspektywa, która ociera się o plany strategiczne wielu firm i jest niewiele dłuższa niż kadencja Sejmu.

Na czym polega problem? Wystarczy sobie przypomnieć konsekwencje emigracji, jaka nastąpiła po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Trudno o precyzyjne szacunki skali ówczesnej emigracji, ale można przypuszczać, że w ciągu kilku lat z kraju wyjechało znacznie ponad milion osób. Przyczyniło się to do poważnych problemów ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników przez polskie firmy oraz wzrostu presji płacowej w latach 2007–2008. Dlatego zniknięcie z rynku pracy 2,5 mln potencjalnych pracowników w ciągu najbliższych dziesięciu lat nie pozostanie bez znaczenia dla rynku pracy. Przy tak silnym ubytku konieczne będą zmiany w sposobie i warunkach pracy, tak aby dostosować je do odpowiednio starszych osób. Polska, która przez lata borykała się z problemem zbyt wysokiego bezrobocia, będzie musiała zmierzyć się z wyzwaniami, jakie wynikają z niedoboru pracowników. Naturalną konsekwencją będzie wzrost presji płacowej, w miarę jak pracodawcy będą podnosić wynagrodzenia, aby przyciągnąć pracowników. Ponieważ jedną z głównych przewag konkurencyjnych wykorzystywanych przez polskie firmy są niskie koszty pracy, trendy demograficzne mogą doprowadzić do stopniowego pogorszenia się pozycji konkurencyjnej Polski.

Wolniejszy wzrost

Jeżeli nic się nie zmieni, pojęcie „zielonej wyspy" może się okazać tylko wspomnieniem. Mniejsza liczba pracowników oznacza wolniejszy wzrost gospodarczy, chociaż można przypuszczać, że poprawa wydajności pracy lub robotyzacja procesów produkcyjnych mogą nieco złagodzić negatywne konsekwencje. Według Komisji Europejskiej między innymi ze względu na zmiany demograficzne potencjalne tempo wzrostu PKB w Polsce obniży się z obecnego poziomu 3 proc. do około 2,5 proc. w ciągu najbliższych pięciu lat, a następnie do zaledwie 0,6 proc. po 2050 roku. Oznaczałoby to znacznie większe pogorszenie perspektyw wzrostu niż w przypadku pozostałych krajów naszego regionu.

Co więcej, w horyzoncie 25–30 lat Polska miałaby przeciętnie wolniejsze tempo wzrostu gospodarczego niż strefa euro, a więc grupa krajów o wyższym tempie wzrostu gospodarczego. Ze względu na niedobory pracowników z lidera wzrostu Polska mogłaby stać się krajem o jednej z najniższych dynamik wzrostu w Europie. W ten sposób krajowa gospodarka z czasem bardziej przypominałaby pożółkłą, a nie zieloną wyspę.

Zwiększyć aktywność zawodową...

Odwrócenie tendencji demograficznych jest możliwe w dłuższym okresie, ale w perspektywie najbliższych lat jest bardzo trudne. Nawet jeżeli zapowiadana polityka prorodzinna odniesie zdecydowanie większy sukces, niż się obecnie wydaje, przyniosłoby to efekty w postaci przyrostu liczby pracujących dopiero za 20 lat. Dzieci, które urodzą się w najbliższych latach, będą musiały najpierw dorosnąć oraz skończyć szkoły, a do tego czasu będą pozostawać poza rynkiem pracy.

W krótszym okresie proces mógłby być hamowany na przykład przez przyciąganie imigrantów lub wydłużanie wieku emerytalnego, co na razie wydaje się jednak mało prawdopodobnym scenariuszem.

Trzecim rozwiązaniem jest reforma rynku pracy, która zwiększyłaby aktywność zawodową Polaków. Skoro nie jest możliwe w horyzoncie dekady istotne zwiększenie populacji kraju, jedynym sensownym rozwiązaniem jest dążenie do tego, aby większa część dotychczasowej populacji była aktywna zawodowo.

Polska jest krajem o wyjątkowo niskiej aktywności zawodowej i niskiej stopie zatrudnienia. Chociaż w ostatnich latach sytuacja się nieco poprawiła, wciąż zatrudnione jest zaledwie 61,7 proc. osób w wieku 15–64 lata. Dla porównania w całej Unii odsetek ten sięga niemal 65. Niska stopa zatrudnienia to cecha, która łączy również inne gospodarki środkowoeuropejskie, za wyjątkiem Czech. Próba podniesienia jej do zachodnioeuropejskich poziomów wydaje się czymś pożądanym, co pozwoliłoby zwiększyć zasób pracowników, pozwalając na szybszy wzrost gospodarczy.

Powodów niskiej aktywności na rynku pracy w Polsce jest wiele. Po pierwsze, stopa zatrudnienia jest szczególnie niska wśród osób o najniższym wykształceniu, podczas gdy w grupie lepiej wykształconych jest bliższa średniej UE. Oznacza to, że osoby najsłabiej wykształcone pozostają poza rynkiem pracy. Po drugie, wysoki odsetek studentów w Polsce dodatkowo obniża liczbę osób aktywnych na rynku pracy. Po trzecie, wyjątkowo duże różnice w stopie zatrudnienia w porównaniu z krajami UE są widoczne właśnie w przypadku kobiet.

...zmniejszyć klin podatkowy

Poprawa wskaźnika aktywności wymagałaby istotnych reform rynku pracy. Po pierwsze, konieczne mogłoby się okazać obniżenie klina podatkowego dla mniej zarabiających, aby ponownie przyciągnąć na rynek pracy osoby słabiej wykształcone (zazwyczaj o niższych dochodach) lub aby zapobiec opuszczaniu przez nich rynku pracy. Wskazane byłyby również zmiany w sposobie edukacji, kładące większy nacisk na edukację zawodową lub techniczną.

Wreszcie, aby zwiększyć stopę zatrudnienia kobiet, pożądane byłoby zwiększenie elastyczności dotyczącej czasu pracy, promując nietypowe lub ruchome godziny pracy, pracę na część etatu lub pracę z domu. W Polsce tylko 7 proc. osób pracuje na część etatu, trzy razy mniej niż w przypadku krajów strefy euro. Większa popularność pracy na część etatu i powszechne udostępnianie takiej opcji pracownikom mogłyby mieć pozytywny wpływ na zwiększenie aktywności zawodowej. Pozwoliłoby to również złagodzić niekorzystny wpływ, jaki zmniejszenie się podaży pracy może mieć na wynagrodzenia.

Niezależnie, jaką drogę się ostatecznie wybierze, nie ma już czasu na odkładanie zmian. Same zasiłki dla rodzin z dziećmi, nieważne jak hojne, nie wystarczą.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA